Marek Budzisz: Rosja coraz mocniej obecna w Syrii, ale czy tylko o Syrię chodzi?
25.09.2018 18:41

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Wczoraj rosyjski minister obrony Szojgu poinformował, że w ramach „adekwatnej odpowiedzi” za zestrzelenie rosyjskiego samolotu zwiadu elektronicznego Ił – 20 z 15 osobową załogą na pokładzie (wszyscy zginęli) Rosja dostarczy syryjskim siłom obrony przeciwlotniczej dwa dywizjony rakiet systemu S – 300. Realizacja tej decyzji niewątpliwie zwiększy rosyjską obecność wojskową w Syrii. Jest też potwierdzeniem tezy, że rosyjskie elity ostatniego argumentu upatrują przede wszystkim w sile zbrojnej. Tam gdzie ich pozycja, czy prestiż wydają się nadwątlone, uciekają się do starych sprawdzonych metod – pokazują swoje możliwości. Tak może być i teraz, choć wydaje się, że sytuacja jest nieco bardziej skomplikowana, niźli na pierwszy rzut oka może się wydawać.
Ten system rakietowy S - 300 produkowany jest od lat siedemdziesiątych i miał wiele modyfikacji, ale najprawdopodobniej Moskwa chce wysłać Damaszkowi względnie nowoczesną jego eksportową wersję z lat dziewięćdziesiątych nazywaną Faworit. Ma on możliwość zwalczania celów powietrznych - samolotów na dystansie 200 km oraz rakiet - 40 km. Najprawdopodobniej Moskwa wyśle do Syrii dwa takie zestawy, co daje razem od 48 do 96 rakiet (w zależności od przyjętego rozwiązania w skład baterii wchodzi od 6 do 12 wyrzutni).
Rosjanie już jakiś czas temu mieli w planach, o czym głośno informowali, dostawy do Syrii tego sprzętu, ale na prośbę Izraela wstrzymali się z tym. Wczoraj obwieszczona decyzja ma znaczenie zarówno polityczne jak i militarne. Z militarnego punktu widzenia ważne są deklaracje Moskwy, że syryjscy specjaliści zostali już przeszkoleni, ale jeśli będzie taka potrzeba, a z pewnością będzie, to towarzyszyć im będą, tak długo jak potrzeba rosyjscy instruktorzy. Zasięg i skuteczność tych systemów, może oznaczać zdaniem specjalistów, że nad sporą częścią syryjskiej przestrzeni powietrznej zostaną utworzone de facto no fly zones, niedostępne lotnictwu państw zewnętrznych, choćby izraelskiemu, ale również jordańskiemu, o lotnictwie państw NATO nie wspominając. I wówczas, jeśli ktoś zaryzykuje atak, to musi się liczyć z tym, że rakietami kierować będą Rosjanie a nie ofermowaci Syryjczycy. Również i atak na stanowiska syryjskiej obrony przeciwlotniczej może okazać się atakiem na rosyjskie siły zbrojne.
