Ekspert: Ten wyrok TSUE jest narzędziem kontroli nad procesem nominacji sędziowskich w Polsce

- TSUE wydał 16 lipca 2026 r. wyrok dotyczący oceny niezawisłości i bezstronności składów polskich sądów, w tym skutków udziału sędziego powołanego w procedurze kwestionowanej na gruncie prawa Unii.
- Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska ocenia, że Trybunał zbyt szeroko interpretuje art. 19 TUE i wkracza w obszar organizacji sądownictwa oraz nominacji sędziowskich, który jej zdaniem pozostaje kompetencją państwa.
- Według autorki wyrok może prowadzić do podważania składów sądów i ograniczania praktycznych skutków nominacji sędziowskich dokonanych przez Prezydenta RP.
Dzisiejszy wyrok TSUE z 16 lipca 2026 r. w połączonych sprawach C-96/24, C-103/24 i C-112/24 dotyczy sposobu oceniania niezawisłości polskich sędziów. Trybunał uznał, że sam sposób powołania sędziego może wystarczyć do zakwestionowania jego bezstronności, a udział choćby jednego tak ocenionego sędziego może podważyć cały skład sądu. Nakazał też polskim sądom pomijać przepisy krajowe, jeżeli prowadziłyby do orzekania przez taki skład — mimo że postępowania główne nie dotyczą stosowania konkretnego przepisu prawa Unii.
Wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej z 16 lipca 2026 r. w połączonych sprawach C-96/24, C-103/24 i C-112/24 nie jest zwykłym rozstrzygnięciem proceduralnym dotyczącym bezstronności sędziów. To kolejny etap przejmowania przez TSUE kompetencji, których państwa członkowskie nie przekazały Unii w sposób wyraźny i niebudzący wątpliwości.
Niebezpieczny mechanizm
Pod hasłem ochrony praworządności Trybunał wkracza w materię ustroju polskich sądów, nakazuje pomijanie przepisów uchwalonych przez polski parlament, podważa materialne skutki konstytucyjnej prerogatywy Prezydenta RP i przypisuje sędziom brak wymaganej bezstronności bez przedstawienia namacalnego dowodu ich osobistej zależności, podatności na naciski lub stronniczego zachowania.
Najbardziej niebezpieczny jest jednak sam mechanizm, za pomocą którego TSUE dochodzi do tych wniosków. Trybunał nie wyprowadza swoich kompetencji z jednoznacznego postanowienia traktatowego. Powołuje się przede wszystkim na swoje wcześniejsze wyroki. Najpierw tworzy rozszerzającą interpretację, następnie określa ją jako „utrwalone orzecznictwo”, a na końcu wykorzystuje do dalszego poszerzania własnej władzy.
To przestaje być zwykłą wykładnią prawa. Staje się budowaniem kompetencji metodą faktów dokonanych.
Wyrok oparty na wcześniejszych wyrokach TSUE, a nie na jasnym tekście traktatu
W uzasadnieniu wielokrotnie powtarzają się charakterystyczne zwroty: „zgodnie z utrwalonym orzecznictwem”, „Trybunał orzekł już”, „należy przypomnieć”. TSUE nie przeprowadza rzeczywiście samodzielnej analizy zakresu art. 19 ust. 1 akapit drugi Traktatu o Unii Europejskiej. Rekonstruuje swoje uprawnienia głównie przez odwoływanie się do wcześniejszych własnych rozstrzygnięć.
W punktach 55 i 56 wyroku przywołuje wcześniejsze sprawy dotyczące Izby Kontroli Nadzwyczajnej i Spraw Publicznych oraz Izby Cywilnej Sądu Najwyższego. Na tej podstawie przyjmuje, że określone nieprawidłowości nominacyjne mogą same w sobie prowadzić do zakwestionowania niezawisłości i bezstronności sędziego. Nie przeprowadza jednak od początku pełnej analizy statusu Krajowej Rady Sądownictwa. Nie bada ponownie całego polskiego modelu konstytucyjnego. Nie wykazuje, dlaczego ewentualna wada na etapie postępowania przed KRS miałaby przekreślać skutki późniejszego aktu powołania dokonanego przez Prezydenta Rzeczypospolitej.
Zamiast nowego dowodu otrzymujemy odesłanie do wcześniejszej oceny. Zamiast wyraźnego przepisu traktatu — łańcuch orzeczeń, których kolejne ogniwa wzajemnie się uzasadniają. Mechanizm jest prosty. Najpierw TSUE szeroko interpretuje art. 19 TUE. Następnie w kolejnych sprawach przedstawia tę interpretację jako zasadę utrwaloną. Później uznaje, że państwa członkowskie muszą podporządkować jej własne rozwiązania konstytucyjne i ustawowe. W ten sposób Trybunał staje się jednocześnie twórcą swoich kompetencji, ich interpretatorem oraz ostatecznym sędzią ich granic.
TSUE przyznaje, że Karta nie ma zastosowania — po czym stosuje jej standard
Szczególnie wymowna jest część wyroku dotycząca właściwości Trybunału. TSUE sam przyznał, że art. 47 Karty praw podstawowych Unii Europejskiej nie miał w tych sprawach samodzielnego zastosowania. Postępowania dotyczące immunitetu oraz odpowiedzialności dyscyplinarnej sędziów nie zostały powiązane ze stosowaniem konkretnego przepisu prawa Unii. Trybunał stwierdził więc wprost, że art. 47 Karty „nie ma jako taki zastosowania” w postępowaniach głównych.
W państwie prawa taki wniosek powinien ograniczyć możliwość ingerencji organu unijnego.
TSUE zastosował jednak zabieg konstrukcyjny: skoro Karty nie można użyć bezpośrednio, należy zastosować jej standard pośrednio, interpretując art. 19 TUE „w świetle” art. 47 Karty. Rezultat jest niemal taki sam, jak gdyby Karta obowiązywała bezpośrednio. Trybunał obchodzi więc ograniczenie zakresu zastosowania Karty. Najpierw przyznaje brak bezpośredniej podstawy, a następnie uzyskuje odpowiadający jej skutek przez rozszerzającą wykładnię innego postanowienia.
Jest to szczególnie problematyczne dlatego, że sam art. 6 ust. 1 TUE zastrzega, iż postanowienia Karty nie rozszerzają kompetencji Unii określonych w traktatach.
Jeżeli Karta nie może rozszerzać kompetencji Unii bezpośrednio, nie powinna czynić tego również pośrednio, jako narzędzie pozwalające nadać art. 19 TUE treść niewynikającą z jego literalnego brzmienia.
Z potencjalnej możliwości stosowania prawa Unii TSUE tworzy generalną kontrolę sądownictwa
Art. 19 ust. 1 akapit drugi TUE nakazuje państwom ustanowić środki niezbędne do zapewnienia skutecznej ochrony prawnej „w dziedzinach objętych prawem Unii”. TSUE uznał jednak, że skoro Sąd Najwyższy może w jakiejś przyszłej lub innej sprawie stosować prawo Unii, to unijne standardy mogą zostać użyte także do oceny jego składu w postępowaniach, które nie mają konkretnego związku z wykonywaniem normy unijnej. To argument prowadzący do niemal nieograniczonej kompetencji Trybunału.
Każdy sąd powszechny może potencjalnie stosować prawo Unii. Każdy sąd administracyjny może rozpoznawać sprawę objętą regulacją europejską. Każdy sąd najwyższy jest częścią krajowego systemu, który może rozstrzygać kwestie unijne.
Jeżeli sama potencjalna możliwość stosowania prawa Unii wystarcza, TSUE może kontrolować:
- sposób powołania każdego sędziego;
- zasady ustalania każdego składu sądu;
- krajowe procedury dyscyplinarne;
- regulacje dotyczące immunitetu;
- zasady wyłączenia sędziów;
- praktycznie cały ustrój wymiaru sprawiedliwości państwa członkowskiego.
Ograniczenie zawarte w słowach „w dziedzinach objętych prawem Unii” traci wówczas realne znaczenie. Zamiast kontroli wykonywanej w granicach powierzonych kompetencji powstaje generalny nadzór TSUE nad jedną z podstawowych władz państwa.
Art. 19 TUE nie jest blankietowym upoważnieniem do organizowania polskich sądów
Organizacja wymiaru sprawiedliwości nie została powierzona Unii jako ogólna kompetencja. Pozostaje ona zasadniczo domeną państw członkowskich. TSUE formalnie to przyznaje, ale natychmiast dodaje, że państwa, wykonując własne kompetencje, muszą przestrzegać prawa Unii. Samo to stwierdzenie jest prawidłowe, jeżeli istnieje rzeczywisty i konkretny związek z materią objętą kompetencją Unii. Nie może jednak służyć jako uniwersalna formuła pozwalająca przejąć kontrolę nad każdą dziedziną krajową.
Traktat jasno stanowi, że granice kompetencji Unii wyznacza zasada przyznania. Unia działa wyłącznie w granicach kompetencji przekazanych jej przez państwa członkowskie, a wszystkie kompetencje nieprzyznane pozostają przy państwach. Zakres działania Unii nie może ponadto wykraczać poza to, co konieczne do osiągnięcia celów traktatów. Traktat zobowiązuje Unię również do poszanowania tożsamości narodowej państw członkowskich, związanej z ich podstawowymi strukturami politycznymi i konstytucyjnymi. Ustrój sądów, sposób powoływania sędziów oraz kompetencje konstytucyjnych organów państwa należą właśnie do takich podstawowych struktur.
Nie można zatem uznać, że art. 19 TUE daje TSUE nieograniczone uprawnienie do określania:
- kto może orzekać w Sądzie Najwyższym;
- jakie skutki wywołuje powołanie sędziego przez Prezydenta RP;
- jak należy ukształtować skład sądu;
- które przepisy ustawy o Sądzie Najwyższym sąd ma pominąć;
- jakie procedury zastępcze powinien stworzyć bez wyraźnej podstawy ustawowej.
Pierwszeństwo prawa Unii nie może tworzyć nieprzekazanych kompetencji
W punktach 85–88 TSUE przedstawia zasadę pierwszeństwa prawa Unii jako podstawę daleko idącego obowiązku eliminowania norm krajowych.
- W punkcie 85 Trybunał stwierdza ogólnie, że zasada pierwszeństwa ustanawia prymat prawa Unii nad prawem państw członkowskich.
- W punkcie 86 nakazuje sądowi krajowemu odstępować od stosowania sprzecznych uregulowań i praktyk bez oczekiwania na ich ustawowe albo konstytucyjne usunięcie.
- W punkcie 87 uznaje art. 19 ust. 1 akapit drugi TUE za bezpośrednio skuteczny.
- W punkcie 88 zobowiązuje sądy krajowe do podejmowania wszelkich działań pozwalających zapewnić pełną skuteczność prawa Unii.
Właśnie tutaj ujawnia się fundamentalna wada konstrukcji TSUE. Pierwszeństwo odpowiada na pytanie, którą normę zastosować, gdy prawidłowo ustanowiona norma prawa Unii pozostaje w kolizji z prawem krajowym.
Nie odpowiada natomiast na pytanie, czy Unia miała kompetencję do ustanowienia tej normy albo czy TSUE miał kompetencję do nadania jej określonej treści. Najpierw musi istnieć kompetencja przekazana przez państwa członkowskie. Dopiero później można mówić o pierwszeństwie prawa ustanowionego w granicach tej kompetencji. Pierwszeństwo nie tworzy kompetencji.
TSUE odwraca tę kolejność. Najpierw nadaje art. 19 TUE niezwykle szeroki zakres. Następnie uznaje swoją interpretację za bezpośrednio skuteczną. Na końcu wykorzystuje zasadę pierwszeństwa do nakazania polskim sądom pomijania polskich przepisów ustrojowych. Powstaje zamknięte koło:
- Trybunał posiada kompetencję, ponieważ szeroko zinterpretował traktat.
- Jego interpretacja ma pierwszeństwo, ponieważ stanowi prawo Unii.
- Prawo Unii ma natomiast pierwszeństwo, ponieważ Trybunał tak wcześniej orzekł.
W ten sposób zasada pierwszeństwa przestaje chronić wykonywanie kompetencji przekazanych. Zaczyna służyć do przejmowania kompetencji nieprzekazanych.
Deklaracja nr 17 nie jest osobną zgodą Polski na nieograniczony prymat
W dyskusji o pierwszeństwie często przywoływana jest Deklaracja nr 17 dotycząca pierwszeństwa, dołączona do Aktu końcowego konferencji międzyrządowej, która przyjęła Traktat z Lizbony. Nie wolno jednak przedstawiać jej tak, jakby była samodzielnym przepisem traktatowym albo osobną umową, pod którą Polska złożyła odrębny podpis. Polska nie podpisała i nie ratyfikowała Deklaracji nr 17 jako oddzielnego instrumentu prawa międzynarodowego. Nie było odrębnej procedury, w której Rzeczpospolita wyrażałaby zgodę na związanie się osobną normą ustanawiającą bezwarunkowe pierwszeństwo prawa Unii nad całym porządkiem konstytucyjnym. Deklaracja została dołączona do Aktu końcowego konferencji międzyrządowej i należy do deklaracji odnoszących się do postanowień traktatów. Oficjalny tekst odróżnia deklaracje od samych traktatów i protokołów.
Co więcej, sama treść Deklaracji nr 17 ujawnia słabość stanowiska TSUE. Nie ustanawia ona zasady pierwszeństwa nowym przepisem. Jedynie „przypomina”, że według utrwalonego orzecznictwa TSUE traktaty oraz prawo przyjęte na ich podstawie mają pierwszeństwo na warunkach określonych w tym orzecznictwie.
Opinia Służby Prawnej Rady
Jeszcze bardziej wymowna jest załączona opinia Służby Prawnej Rady. Przyznaje ona wprost, że w traktacie nie było żadnej wzmianki o zasadzie pierwszeństwa i że sytuacja ta nie uległa zmianie. Zasada ta została więc wyprowadzona z orzecznictwa Trybunału, a nie zapisana wprost w traktacie ratyfikowanym przez państwa. Oznacza to, że TSUE:
- stworzył doktrynę pierwszeństwa w swoim orzecznictwie;
- sam określił jej zakres;
- następnie uznał własną doktrynę za podstawową zasadę prawa Unii;
- a obecnie wykorzystuje ją do nakazywania państwom pomijania norm krajowych.
Trybunał jest więc jednocześnie autorem zasady, interpretatorem jej granic i organem rozstrzygającym, czy państwo dopuściło się jej naruszenia.
Nie można utożsamiać ratyfikacji Traktatu z Lizbony z blankietową zgodą na każdą przyszłą, rozszerzającą interpretację TSUE. Państwa wyraziły zgodę na traktaty o określonej treści, a nie na nieograniczone prawo Trybunału do dopisywania kompetencji, których w tekście traktatowym nie zapisano. Znamienne jest również sąsiedztwo Deklaracji nr 17 z Deklaracją nr 18 dotyczącą rozgraniczenia kompetencji. Ta druga wyraźnie przypomina, że wszelkie kompetencje nieprzyznane Unii w traktatach należą do państw członkowskich. Pierwszeństwo nie może więc legalizować działań ultra vires. Nie może służyć do przejmowania kompetencji w sprawach ustroju sądów, powoływania sędziów ani wykonywania konstytucyjnych prerogatyw głowy państwa.
Polska przekazała kompetencje tylko „w niektórych sprawach”
Z perspektywy polskiego porządku konstytucyjnego granice przekazania są jednoznaczne. Art. 90 ust. 1 Konstytucji pozwala przekazać organizacji międzynarodowej kompetencje organów władzy państwowej tylko „w niektórych sprawach”. Nie jest to zgoda na przekazanie nieograniczone ani na samodzielne rozszerzanie kompetencji przez instytucję międzynarodową. Art. 91 Konstytucji przewiduje pierwszeństwo ratyfikowanej umowy oraz prawa stanowionego przez organizację międzynarodową w razie kolizji z ustawami. Nie mówi o pierwszeństwie przed Konstytucją. Jednocześnie art. 8 ust. 1 stanowi, że Konstytucja jest najwyższym prawem Rzeczypospolitej Polskiej. TSUE nie prowadzi jednak rzeczywistej analizy, czy Polska przekazała Unii kompetencję do:
- kontrolowania skutków nominacji sędziowskich;
- określania składu Sądu Najwyższego;
- nakazywania pomijania przepisów regulujących ustrój sądów;
- materialnego ograniczania prerogatywy Prezydenta RP;
- tworzenia zastępczych procedur sądowych niewynikających z ustawy.
Trybunał odpowiada wyłącznie z perspektywy własnego porządku prawnego. Przyjmuje, że skoro prawo Unii ma być skuteczne, to sam może określić środki konieczne do osiągnięcia tej skuteczności. Taka logika likwiduje jednak realne granice przekazania kompetencji.
„Nawet pozory mogą mieć znaczenie” — klucz do arbitralności
Jedną z najbardziej niebezpiecznych tez wyroku zapisano w punkcie 71.
TSUE stwierdził tam, że przy ocenie bezstronności „nawet pozory mogą mieć znaczenie”. Nie jest konieczne wykazanie rzeczywistego uprzedzenia sędziego. Wystarczające może być powstanie obaw uznanych za obiektywnie uzasadnione.
W punkcie 89 Trybunał posuwa się jeszcze dalej. Nakazuje pomijać przepisy krajowe, jeżeli prowadziłyby do orzekania przez sędziów, którzy mogą nie zachowywać albo jedynie „sprawiać wrażenie”, że nie zachowują wymaganej bezstronności. To skrajnie rozciągliwy standard.
Jak zmierzyć „wrażenie”? Kto ma ustalać, czy pozór jest dostatecznie silny? Czy wystarczy przekonanie strony? Czy pozór może zostać wywołany przez wieloletnią kampanię polityczną i medialną, która najpierw podważa określoną grupę sędziów, a następnie przedstawia społeczne skutki tej narracji jako dowód braku zaufania? TSUE twierdzi, że obawy muszą być obiektywnie uzasadnione. W praktyce podstawą tych obaw staje się jednak dokładnie to samo założenie, które ma dopiero zostać udowodnione: udział obecnej KRS ma powodować wadliwość nominacji, a wadliwość nominacji ma uzasadniać obawy dotyczące sędziego. Trybunał nie przedstawia dowodów, że konkretny sędzia:
- działał pod naciskiem politycznym;
- otrzymywał instrukcje;
- pozostawał zależny od członków KRS;
- miał osobisty interes w rozstrzygnięciu;
- wydał stronnicze orzeczenie;
- naruszył obowiązki urzędu.
Wystarcza „pozór” wynikający z drogi powołania.
Bez dowodów i bez indywidualnej oceny
W punkcie 57 TSUE stwierdza, że określone uchybienia w procedurze powołania mogą same w sobie wskazywać, iż sędziowie nie spełniają wymogów niezawisłości i bezstronności. W punkcie 58 dodaje, że strona może ograniczyć się wyłącznie do argumentów dotyczących sposobu powołania i nie musi wskazywać żadnych innych okoliczności. To nie jest rzeczywisty test bezstronności konkretnego sędziego. To jest domniemanie odnoszące się do całej grupy. Sędzia nie jest oceniany na podstawie:
- własnego zachowania;
- dotychczasowego orzecznictwa;
- relacji ze stronami;
- wypowiedzi dotyczących sprawy;
- rzeczywistego interesu w jej rozstrzygnięciu;
- podatności na konkretny nacisk.
Negatywne konsekwencje wyprowadza się z tego, kiedy i przy udziale jakiego składu KRS został przedstawiony do powołania. Sędzia może przez lata orzekać bez najmniejszego dowodu zależności. Może wydawać rozstrzygnięcia niekorzystne dla każdej kolejnej władzy. Może wykazywać pełną osobistą i zawodową niezależność. Mimo to nadal będzie traktowany jako źródło „pozoru”, ponieważ jego nominacja nastąpiła w określonej procedurze. Jest to przypisywanie podejrzenia na podstawie pochodzenia nominacyjnego, a nie zachowania konkretnego człowieka.
Założenie o wadliwości KRS zastępuje pełną analizę prawną
Cała konstrukcja wyroku opiera się na założeniu, że KRS w obecnym modelu jest organem dotkniętym wadą tak poważną, iż jej udział może dyskwalifikować sędziów. W rozpatrywanym wyroku TSUE nie przeprowadza jednak od początku kompletnej analizy konstytucyjnej pozycji KRS. Nie rozważa szczegółowo:
- pełnej treści art. 186 i 187 Konstytucji;
- ustawowego sposobu wyboru członków Rady;
- relacji między uchwałą KRS a aktem Prezydenta;
- konstytutywnego charakteru powołania;
- indywidualnych okoliczności dotyczących poszczególnych kandydatów.
Przede wszystkim nie uwzględnia dostatecznie tego, że KRS nie powołuje sędziów. Przedstawia Prezydentowi wniosek. Ostatecznego powołania dokonuje Prezydent Rzeczypospolitej. Konstytucja jednoznacznie stanowi, że sędziowie są powoływani przez Prezydenta na wniosek KRS na czas nieoznaczony. TSUE traktuje jednak etap postępowania przed KRS tak, jakby determinował on cały status sędziego i jego późniejszą zdolność do orzekania. Akt Prezydenta zostaje sprowadzony niemal do technicznego potwierdzenia wcześniejszego procesu, niezdolnego do przecięcia jego rzekomych wad. To zniekształca polski model konstytucyjny.
Funkcjonalne podważenie prerogatywy Prezydenta RP
Powoływanie sędziów należy do aktów urzędowych Prezydenta niewymagających kontrasygnaty Prezesa Rady Ministrów. Konstytucja wymienia je wśród osobistych prerogatyw głowy państwa. TSUE nie stwierdza formalnej nieważności aktu Prezydenta. Nie usuwa sędziego z urzędu i nie mówi wprost, że określona osoba nie jest sędzią. Na poziomie praktycznym nakazuje jednak uznać, że sposób dojścia do nominacji może być podstawą wyłączenia sędziego, a jego obecność może pozbawić cały skład statusu sądu ustanowionego ustawą. Oznacza to rozdzielenie formalnego statusu sędziego od możliwości wykonywania podstawowej funkcji związanej z tym statusem.
Sędzia pozostaje sędzią, lecz jego udział w składzie może zostać uznany za wadę dyskwalifikującą cały organ. Akt Prezydenta pozostaje formalnie ważny, ale jego najważniejszy skutek — uprawnienie i obowiązek sprawowania wymiaru sprawiedliwości — jest ograniczany przez ocenę organu unijnego. Nie jest to formalne unieważnienie prerogatywy. Jest to jednak jej funkcjonalne wydrążenie. Trybunał nie mówi: „akt Prezydenta jest nieważny”. Mówi: akt może pozostać formalnie ważny, lecz osoba powołana na jego podstawie może nie być dopuszczona do orzekania, ponieważ wcześniejsza procedura nominacyjna tworzy pozór braku bezstronności.
Różnica jest przede wszystkim językowa. Skutek ustrojowy pozostaje oczywisty.
Jeden sędzia ma dyskwalifikować cały skład
W punkcie 84 TSUE ogłasza, że obecność choćby jednego sędziego niespełniającego wymogu niezawisłości, bezstronności lub ustanowienia uprzednio na mocy ustawy wystarcza do pozbawienia takiego statusu całego składu. Nie ma znaczenia:
- że pozostali sędziowie zostali powołani w niekwestionowanych okolicznościach;
- że zakwestionowany sędzia pozostawał w mniejszości;
- że rozstrzygnięcie zapadło jednomyślnie;
- że jego głos nie był decydujący;
- że nie wykazano rzeczywistego wpływu na wynik sprawy.
Sama obecność wystarcza. Jest to doktryna prawnego skażenia całego składu przez jedną osobę. Jej potencjalne konsekwencje są ogromne. Pozwala ona podważać nie tylko przyszłe składy, lecz również niezliczone wcześniejsze orzeczenia. Wystarczy wskazać udział jednego sędziego powołanego w procedurze uznawanej przez TSUE za wadliwą. Trybunał nie przeprowadza przy tym poważnej analizy konsekwencji dla:
- bezpieczeństwa prawnego;
- stabilności prawomocnych orzeczeń;
- ochrony praw nabytych;
- prawa obywateli do uzyskania ostatecznego rozstrzygnięcia;
- sprawności wymiaru sprawiedliwości.
W imię hipotetycznego pozoru naruszenia jednej wartości naraża cały porządek prawny na destabilizację.
Nakaz pomijania ustawy to wkroczenie w rolę ustawodawcy
W punkcie 92 oraz w trzecim punkcie sentencji TSUE nakazuje sądowi krajowemu zapewnić, aby zakwestionowany sędzia nie uczestniczył w rozpoznawaniu sprawy. Jeżeli będzie to konieczne, sąd ma odstąpić od stosowania krajowych przepisów określających sposób ukształtowania składu. Trybunał nakazuje więc polskiemu sądowi:
- zignorować ustawowy wynik losowania;
- wyłączyć sędziego mimo krajowych ograniczeń proceduralnych;
- pominąć przepisy ustawy o Sądzie Najwyższym;
- znaleźć takie rozwiązanie organizacyjne, które zapewni oczekiwany przez TSUE rezultat.
Nie wskazuje jednocześnie kompletnej procedury zastępczej. Sąd ma sam ustalić:
- kto zastąpi wyłączonego członka składu;
- czy należy przeprowadzić nowe losowanie;
- czy można zmienić liczbę sędziów;
- jaka norma będzie podstawą nowego składu;
- które części ustawy należy pominąć;
- gdzie kończy się stosowanie prawa, a zaczyna tworzenie prawa.
Jest to szczególnie niebezpieczne w świetle art. 176 ust. 2 Konstytucji, zgodnie z którym ustrój i właściwość sądów oraz postępowanie przed sądami określają ustawy. TSUE nakazuje więc osiągnąć określony rezultat nawet wtedy, gdy wymagałoby to odejścia od składu przewidzianego ustawą, nie przedstawiając przy tym jasnej podstawy dla procedury zastępczej. Sąd nie ma już tylko stosować prawa. Ma sam stworzyć rozwiązanie ustrojowe odpowiadające oczekiwaniom Trybunału.
Rozumowanie TSUE to błędne koło
Konstrukcja wyroku opiera się na błędnym kole:
- Procedura powołania jest wadliwa, ponieważ wywołuje wątpliwości.
- Sędzia wywołuje wątpliwości, ponieważ został powołany w wadliwej procedurze.
- Skład jest wadliwy, ponieważ uczestniczy w nim sędzia wywołujący wątpliwości.
- Wątpliwości są obiektywnie uzasadnione, ponieważ TSUE wcześniej uznał procedurę za wadliwą.
Nigdzie w tym łańcuchu nie pojawia się niezależny, indywidualny dowód odnoszący się do konkretnego sędziego. Trybunał tworzy założenie, następnie wykorzystuje je jako przesłankę, a później przedstawia wynik jako potwierdzenie prawdziwości pierwotnego założenia. Nie jest to rzetelny test niezawisłości człowieka. To systemowa kwalifikacja całej kategorii sędziów.
TSUE sam przypisuje sędziemu interes, a następnie wykorzystuje go jako podstawę wyłączenia
Trybunał uznaje, że sędzia powołany w takich samych okolicznościach jak sędzia badany nie może oceniać jego niezawisłości. Ma bowiem znajdować się w sytuacji wywołującej wątpliwości co do neutralności. Nie przedstawiono jednak dowodu, że konkretny sędzia rzeczywiście kieruje się interesem ochrony własnego statusu. TSUE sam przypisuje mu taki interes. Następnie wykorzystuje przypisany interes jako podstawę wyłączenia.To automatyczne podejrzenie.
Z podobną logiką można byłoby twierdzić, że żaden sędzia powołany przez określonego prezydenta nie może oceniać skutków nominacji dokonanych przez tę samą głowę państwa. Albo że sędziowie wybrani przez parlament nie mogą kontrolować ustaw przyjętych przez parlament uczestniczący w ich wyborze. Tak rozciągnięta teoria pozoru mogłaby podważyć niemal każdy europejski model nominacji sędziowskich, ponieważ każdy sędzia został powołany w ramach określonego układu instytucjonalnego.
Praworządność nie może oznaczać nieograniczonej władzy TSUE
Najbardziej przewrotnym elementem sprawy jest powoływanie się na praworządność jako uzasadnienie działań przekraczających wyraźne granice traktatów. Praworządność nie obowiązuje wyłącznie państw członkowskich. Obowiązuje również Unię i jej instytucje. TSUE także powinien działać na podstawie i w granicach kompetencji powierzonych. Nie może poszerzać własnej jurysdykcji tylko dlatego, że uznaje zamierzony rezultat za korzystny dla ochrony określonej wartości. Cel nie legalizuje braku kompetencji.
Nie można bronić państwa prawa poprzez osłabianie zasady kompetencji powierzonych. Nie można chronić niezawisłości sądów poprzez nakazywanie im tworzenia procedur nieprzewidzianych ustawą. Nie można bronić bezstronności przez automatyczne przypisywanie sędziom podejrzeń wynikających z samej drogi ich nominacji.
Przede wszystkim nie można powoływać się na autonomię prawa Unii po to, aby stopniowo likwidować autonomię konstytucyjną państw, które Unię utworzyły.
To nie jest ochrona przed stronniczym sędzią. To systemowe wykluczanie całej grupy
Wyrok nie tworzy mechanizmu pozwalającego ustalić, czy konkretny sędzia rzeczywiście zachował się stronniczo. Tworzy mechanizm pozwalający wykluczyć go bez takiego dowodu. Wystarczające jest zakwalifikowanie nominacji do określonej kategorii. Sama przynależność do tej kategorii ma uzasadniać pozór braku bezstronności. Pozór pozwala wyłączyć sędziego. Jego obecność ma natomiast podważać cały skład. Nie bada się człowieka. Bada się jego instytucjonalne pochodzenie. Nie ocenia się orzecznictwa. Ocenia się wniosek KRS. Nie wskazuje się nacisku. Zakłada się możliwość jego występowania. Nie udowadnia się zależności. Zastępuje się ją „uzasadnioną wątpliwością”. Taki model prowadzi do stworzenia dwóch kategorii sędziów:
- tych, których nominacje TSUE uznaje za niebudzące wątpliwości;
- oraz tych, którzy formalnie pozostają sędziami, ale których obecność może zostać uznana za wadę dyskwalifikującą cały sąd.
To nie jest stabilne państwo prawa. To systemowa stygmatyzacja sędziów według daty i trybu ich powołania.
Wyrok ultra vires
Wyrok z 16 lipca 2026 r. powinien być oceniany jako rozstrzygnięcie wykraczające poza kompetencje powierzone Unii.
TSUE:
- rozciąga art. 19 TUE na sprawy niezwiązane ze stosowaniem konkretnej normy prawa Unii;
- używa standardu art. 47 Karty mimo przyznania, że Karta nie ma samodzielnego zastosowania;
- przejmuje kontrolę nad krajowym modelem nominacji sędziowskich;
- nakazuje pomijanie ustawowych reguł dotyczących składów Sądu Najwyższego;
- funkcjonalnie ogranicza skutki prerogatywy Prezydenta RP;
- opiera kluczowe założenie o wadliwości procedury z udziałem KRS głównie na własnym wcześniejszym orzecznictwie;
- pozwala przypisywać sędziemu brak wymaganej bezstronności bez dowodu jego osobistej zależności;
- przedstawia zasadę pierwszeństwa jako instrument nadrzędny wobec granic kompetencji powierzonych.
Nie przedstawia namacalnych dowodów, że konkretny sędzia jest zależny od władzy politycznej. Nie wykazuje jego stronniczości. Nie bada indywidualnego zachowania. Nie wskazuje rzeczywistego nacisku. Przypisuje mu problem na podstawie samego sposobu powołania.
Konkluzja: integracja przez przejmowanie kompetencji
Ten wyrok nie dotyczy już wyłącznie polskich sędziów. Dotyczy granic władzy Trybunału Sprawiedliwości. Jeżeli TSUE może sam rozszerzyć znaczenie art. 19 TUE, następnie powołać się na swoje wcześniejsze wyroki, ogłosić własną interpretację bezpośrednio skuteczną i wykorzystać zasadę pierwszeństwa do pominięcia krajowych norm ustrojowych, traktaty przestają rzeczywiście ograniczać instytucje Unii. Granice kompetencji wyznacza wówczas nie wola państw członkowskich, lecz sam Trybunał.
TSUE formalnie nie unieważnia aktu Prezydenta RP. Praktycznie pozwala jednak pozbawić go najważniejszego skutku. Formalnie nie uznaje wszystkich sędziów powołanych przy udziale obecnej KRS za stronniczych. Praktycznie tworzy mechanizm, w którym sposób ich powołania wystarcza do wykluczenia. Formalnie nie przejmuje kompetencji do organizowania polskiego sądownictwa. Praktycznie nakazuje zmieniać składy i pomijać ustawy. Formalnie chroni praworządność. Praktycznie podważa zasadę działania Unii w granicach kompetencji powierzonych.
Najbardziej niebezpieczne w tym orzeczeniu nie jest więc tylko to, co TSUE powiedział wprost. Najbardziej niebezpieczne jest to, co osiągnął za pomocą języka „pozorów”, „skuteczności” i „pierwszeństwa”. Stworzył model, w którym europejski sąd może zakwestionować zdolność polskiego sędziego do orzekania bez dowodu jego stronniczości, ograniczyć skutki prerogatywy polskiego Prezydenta bez formalnego unieważnienia jego aktu oraz nakazać polskiemu sądowi pominięcie polskiej ustawy bez przekonującego wykazania, że Unia otrzymała kompetencję do regulowania tej materii.
To nie jest już integracja oparta wyłącznie na traktatach. To integracja przez orzecznicze przejmowanie kompetencji.
[Sędzia Kamila Borszowska-Moszowska, zastępca rzecznika dyscyplinarnego przy Sądzie Okręgowym w Świdnicy, wykładowca KSSiP i Akademii Nauk Stosowanych im. Angelusa Silesiusa, rzecznik stowarzyszenia prawników Veritas Et Ius w Służbie Narodowi]
[Tytuł, lead, sekcje "Co musisz wiedzieć", "Co to oznacza dla Polski", a także niektóre śródtytuły od Redakcji]
Co to oznacza dla Polski?
Zdaniem autorki analiza wyroku wykracza poza spór o status poszczególnych sędziów i dotyczy szerszego pytania o zakres kompetencji Unii Europejskiej wobec państw członkowskich. W jej ocenie przyjęta przez TSUE wykładnia art. 19 Traktatu o Unii Europejskiej może prowadzić do coraz większego wpływu instytucji unijnych na organizację krajowego wymiaru sprawiedliwości.
Autorka argumentuje, że w praktyce oznaczałoby to ograniczenie swobody Polski w kształtowaniu własnego ustroju sądów oraz zasad powoływania sędziów, mimo że kwestie te – zgodnie z jej interpretacją traktatów i Konstytucji RP – należą do kompetencji państwa członkowskiego. Jej zdaniem spór dotyczy więc nie tylko konkretnych nominacji sędziowskich, lecz także granic suwerennego prawa państwa do samodzielnego określania ustroju prawnego i konstytucyjnego.
Komentarze
Nawrocki dostał nietypowy prezent od Erdogana. Na Okęciu zajęli się nim urzędnicy
Ujawnił kulisy rozmowy Nawrockiego z Zełenskim. "Ukraina musi wybierać"

Sikorski o spotkaniu Nawrockiego z Zełenskim: Rozwiązują problem, który sami stworzyli

Kremlowska „szpilka”

Wołodymyr Zełenski wydał komunikat po spotkaniu z Karolem Nawrockim

