Szukaj
Konto

Na problemy Merza – Tusk

Olaf Scholz i Donald Tusk
Źródło: Olaf Scholz | Autor: Paweł Rybicki | Licencja: screen z nagrania | Olaf Scholz i Donald Tusk
Są politycy, którzy w kryzysie najpierw patrzą na własne państwo i dobro obywateli, ale są też tacy, którzy odruchowo patrzą na Berlin. Donald Tusk po raz kolejny pokazał, do której kategorii należy.
Co musisz wiedzieć:
  • Premier Donald Tusk zasugerował, że Polska nie powinna zabiegać o przenoszenie wojsk USA z Niemiec, co wywołało debatę o priorytetach bezpieczeństwa
  • W tle są napięcia w relacjach USA–Niemcy oraz zmieniająca się rola Europy w polityce administracji Donalda Trumpa
  • Eksperci wskazują, że decyzje dotyczące obecności wojsk USA w regionie mogą mieć kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa Polski i całej wschodniej flanki NATO

 

Friedrich Merz miał być dla Niemiec nowym otwarciem. Kreujący się na twardego konserwatystę, sprawnego menedżera państwa, człowieka, który po erze Scholza przywróci niemieckiej polityce powagę i skuteczność. Tymczasem po roku rządów kanclerz jest politycznie poobijany jak mało kto. Sondaże są dla niego brutalne – zaledwie 11 proc. Niemców dobrze ocenia jego rząd. Koalicja trzeszczy, gospodarka stoi w miejscu, ceny energii rosną, AfD rośnie jeszcze szybciej, a niemieckie media coraz częściej piszą już nie o reformach, tylko o przetrwaniu. Do tego dochodzi problem najpoważniejszy

 

Relacje z USA

Administracja Donalda Trumpa coraz wyraźniej pokazuje, że kończy z myśleniem o Europie według starego schematu, w którym Niemcy były uprzywilejowanym partnerem Waszyngtonu. Redukcja części wojsk USA w Niemczech została w Berlinie odebrana jak alarm. Nie tylko wojskowy, ale też polityczny i prestiżowy. I właśnie wtedy premier Polski postanowił wkroczyć do akcji. Nie po to jednak, by wykorzystać sytuację dla Polski. Nie po to, by zabiegać o większą obecność amerykańskich wojsk nad Wisłą. Nie po to, by wzmacniać wschodnią flankę NATO. Donald Tusk uznał, że najważniejsze jest, by przypadkiem Niemcom nie zrobiło się przykro.

Nie powinniśmy podbierać wojsk amerykańskich z Niemiec

– powiedział z uśmiechem premier i trudno o bardziej symboliczne zdanie. Zwłaszcza że wypowiedział je ten sam człowiek, który kilka dni wcześniej ostrzegał, że Rosja może zaatakować państwo NATO „raczej w perspektywie miesięcy niż lat”. To już nawet nie jest sprzeczność. To polityczny cyrk, którego nie kupują nawet najtwardsi z twardego elektoratu władzy, bo przecież gdyby słowa Tuska potraktowali poważnie, już czekaliby na lotnisku na wylot z Polski.

W końcu jeśli premier naprawdę uważa, że zagrożenie ze strony Rosji jest tak poważne, to powinien zrobić wszystko, by zwiększyć obecność wojsk USA w Polsce. Każdy dodatkowy amerykański żołnierz nad Wisłą zwiększa bezpieczeństwo naszego kraju. To kwestia elementarnej logiki geopolitycznej. Tylko, że dla Donalda Tuska ważniejsza od logiki bezpieczeństwa jest dziś polityczna wygoda patrona, Friedricha Merza.

 

Nie jest rolą polskiego premiera ratowanie niemieckiego kanclerza

I właśnie dlatego ta wypowiedź jest tak wymowna. Bo pokazuje coś więcej niż tylko niefortunny komentarz. Pokazuje sposób myślenia. W momencie, gdy Niemcy tracą część swojej pozycji wobec USA, polski premier nie myśli: „co może zyskać Polska?”. On myśli: „jak pomóc Berlinowi?”. Przecież Niemcy nigdy nie miały takich oporów wobec realizacji własnych interesów. Nord Stream budowano mimo protestów Polski i ostrzeżeń całego regionu. Niemieckie elity przez lata tłumaczyły Rosję, robiły z nią interesy i pouczały Europę Środkową, żeby była „bardziej pragmatyczna”. Gdy Berlin walczył o swoje, nikt tam nie zastanawiał się, czy Warszawie będzie przykro.

Dziś sytuacja się odwróciła. Pojawiła się szansa, by Polska realnie zyskała strategicznie na zmianie układu sił w Europie. I właśnie wtedy Donald Tusk wychodzi przed kamery i mówi właściwie jedno: spokojnie, Niemcy, my wam niczego nie zabierzemy.

Tylko że problem polega na tym, iż nie jest rolą polskiego premiera ratowanie pozycji niemieckiego kanclerza. Zwłaszcza kosztem polskiego bezpieczeństwa i polskich interesów. Bo świat właśnie wszedł w etap brutalnej gry interesów. A państwa, które w takim momencie rezygnują z własnych szans tylko po to, by poprawić komfort silniejszym sąsiadom, zwykle kończą jako tło dla cudzej polityki.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 06.05.2026 21:22
Źródło: Tysol.pl