Polityczny wymiar tego, co zapowiedziało rosyjskie ministerstwo obrony, choć wypadałoby chyba napisać wojny, jest równie ciekawy. Po pierwsze trzeba zadać pytanie o powód podjęcia tej decyzji. Tym bardziej, że co się naprawdę w związku z samolotem Ił stało jest już z grubsza wiadomo. Po rozmowie Putin - Netanjahu do Moskwy przyjechał dowodzący izraelskim lotnictwem generał Norkin w towarzystwie licznego grona ekspertów lotnictwa i wywiadu. Ale najważniejszym jest, co innego. Otóż przywiózł on, według relacji izraelskich mediów, 40 stronnicowy raport, w którym sekunda po sekundzie przedstawiono sytuację w syryjskiej przestrzeni powietrznej w trakcie izraelskiego nalotu poprzedzającego feralną salwę asadowskiej obrony przeciwlotniczej. Jak się okazuje, strona izraelska informowała, korzystając z gorącej linii z rosyjskim dowództwem, o ataku już o godzinie 21.39, co zresztą potwierdził na briefingu z prasą generał Konaszenkow. A zatem przedstawiana przez resort wersja oficjalna jest zupełnie nieprawdopodobna, bo przypomnijmy, mówiła ona, że izraelskie myśliwce przeprowadziły atak na cele w Latakii o godzinie 22.00 - 22.10, a potem chcąc się chronić przed syryjską obroną przeciwlotniczą uciekły się do podłego chwytu, chowając za duży rosyjski Ił - 20. Rzeczywistość jest jednak ciut inna - atak miał miejsce, ale pół godziny wcześniej, a Rosjanie niemal natychmiast zostali o nim poinformowani. 30 Minut przed zestrzeleniem Ił-a, a nie jak mówił minister Szojgu niecałą minutę przed tym smutnym wydarzeniem. O co może w tym wszystkim chodzić? Wyjaśnień jest kilka. Pierwsze i najprostsze - Izrael ma rację, a rosyjski resort obrony i Sztab Generalny, chcąc zatuszować wpadkę, świadczącą o zwyczajnym bałaganie, stara się zrzucić winę na kogoś innego. Prawdopodobieństwo, że tak właśnie było jest duże, ale nie wyjaśnia powodów, dla których na Kremlu podjęto decyzję o wysłaniu do Syrii baterii S - 300. Bo to, że decyzja zapadła na Kremlu nie powinno budzić zasadniczych wątpliwości. Na początku roku szef rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Gierasimow mówił w wywiadzie prasowym, że Putin przynajmniej raz dziennie, a zdarza się, że dwukrotnie informowany jest przez armię o tym, co się w Syrii dzieje. Był wobec tego jakiś powód, dla którego, jeszcze pod koniec tygodnia mówiący o splocie nieszczęśliwych wypadków rosyjski prezydent teraz podjął taką decyzję. I nie pomogły telefoniczne rozmowy, jakie prowadził z premierem Izraela, w czasie, których ten starał się go odwieść od tego pomysłu. Tylko, że w przeciwieństwie do roku 2013, kiedy pod wpływem perswazji Izraela Rosjanie wstrzymali wysyłkę rakiet, teraz presja okazała się nieskuteczna. A presja była silna, bo nawet pojawiły się deklaracje, że izraelskie siły powietrzne nie zaprzestaną działań na terenie Syrii, a jeśli będzie im przeszkadzać w tym wzmocniona obrona przeciwlotnicza, to ją po prostu zniszczą. Nie będą mieli, jak deklarują, z tym żadnego problemu, bo dobrze znają system S-300, w swoim czasie sprzedany przez Rosję Grekom.
Trzeba zwrócić uwagę na to, co się wydarzyło w mieście Awhaz w irańskiej prowincji Chuzestan w ubiegłą sobotę. Jak wiadomo w trakcie oficjalnej parady wojskowej w tej zamieszkałej przez arabów prowincji, nieznani zamachowcy otworzyli ogień, zabijając 29 osób i ponad 60 raniąc. Odpowiedzialność wzięła na siebie ISIS, ale w rosyjskiej prasie pojawiają się informacje, że w istocie to nie islamiści stali za tym zamachem (w przeciwieństwie do przeprowadzonych w ubiegłym roku w Teheranie). Teraz rosyjscy analitycy uważają, że sprawa jest poważniejsza i powołują się na to, że jeszcze kilka miesięcy temu w Chuzestanie i dwóch sąsiednich prowincjach zamieszkałych przez ludność pochodzenia arabskiego odbywały się protesty pracowników sektora naftowego, którzy prócz haseł o charakterze bytowym (podniesienia głodowych ich zdaniem pensji) domagali się również oddzielenia od Iranu. Wiążą to wszystko z niedawną deklaracją saudyjskiego następcy tronu, księcia Muhammad ibn Salman, który powiedział, że "nie będziemy czekać na wojnę z nimi (Irańczykami) na ziemi Arabii Saudyjskiej. Zrobimy wszystko, aby starcie miało miejsce u nich, w Iranie". Rosyjscy eksperci zwracają też uwagę na chroniczne niepokoje w innych prowincjach Iranu zamieszkałych przez mniejszości - takich jak Zachodni Azerbejdżan, Beludżystan czy Ardabil. Ich zdaniem, a powołują się na programowy artykuł opublikowany przez Johna Boltona w National Review jeszcze zanim został doradcą Trumpa, za wszystkim stoją Amerykanie. W przywoływanym artykule Bolton proponował, aby zamiast angażować się zbrojnie w konflikty w tym regionie świata wysyłając tam mniejsze lub większe kontyngenty własnego wojska, Stany Zjednoczone winny raczej skoncentrować się na koordynacji i dozbrojeniu lokalnych graczy i irańskiej opozycji. I teraz, zdaniem Rosjan, tego rodzaju strategia zaczyna być realizowana - de facto zbudowano twór, nazywany w rosyjskich mediach bliskowschodnim NATO, w którym kluczową rolę odgrywała będzie Arabia Saudyjska i ZEA, a teraz przystąpiono do fazy nr 2, czyli wzniecania niepokojów w Iranie. Będzie też i faza nr 3, kiedy to w listopadzie wejdą w życie amerykańskie sankcje na irańską ropę.
Tego rodzaju scenariusz, zaplanowany i koordynowany, zdaniem Rosjan w Pentagonie, a może w Langley, doskonale wpisuje się w to, co uważają oni za nowoczesną formułę prowadzenia wojny. Bo przypomnijmy, że są oni zdania, iż wszystkie "kolorowe rewolucje", czy arabska wiosna, to nic innego jak tylko amerykańska agresja, która przyjęła inną formę. Jeśli Moskwa spodziewa się destabilizacji sytuacji w Iranie, to musi liczyć się z tym, że siły zbrojne tego kraju, a one w zasadniczy sposób wspierają wojska Asada, nieco zmniejszą swe zaangażowanie w Syrii. I z tego powodu, potencjalnym przeciwnikom trzeba dać sygnał, aby nie liczyli na łatwe zdobycze. Inną sprawą jest i to, że na takim osłabieniu swego partnera (Teheranu) Moskwa może sporo skorzystać i nie ma w tym względzie żadnych skrupułów.
Zresztą ostatnio stosunki między Moskwą a Iranem, przeżywają swój trudny czas. Przede wszystkim, dlatego, że Teheran oskarża swych sojuszników o to, że grają oni w obydwu drużynach. Jeśli idzie o kwestie związane z wydobyciem ropy naftowej, to wręcz w jednej drużynie, przeciwko Iranowi, z Arabią Saudyjską. Doszło do tego, że korzystając z trudności Iranu, w którym wydobycie ropy spadło w ostatnich miesiącach o 40 % do poziomu 1,5 mln baryłek dziennie, Rosja zwiększa swe wydobycie, raportując o tym, że bije ono historyczne rekordy. Po 4 listopada, czyli po wejściu w życie amerykańskich sankcji analitycy uważają, że Teheran będzie musiał zmniejszyć wydobycie o kolejne 500 tys. baryłek dziennie. Irański minister ds. ropy naftowej odwołał swój udział w zeszłotygodniowym posiedzeniu w Algierze kartelu OPEC z udziałem Rosji. Chodzi o to, że Teheran za niezgodną z ustaleniami uznaje decyzję, według której niewykorzystany przezeń kontyngent, ma zostać rozdzielony na te państwa, które mogą zwiększyć produkcję, czyli Rosję i Arabię Saudyjską. Dodatkowo w Teheranie bardzo źle postrzegają umowę Moskwy z Rijadem, w myśl, której ten ostatni ma otrzymać rosyjski system antyrakietowy S - 400.
A na początku października do Indii jedzie Władimir Putin. Rosjanie będą rozmawiać o kluczowej z ich punktu widzenia sprawie, czyli realizacji kontraktów zbrojeniowych, ale trzeba pamiętać, że Delhi to jeden z największych klientów irańskiego sektora naftowego. Ze strategicznego punktu widzenia jest też dla Rosji arcyważnym państwem, bo tylko współpracując z Indiami, mogą próbować równoważyć nierównowagę sił, jaki cechuje alians rosyjsko - chiński.
Tak to już między przyjaciółmi i sojusznikami jest. Jeśli któryś z nich popada w kłopoty, to drugi zaraz chce na tym skorzystać. W tym wypadku nie tylko ekonomicznie, ale również wzmacniając swą pozycję we wspólnym przedsięwzięciu, jakim jest Syria.
Rosjanie już jakiś czas temu mieli w planach, o czym głośno informowali, dostawy do Syrii tego sprzętu, ale na prośbę Izraela wstrzymali się z tym. Wczoraj obwieszczona decyzja ma znaczenie zarówno polityczne jak i militarne. Z militarnego punktu widzenia ważne są deklaracje Moskwy, że syryjscy specjaliści zostali już przeszkoleni, ale jeśli będzie taka potrzeba, a z pewnością będzie, to towarzyszyć im będą, tak długo jak potrzeba rosyjscy instruktorzy. Zasięg i skuteczność tych systemów, może oznaczać zdaniem specjalistów, że nad sporą częścią syryjskiej przestrzeni powietrznej zostaną utworzone de facto no fly zones, niedostępne lotnictwu państw zewnętrznych, choćby izraelskiemu, ale również jordańskiemu, o lotnictwie państw NATO nie wspominając. I wówczas, jeśli ktoś zaryzykuje atak, to musi się liczyć z tym, że rakietami kierować będą Rosjanie a nie ofermowaci Syryjczycy. Również i atak na stanowiska syryjskiej obrony przeciwlotniczej może okazać się atakiem na rosyjskie siły zbrojne.
Polityczny wymiar tego, co zapowiedziało rosyjskie ministerstwo obrony, choć wypadałoby chyba napisać wojny, jest równie ciekawy. Po pierwsze trzeba zadać pytanie o powód podjęcia tej decyzji. Tym bardziej, że co się naprawdę w związku z samolotem Ił stało jest już z grubsza wiadomo. Po rozmowie Putin - Netanjahu do Moskwy przyjechał dowodzący izraelskim lotnictwem generał Norkin w towarzystwie licznego grona ekspertów lotnictwa i wywiadu. Ale najważniejszym jest, co innego. Otóż przywiózł on, według relacji izraelskich mediów, 40 stronnicowy raport, w którym sekunda po sekundzie przedstawiono sytuację w syryjskiej przestrzeni powietrznej w trakcie izraelskiego nalotu poprzedzającego feralną salwę asadowskiej obrony przeciwlotniczej. Jak się okazuje, strona izraelska informowała, korzystając z gorącej linii z rosyjskim dowództwem, o ataku już o godzinie 21.39, co zresztą potwierdził na briefingu z prasą generał Konaszenkow. A zatem przedstawiana przez resort wersja oficjalna jest zupełnie nieprawdopodobna, bo przypomnijmy, mówiła ona, że izraelskie myśliwce przeprowadziły atak na cele w Latakii o godzinie 22.00 - 22.10, a potem chcąc się chronić przed syryjską obroną przeciwlotniczą uciekły się do podłego chwytu, chowając za duży rosyjski Ił - 20. Rzeczywistość jest jednak ciut inna - atak miał miejsce, ale pół godziny wcześniej, a Rosjanie niemal natychmiast zostali o nim poinformowani. 30 Minut przed zestrzeleniem Ił-a, a nie jak mówił minister Szojgu niecałą minutę przed tym smutnym wydarzeniem. O co może w tym wszystkim chodzić? Wyjaśnień jest kilka. Pierwsze i najprostsze - Izrael ma rację, a rosyjski resort obrony i Sztab Generalny, chcąc zatuszować wpadkę, świadczącą o zwyczajnym bałaganie, stara się zrzucić winę na kogoś innego. Prawdopodobieństwo, że tak właśnie było jest duże, ale nie wyjaśnia powodów, dla których na Kremlu podjęto decyzję o wysłaniu do Syrii baterii S - 300. Bo to, że decyzja zapadła na Kremlu nie powinno budzić zasadniczych wątpliwości. Na początku roku szef rosyjskiego Sztabu Generalnego generał Gierasimow mówił w wywiadzie prasowym, że Putin przynajmniej raz dziennie, a zdarza się, że dwukrotnie informowany jest przez armię o tym, co się w Syrii dzieje. Był wobec tego jakiś powód, dla którego, jeszcze pod koniec tygodnia mówiący o splocie nieszczęśliwych wypadków rosyjski prezydent teraz podjął taką decyzję. I nie pomogły telefoniczne rozmowy, jakie prowadził z premierem Izraela, w czasie, których ten starał się go odwieść od tego pomysłu. Tylko, że w przeciwieństwie do roku 2013, kiedy pod wpływem perswazji Izraela Rosjanie wstrzymali wysyłkę rakiet, teraz presja okazała się nieskuteczna. A presja była silna, bo nawet pojawiły się deklaracje, że izraelskie siły powietrzne nie zaprzestaną działań na terenie Syrii, a jeśli będzie im przeszkadzać w tym wzmocniona obrona przeciwlotnicza, to ją po prostu zniszczą. Nie będą mieli, jak deklarują, z tym żadnego problemu, bo dobrze znają system S-300, w swoim czasie sprzedany przez Rosję Grekom.
Trzeba zwrócić uwagę na to, co się wydarzyło w mieście Awhaz w irańskiej prowincji Chuzestan w ubiegłą sobotę. Jak wiadomo w trakcie oficjalnej parady wojskowej w tej zamieszkałej przez arabów prowincji, nieznani zamachowcy otworzyli ogień, zabijając 29 osób i ponad 60 raniąc. Odpowiedzialność wzięła na siebie ISIS, ale w rosyjskiej prasie pojawiają się informacje, że w istocie to nie islamiści stali za tym zamachem (w przeciwieństwie do przeprowadzonych w ubiegłym roku w Teheranie). Teraz rosyjscy analitycy uważają, że sprawa jest poważniejsza i powołują się na to, że jeszcze kilka miesięcy temu w Chuzestanie i dwóch sąsiednich prowincjach zamieszkałych przez ludność pochodzenia arabskiego odbywały się protesty pracowników sektora naftowego, którzy prócz haseł o charakterze bytowym (podniesienia głodowych ich zdaniem pensji) domagali się również oddzielenia od Iranu. Wiążą to wszystko z niedawną deklaracją saudyjskiego następcy tronu, księcia Muhammad ibn Salman, który powiedział, że "nie będziemy czekać na wojnę z nimi (Irańczykami) na ziemi Arabii Saudyjskiej. Zrobimy wszystko, aby starcie miało miejsce u nich, w Iranie". Rosyjscy eksperci zwracają też uwagę na chroniczne niepokoje w innych prowincjach Iranu zamieszkałych przez mniejszości - takich jak Zachodni Azerbejdżan, Beludżystan czy Ardabil. Ich zdaniem, a powołują się na programowy artykuł opublikowany przez Johna Boltona w National Review jeszcze zanim został doradcą Trumpa, za wszystkim stoją Amerykanie. W przywoływanym artykule Bolton proponował, aby zamiast angażować się zbrojnie w konflikty w tym regionie świata wysyłając tam mniejsze lub większe kontyngenty własnego wojska, Stany Zjednoczone winny raczej skoncentrować się na koordynacji i dozbrojeniu lokalnych graczy i irańskiej opozycji. I teraz, zdaniem Rosjan, tego rodzaju strategia zaczyna być realizowana - de facto zbudowano twór, nazywany w rosyjskich mediach bliskowschodnim NATO, w którym kluczową rolę odgrywała będzie Arabia Saudyjska i ZEA, a teraz przystąpiono do fazy nr 2, czyli wzniecania niepokojów w Iranie. Będzie też i faza nr 3, kiedy to w listopadzie wejdą w życie amerykańskie sankcje na irańską ropę.
Tego rodzaju scenariusz, zaplanowany i koordynowany, zdaniem Rosjan w Pentagonie, a może w Langley, doskonale wpisuje się w to, co uważają oni za nowoczesną formułę prowadzenia wojny. Bo przypomnijmy, że są oni zdania, iż wszystkie "kolorowe rewolucje", czy arabska wiosna, to nic innego jak tylko amerykańska agresja, która przyjęła inną formę. Jeśli Moskwa spodziewa się destabilizacji sytuacji w Iranie, to musi liczyć się z tym, że siły zbrojne tego kraju, a one w zasadniczy sposób wspierają wojska Asada, nieco zmniejszą swe zaangażowanie w Syrii. I z tego powodu, potencjalnym przeciwnikom trzeba dać sygnał, aby nie liczyli na łatwe zdobycze. Inną sprawą jest i to, że na takim osłabieniu swego partnera (Teheranu) Moskwa może sporo skorzystać i nie ma w tym względzie żadnych skrupułów.
Zresztą ostatnio stosunki między Moskwą a Iranem, przeżywają swój trudny czas. Przede wszystkim, dlatego, że Teheran oskarża swych sojuszników o to, że grają oni w obydwu drużynach. Jeśli idzie o kwestie związane z wydobyciem ropy naftowej, to wręcz w jednej drużynie, przeciwko Iranowi, z Arabią Saudyjską. Doszło do tego, że korzystając z trudności Iranu, w którym wydobycie ropy spadło w ostatnich miesiącach o 40 % do poziomu 1,5 mln baryłek dziennie, Rosja zwiększa swe wydobycie, raportując o tym, że bije ono historyczne rekordy. Po 4 listopada, czyli po wejściu w życie amerykańskich sankcji analitycy uważają, że Teheran będzie musiał zmniejszyć wydobycie o kolejne 500 tys. baryłek dziennie. Irański minister ds. ropy naftowej odwołał swój udział w zeszłotygodniowym posiedzeniu w Algierze kartelu OPEC z udziałem Rosji. Chodzi o to, że Teheran za niezgodną z ustaleniami uznaje decyzję, według której niewykorzystany przezeń kontyngent, ma zostać rozdzielony na te państwa, które mogą zwiększyć produkcję, czyli Rosję i Arabię Saudyjską. Dodatkowo w Teheranie bardzo źle postrzegają umowę Moskwy z Rijadem, w myśl, której ten ostatni ma otrzymać rosyjski system antyrakietowy S - 400.
A na początku października do Indii jedzie Władimir Putin. Rosjanie będą rozmawiać o kluczowej z ich punktu widzenia sprawie, czyli realizacji kontraktów zbrojeniowych, ale trzeba pamiętać, że Delhi to jeden z największych klientów irańskiego sektora naftowego. Ze strategicznego punktu widzenia jest też dla Rosji arcyważnym państwem, bo tylko współpracując z Indiami, mogą próbować równoważyć nierównowagę sił, jaki cechuje alians rosyjsko - chiński.
Tak to już między przyjaciółmi i sojusznikami jest. Jeśli któryś z nich popada w kłopoty, to drugi zaraz chce na tym skorzystać. W tym wypadku nie tylko ekonomicznie, ale również wzmacniając swą pozycję we wspólnym przedsięwzięciu, jakim jest Syria.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 25.09.2018 18:41
[Tylko u nas] Budzisz: Wielki Gazprom. Kolos na glinianych nogach. Potiomkinowska wioska
16.06.2020 22:02

Komentarzy: 0
Aleksandr Łukaszenka powiedział w trakcie „gospodarskiej wizyty” na Grodzieńszczyźnie, że „dzięki Bogu” i ropy naftowej i gazu ziemnego jest wystarczająco dużo na świecie, sprzedający konkurują ze sobą i Białoruś łatwo znajdzie alternatywę, wobec rosyjskich, dostaw. Jego słowa są reakcją na pojawiające się od kilku dni w białoruskich i rosyjskich mediach informacje, że Gazprom z początkiem nowego miesiąca „zakręci kurki z gazem”. Pierwotnie miała to być retorsja rosyjskiego giganta gazowego za zadłużenie Białorusi za zrealizowane dostawy wynoszące ponoć 165 mln dolarów.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Marek Budzisz: Trzy scenariusze dla Rosji wobec podwójnego kryzysu
12.05.2020 22:52

Komentarzy: 0
Oddajmy głos samym Rosjanom, którzy od kilkunastu tygodni poszukują odpowiedzi na tak stawiane pytanie. Skłania ich do tego z jednej strony rozpoczęty i nagle przerwany przez pandemię proces przebudowy systemu władzy, u nas często w sposób dość uproszczony a przez to błędny, rozumiany wyłącznie jako zainstalowanie Władimira Putina na kolejną jedną a być może dwie kadencje, oraz nakładające się na siebie dwa kryzysy, pierwszy sektora węglowodorów, z budżetowego punktu widzenia kluczowego dla Rosji i drugi związany z zamrożeniem gospodarki z powodu pandemii Covid-19. Od razu trzeba ostudzić emocje, a może nadzieje, tych którzy spodziewają się albo upadku Rosji, albo poważnych wewnętrznych perturbacji. