Szukaj
Konto

Napięcie między Ukrainą a Polską to rachunek za trzydzieści lat błędnej polityki wschodniej

Karol Nawrocki, Wołodymyr Zełenski
Źródło: ChatGPT | Autor: ChatGPT | Licencja: ChatGPT | Karol Nawrocki, Wołodymyr Zełenski
Odebranie Orderu Orła Białego prezydentowi Zełenskiemu nie wywołało kryzysu z Ukrainą, tylko urealniło stan stosunków polsko-ukraińskich. Pytania, które naprawdę przed nami stoją: czy odczytamy w porę, że ukraińska polityka historyczna to projekt geopolityczny rozciągnięty na pokolenia i czy odpowiemy podmiotowością zamiast naiwnością lub wojną polsko-polską?
Co musisz wiedzieć:
  • Artykuł stawia tezę, że obecne napięcia między Polską a Ukrainą są efektem wieloletnich zaniedbań w polskiej polityce wschodniej, a nie wyłącznie skutkiem ostatnich decyzji dotyczących relacji między oboma państwami.
  • Zdaniem autora spory o politykę historyczną, w tym pamięć o zbrodni wołyńskiej i ocena OUN-UPA, mają istotny wpływ na współczesne relacje polsko-ukraińskie oraz powinny być uwzględniane w prowadzeniu polityki zagranicznej.
  • Autor postuluje bardziej asertywne podejście Polski wobec Ukrainy, łączące dalsze wsparcie dla walczącego państwa z konsekwentnym zabieganiem o realizację polskich interesów w obszarach historycznych, politycznych i gospodarczych.

 

19 czerwca prezydent Karol Nawrocki odebrał Order Orła Białego Wołodymyrowi Zełenskiemu. Po stronie ukraińskiej podniósł się szum oburzenia, część polskich polityków rzuciła się na własnego prezydenta, a spór z Ukrainą z miejsca zamienił się w kolejny front wojny wewnętrznej. Znowu pokłóciliśmy się o gest, nie zauważając rzeczy ważniejszej, że ten gest był objawem, a nie przyczyną napięć pomiędzy oboma państwami.

W Instytucie Suwerenności staram się patrzeć na takie sprawy chłodno, w świetle faktów, bo choć emocje wokół Wołynia są uzasadnione, to nie one powinny budować politykę. Fakt jest natomiast taki: prezydent Karol Nawrocki odebrał Zełenskiemu Order, ale przyznanie go przez prezydenta Andrzeja Dudę nastąpiło na podstawie fałszywych przesłanek. Sięgnijmy do uzasadnienia z 2023 roku — odznaczenie nadano między innymi za zasługi w pogłębianiu „przyjaznych i wszechstronnych” stosunków między Polską a Ukrainą. W tym samym czasie strona ukraińska blokowała tranzyt polskich pociągów — aż do 24 lutego 2022 roku. To nie był wyjątek: rok później, na forum ONZ, prezydent Zełenski mówił o „przyjaznych” państwach, które w istocie grają na korzyść Rosji — nie wymieniając co prawda Polski z nazwy, lecz nastąpiło to w momencie szczytu sporu o zalanie polskiego rynku ukraińskim zbożem, które miało trafić do Afryki, a wylądowało w polskim pieczywie. Przyjazne stosunki istniały głównie w słownych komunikatach.

 

Fałszywe przesłanki przyznania orderu Zełenskiemu

To nie jest opowieść przeciw jednej partii. Order Orła Białego dostał od prezydenta Bronisława Komorowskiego Wiktor Juszczenko — ten sam, który w Kijowie odrodził kult UPA. Wołodymyr Zełenski dostał go od prezydenta Dudy w chwili, gdy relacje Ukrainy z Polską konsekwentnie się psuły. Dwaj prezydenci z dwóch przeciwnych obozów realizowało ten sam mechanizm: zamazywanie obrazu Ukrainy w oczach polskiego obywatela. Przez trzydzieści lat żyliśmy w bańce, w której nasze elity udawały, że pewnych rzeczy nie ma. Decyzja z czerwca o odebraniu orderu przez prezydenta Nawrockiego tę bańkę przebiła. Można się o nią spierać, ale najpierw trzeba zrozumieć, że było to urealnienie relacji, a nie awanturnictwo polityczne.

