Nie demokraci, a hipokryci

- Politycy Koalicji Obywatelskiej przed referendum dotyczącym odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego apelowali do mieszkańców o nieuczestniczenie w głosowaniu.
- Autor tekstu wskazuje, że nawoływanie do bojkotu referendum oraz odrzucenie przez Senat wniosku o referendum ws. Zielonego Ładu stoi w sprzeczności z deklarowanym przywiązaniem koalicji rządzącej do zasad demokracji.
- Artykuł przedstawia tezę, że działania podejmowane przez rządzącą większość wynikają bardziej z kalkulacji politycznej niż z chęci umożliwienia obywatelom bezpośredniego wyrażenia swojej opinii w referendum.
"Zbojkotujcie referendum. Siedźcie w domach!"
Główną taktyką Koalicji Obywatelskiej podczas - zakończonego sukcesem - referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego, było wzywanie do bojkotu głosowania. Była to cyniczna i ostentacyjnie antydemokratyczna kalkulacja. Bo czy może być coś bardziej antydemokratycznego od nawoływania wyborców do nieuczestniczenia w wyborach?!
Z wezwania do bojkotu wynikało, że dla tych, którzy nazywają się demokratami i obrońcami Konstytucji, wymarzona demokracja to taka, w której wyborcy grzecznie siedzą w domach. Gdy nasz człowiek jest zagrożony, wtedy zawieszamy demokrację! W Krakowie chodziło o takie obniżenie frekwencji, żeby nie został przekroczony ustawowy próg ważności referendum.
Zgodnie z prawem, wynik referendum odwoławczego jest ważny tylko wtedy, gdy zagłosuje co najmniej 3/5 liczby osób uczestniczących w wyborze. Władze KO wiedziały, że zachęcanie wyborców do głosowania „przeciw” odwołaniu jest zbyt ryzykowne dla partii i jej interesów. Kalkulowano, że dla koalicji "wola ludu" może okazać się zagrożeniem. Dlatego trzeba obrzydzić referendum, zniechęcić do niego, odbierając de facto wyborcom ich najważniejsze prawo - możliwość wyrażenia swojej woli w powszechnym, równym, tajnym i bezpośrednim głosowaniu. Czy tak robią obrońcy demokracji?
"Demokraci" boją się demokracji
Wybory to absolutny fundament społeczeństwa obywatelskiego. To one umożliwiają obywatelom bezpośrednie rozstrzyganie spraw publicznych. Jedną z nich jest powoływanie władz samorządowych oraz ich odwoływanie, gdy nie sprawują swoich funkcji właściwie.
Formacja polityczna, która nazywa się "demokratyczną" nie tylko, że chciała ten najważniejszy element procesu demokratycznego unieważnić, ale w dodatku robiła to po to, żeby ich polityk, który już zawiódł wyborców, który już stracił poparcie mieszkańców Krakowa, rządził tym miastem nadal.
Formacja polityczna, prezentująca się jako gwarant standardów europejskich, bała się stanąć do otwartej debaty na argumenty. Zamiast przekonywać mieszkańców Krakowa do swoich racji i bronić dotychczasowej polityki władz miasta, działacze Koalicji Obywatelskiej wybrali tchórzliwie strategię kneblowania frekwencji.
Nieudolny, ale nasz
Lecz to nie wszystko: antydemokratyczna obłuda rządzących poszła jeszcze dalej. Gdy Aleksander Miszalski został odwołany przez wyborców z urzędu prezydenta Krakowa i gdy Donald Tusk usunął go z funkcji szefa małopolskich struktur KO, rzecznik rządu Adam Szłapka powiedział w "Faktach po Faktach": "Wszyscy czuliśmy, że tam jest też potrzebna zmiana".
Czuli potrzebę zmiany? I mimo to blokowali ją wezwaniami do bojkotu referendum?
Wszystko jest jasne. Widać jednoznacznie, że namawianie wyborców do rezygnacji z demokratycznego procesu odbywało się przy pełnej świadomości rządzących, że sprawy w Krakowie i całej Małopolsce idą źle, że sytuacja zasługuje na zmianę. Mimo to, KO chciała storpedować demokratyczny proces. Używała jego sabotażu dla własnej korzyści. Wzywanie do bojkotu głosowania to także oczywisty sabotaż samej idei społeczeństwa obywatelskiego. "Obozowi demokratycznemu" nie przeszkadzało, że utrzymanie status quo oznaczałoby kolejne błędne decyzje nieudolnego prezydenta. Co z tego, że nieudolny, skoro "nasz"?
Senat sabotuje referendum
Kolejnym przykładem - z ostatnich tygodni - antydemokratycznej postawy rządzącej koalicji jest odrzucenie przez Senat prezydenckiego projektu referendum ws. Zielonego Ładu.
Karol Nawrocki zgłosił propozycję przeprowadzenia referendum w sprawie unijnej polityki klimatycznej. Obywatele mieli odpowiedzieć na jedno, konkretne pytanie: czy są gotowi na wzrost kosztów życia, wynikających ze zwyżek cen energii, czy też się na to nie godzą.
Wniosek ten został odrzucony przez Senat. Przeciwko wnioskowi prezydenta zagłosowało 62 senatorów (głównie z koalicji rządzącej), „za” było 32 (politycy PiS), a jedna osoba wstrzymała się od głosu.
I znów to samo
Znów ten sam schemat. Politycy rządzącej koalicji nie chcą dopuścić wyborców do głosowania, nie chcą dać im możliwości wypowiedzenia swojego zdania na temat dotykający bezpośrednio wszystkich Polaków. Głoszą ideały demokracji, ale w rzeczywistości po prostu boją się ludzi. Po pierwsze dlatego, że nie obchodzi ich wzrost kosztów życia obywateli, a - po drugie - że z zasady nie chcą, żeby odbyło się referendum, którego inicjatorem jest prezydent z wrogiego im obozu politycznego.
Znów to samo: demokracja jest tylko wtedy, gdy wygrywamy my i nasze projekty. Tylko tym razem jest groźniej niż w Krakowie: "obóz demokratyczny" nie nawołuje do bojkotu, ale po prostu siłą uniemożliwia przeprowadzenie referendum.
Wniosek narzuca się sam: to nie jest żaden "obóz demokratyczny". To obóz hipokryzji.
Komentarze
Afera korupcyjna w Koalicji Obywatelskiej? Śledztwo Prokuratury Europejskiej i CBA. Potężny problem Donalda Tuska

Karol Nawrocki z przewagą pozytywnych ocen. Nowy sondaż
Eksplozja drona w Rumunii. Tusk zabiera głos

Zembaczyński chce "zneutralizować" Karola Nawrockiego. Burza w studiu

Nocna zmiana. 34 lata temu pod osłoną nocy odwołano rząd Jana Olszewskiego

