Magdalena Okraska: Politycy, bójcie się referendów!

- Autorka twierdzi, że w liberalnym podejściu do demokracji referendum bywa uznawane za „nieważne” nie ze względu na frekwencję, lecz dlatego, kto je organizuje i jakie pytania w nim padają.
- Tekst krytykuje rzekomą selektywność elit politycznych i medialnych, które mają wspierać wysoką frekwencję w jednych głosowaniach, a jednocześnie zniechęcać do udziału w innych.
Gdy frekwencja jest przeszkodą
Dla liberałów to, że jakieś referendum organizowane jest przez „nieprawomyślnych” bądź „nie tak” sformułowano w nim pytania, przekreśla zarówno samą ideę udziału w nim, jak i jego wynik. Według tego wykładnika, jeśli bowiem „źli” organizują referendum, to jest ono z gruntu złe, niewłaściwe, niedemokratyczne, w skrócie – nie posiada mandatu do reprezentowania poglądu społeczeństwa na jakąś sprawę, nawet gdyby udało się na nie 80% uprawnionych do oddania głosu.
To liberałowie decydują, co jest demokratyczne, a co takie nie jest, tym samym zaprzeczając samej idei i definicji demokracji. Demokracja jest to bowiem wyrażona wola większości. To na podstawie tej woli podejmowane są większościowe decyzje, i to o nich można ewentualnie pod kątem politycznym czy etycznym potem dyskutować, jednak nie ma takiej możliwości, by sam proces wyrażania woli (w odpowiedzi na pytanie!) przez wolne społeczeństwo był „niedemokratyczny”.
Mimo to od kilku dekad, a w wielkim nasileniu od kilkunastu lat, okłada się nas pałką takich sformułowań, by wywołać… właściwie nie wiadomo co. Wyrzuty sumienia, że obywatel, zapytany o swoją wolę, w odpowiedzi ją wyraża? Konflikt?
Tak, konflikt z pewnością.
Strach przed referendum
Niesłychana jest buta tych ludzi, ich głupawe triki „lewą ręką za prawe ucho”, by wyszło na ich. Te same osoby namawiają bowiem do udziału w jednych głosowaniach (i wtedy frekwencja jest ważna, najważniejsza), a aktywnie zniechęcają do innych. W ostatnich tygodniach krakowskie autorytety, artyści, lewicowi działacze i inni rzucili się dawać świadectwo. Z pozoru chodziło o pokazanie, że referendum jest jakieś „lewe”, a po obalonym Miszalskim „mogą przyjść gorsi”. Tak naprawdę jednak głównie okazywano w ten sposób lojalność platformianej władzy. Krytyczna lewica, spółdzielcy, artyści tłumnie pokazywali, jak bardzo nie idą. Było to bardzo zabawne, choć niezmiennie palmę pierwszeństwa w tej konkurencji dzierży warszawski działacz miejski Jan Mencwel, który latami walczył z Rafałem Trzaskowskim jako prezydentem Warszawy, by w końcu „z bólem serca” namawiać do głosowania właśnie na niego. Elity walczą bowiem „z faszyzmem”, a pod „faszyzm” można podstawić wszystko, co im akurat nie odpowiada. Nie musi nawet być specjalnie prawicowe.
Kraków pogonił Miszalskiego (niestety ostatecznie bez rady miasta). Bardzo dobrze. Politycy, samorządowcy – bójcie się referendów lokalnych i ogólnokrajowych. Pracujecie dla ludzi, nawet jeśli czasem ten pomysł wydaje się wam egzotyczny.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Klęska Miszalskiego w Krakowie. Tusk mówi o „nietrafionych decyzjach”

Wyścig o fotel prezydenta Krakowa ruszył. KO ze wspólnym kandydatem?

Kraków ma komisarza. Tusk podał nazwisko

„Trzecią najliczniejszą grupą wyborców podczas referendum w Krakowie byli wyborcy Razem”

Po Krakowie czas na Rzeszów? Padł wniosek o referendum