Trzeba przy tym uczciwie zauważyć dwie rzeczy. Sama decyzja Kijowa o nadaniu jednostce imienia „Bohaterów UPA” miała również funkcję wewnętrzną: przy spadającej od 2024 roku popularności prezydenta Zełenskiego i niepowodzeniach na froncie pozwalała skonsolidować zwolenników i przykryć afery korupcyjne. I odwrotnie: medialny szum wokół orderu był także na rękę rządzącym w Warszawie. Natomiast ruch prezydenta Nawrockiego przyniósł jeden realny, chyba nieprzewidziany przez Kijów skutek: o ludobójstwie wołyńskim zaczęły mówić największe media świata.

 

Polityka historyczna to nie wyłączna domena historyków

Potrzebne jest tu jedno rozróżnienie, bez którego cała dyskusja grzęźnie. Czym innym jest historia jako nauka — fakty badane metodami naukowymi przez historyków. Czym innym polityka historyczna — opowieść, którą naród tworzy o sobie, żeby budować przyszłość. To drugie nie jest zajęciem dla historyków. Jest to narzędzie państwa i właśnie jako narzędzie trzeba postrzegać działania, które Kijów podejmuje od dekad.

Prześledźmy to, bo bez podania konkretnej chronologii trudno dostrzec zamysł kijowskich elit. Za prezydentów Leonida Krawczuka i Leonida Kuczmy państwowego kultu zbrodniczej UPA nie było, a przynajmniej był on instytucjonalnie ograniczany. Kult tlił się regionalnie: we Lwowie, Tarnopolu, Iwano-Frankiwsku rady obwodowe stawiały pomniki i honorowały weteranów UPA. Zmiana postrzegania OUN i UPA przyszła z Wiktorem Juszczenką. Ukraina zaczęła opisywać siebie jako ofiarę dwóch totalitaryzmów, a tytuły Bohatera Ukrainy dostali Roman Szuchewycz i Stepan Bandera — główny ideolog ruchu, który wprost głosił, że „rdzenne” ziemie należy oczyścić z Polaków, Żydów, Czechów i innych nieukraińskich nacji. Następnie Wiktor Janukowycz i sądy ukraińskie w latach 2010–2011 tytuły te uchyliły. Z kolei zaś za prezydentury Petra Poroszenki, z Wołodymyrem Wiatrowyczem i ukraińskim Instytutem Pamięci Narodowej u boku, projekt rozprzestrzenienia kultu OUN-UPA ruszył na poważnie: ustanowiono nowe święto obchodzone w dniu powstania UPA, a w 2015 roku uchwalono ustawy, które uznały OUN i UPA za bohaterów Ukrainy i jednocześnie zakazały ich krytykowania. Kolejny punkt na tej linii postawiono właśnie teraz: 1 lipca 2026 roku Rada Najwyższa uchwaliła ustawę o Panteonie Narodowym, w którym mogą znaleźć się dowódcy UPA. To nie jest ciąg przypadków, tylko zaplanowany kierunek budowany w sposób świadomy i rozpisany na dekady. Bo polityka historyczna to nie spór o przeszłość. To projekt przyszłości, pisany na trzy pokolenia w przód.

 

Elity, czy już cały naród?

Tu muszę powiedzieć rzecz, której w tym sporze brakuje najbardziej. Ukraina jest państwem suwerennym. Ma prawo czcić, kogo chce i nikt jej tego nie zabroni — tak też my mamy prawo do własnego panteonu. Naszym prawem i obowiązkiem jest z kolei coś innego, mianowicie bronić prawdy historycznej i interesu polskich obywateli. A najbardziej konkretny z tych interesów jest prosty i wciąż niezrealizowany: godne ekshumacje i pochówek ofiar ludobójstwa na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej. Nic — żadna ideologia, żadna wojna — nie usprawiedliwia wymordowania stu tysięcy kobiet, dzieci i starców w imię czystki etnicznej.

Natomiast warto zauważyć, że kult UPA piszą ukraińskie elity, nie zaś cały ukraiński naród. To rozróżnienie nie jest kurtuazją, obrazują to dane. W latach 90. postrzeganie UPA było wśród Ukraińców zdecydowanie negatywne. Z sondaży KMIS z 2013 wynika, że pozytywny stosunek do tej formacji miało 19% Ukraińców, a 48% miało negatywny. W latach 2016-2018 pozytywny stosunek do Bandery wynosił ok. 36% przy spadającym 34% stosunku negatywnym. W wyborach 2019 roku partie skrajne, niosące ten szowinistyczny nurt na sztandarach, zdobyły ledwie 2,15 procent głosów. Percepcja mocno przesunęła się w okolicach lat 2020-2022. W maju 2022 roku pozytywny stosunek do żołnierzy UPA sięgał 71%, a 81% ankietowanych uważało członków OUN-UPA za uczestników walki o niepodległość. Jednocześnie trzeba wyraźnie wskazać, że ponad 80% Ukraińców po prostu nie wie, co wydarzyło się na Wołyniu. Krąży za to badanie, w którym blisko 90 procent Ukraińców chce, by spory historyczne z Polską były rozwiązywane pragmatycznie i bez wykorzystywania ich w bieżącej polityce. 57% stwierdziło, że każdy kraj powinien pozostać przy własnej wizji i mieć własnych bohaterów, a 33% chce „zostawić historię historykom”. Przy pierwszym kontakcie ta teza brzmi rozsądnie, ale moim zdaniem jest produktem propagandy samych elit. Bo to właśnie zwolnienie polityków z odpowiedzialności za pamięć pozwala elicie budować swój projekt bez społecznej kontroli. Mamy więc jeszcze nie wojnę narodów, lecz narracyjny projekt elity, który przecież da się zmienić. Pod jednym warunkiem: że się go najpierw właściwie odczyta.

 

Ukraina bez Polski, czyli nowa strefa zgniotu

Dlaczego jest to dla nas aż tak ważne? Bo z ukraińskiej polityki historycznej wynika kierunek strategiczny. Jeśli tożsamość buduje się przeciw Polsce (a tak się ją buduje, wystarczy zajrzeć do ukraińskiego internetu, gdzie wojnę 1920 roku opisuje się jako napaść „polskiego agresora”, tak jakby nie było sojuszu Piłsudskiego z Petlurą) to naturalnym następstwem jest polityka proniemiecka z pominięciem Polski. W tej wizji Ukraina nie jest młodszym partnerem Warszawy, lecz samodzielnym ośrodkiem w Europie Środkowej, dla którego Polska jest po prostu zbędna i stanowi strefę wpływu Ukrainy. Pretekstów do takiego myślenia dostarczyli Ukraińcom nasi politycy.

Strategiczne nastawienie widać wyraźnie w zestawieniu z Białorusią. Mińsk — dziś nam nieprzyjazny, choćby przez wypychanie migrantów na granicę — buduje tożsamość włączającą: przyznaje się do Wielkiego Księstwa Litewskiego i do wspólnej przeszłości. Z Białorusią, mimo konfliktu, polska polityka ma na czym budować w obszarze historii. Z aktualną ukraińską narracją nie mamy najmniejszej szansy na konstruktywny dialog. Na to nakłada się dziś wyraźne zbliżenie niemiecko-ukraińskie, w którym Polska zajmuje znane sobie z historii miejsce: strefy zgniotu, buforu absorbującego ryzyko.

Jak daleko to sięga? Dr Rafał Brzeski nakreślił scenariusz najczarniejszy: przy założeniu sojuszu niemiecko-ukraińskiego — rozbiór wschodnich ziem Polski przez Ukrainę, zachodnich przez Niemcy. Powiem uczciwie: jak na razie to scenariusz z gatunku science fiction i sam bym dziś tak daleko nie szedł. Ale poważny ośrodek decyzyjny ma obowiązek rozważać nawet scenariusze skrajne, a napięć gospodarczych i politycznych na tej osi jak najbardziej możemy się spodziewać.

Warto jeszcze raz podkreślić, że naród, dla którego sąsiad staje się zbędny, prędzej czy później staje się dla kogoś łupem.

 

Co robić? Podmiotowość zamiast naiwności i zamiast wojny domowej

Cztery rzeczy, konkretnie:

  • Po pierwsze — oddzielić wsparcie wojenne od sporu o pamięć, ale bez naiwności. Nadrzędnym celem polskiej polityki wschodniej jest odsunięcie Rosji jak najdalej od europejskiego stołu; gdy Rosja przy tym stole zasiada, układ Berlin–Paryż–Moskwa spycha nas do roli przedmiotu. Wojna, którą Ukraina prowadzi za siebie, nie za Polskę, ten nasz cel realizuje, więc w naszym interesie jest Ukrainę wspierać, ale nie „za darmo”. Umowy o pomocy wojskowej, które podpisywały kolejne rządy — tajna umowa z 2016 roku za ministra Antoniego Macierewicza, ale i późniejsza za premiera Donalda Tuska — są jednostronne: my dajemy, zaś druga strona nic. Funkcjonuję w biznesie od ponad dwóch dekad i wiem jedno: umowa musi być symetryczna. Inaczej to nie umowa, tylko oddawanie własnego majątku. Należy te umowy jednostronnie wypowiedzieć, a dalszą pomoc warunkować realizacją interesu Polski w obszarach polityki historycznej, wojskowej i gospodarczej.
  • Po drugie — zbudować realne soft power na wschodzie. Niemcy utrzymują w Polsce dziesiątki fundacji i wydają setki milionów euro na miękkie realizowanie swoich celów. My przez trzydzieści lat nie ułożyliśmy nawet relacji z Litwą w sprawie mniejszości, szkół, pisowni nazwisk, a Aleksandra Łukaszenkę własnymi rękami wepchnęliśmy głębiej w objęcia Władimira Putina. Nazywano to czasem giedroyciowskim zmiękczeniem polskiej dyplomacji: gest otwartości bez budowania realnego soft power. Otwartość mieliśmy, ale faktycznych instrumentów już nie. To nie jest wina sąsiadów, tylko wyłącznie naszej klasy politycznej.
  • Po trzecie — bronić prawdy instytucjonalnie, nie gestem. Ekshumacje i godny pochówek ofiar to konkret, który trzeba dokończyć. Zapowiadana od dawna delegalizacja symboliki banderowskiej to instrument, którego trzeba koniecznie użyć, a nie tylko deklarować. Na kłamliwą tezę o „równoważnym konflikcie”, o „działaniach wojennych” trzeba odpowiadać twardo i spokojnie. Językiem, który ukraińska elita zrozumie np. prześwietlając transfery majątku z Ukrainy na teren UE w latach 2015-2026.
  • Po czwarte — jest sprawa polskiej racji stanu, nie partyjnej sympatii — nie prowadzić wojny domowej w środku sporu międzynarodowego. To rząd, nie prezydent, odpowiada ostatecznie za politykę zagraniczną. W momentach kryzysu rząd powinien prezydenta poprzeć, a swoje wojny pozostawić na inny czas. Rzucanie się na własną głowę państwa, gdy ta broni pamięci ofiar, tylko dopisuje polskich polityków do ukraińskiego przekazu. Dodam, że grzech zaniechania obciąża i poprzednie rządy: to one przez lata patrzyły, jak kult banderowski rośnie i nie reagowały, a jeden z ministrów spraw zagranicznych tłumaczył własną impotencję tym, że „Ukraińcy muszą dojrzeć”. Nie dojrzeli. Taki sposób myślenia był albo naiwny, albo cyniczny i nie miał nic wspólnego z rzeczywistością.

 

W Europie nie ma pustych krzeseł

Historia bywa jednak nauczycielką życia i pocieszycielką w chwilach trudnych. Bolesław Chrobry w jednym roku prowadził z Niemcami krwawą wojnę, a w następnym z tymi samymi Niemcami zajmował Kijów. Kierunki polityki się zmieniają i sojusze się odwracają pod warunkiem, że jest się podmiotem, a nie tłem cudzych decyzji. Wszystko zależy od nas: od tego, czy uporządkujemy własne państwo. Jeśli o nie zadbamy, żaden czarny scenariusz nie jest naszym przeznaczeniem. Jeśli nie, to historia sama przydzieli nam nowych opiekunów. Bo w naszej części Europy nie ma pustych krzeseł. Kto nie usiądzie przy stole jako podmiot, ten wcześniej czy później znajdzie się na stole jako przedmiot.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 15.07.2026 17:59
Źródło: Tysol.pl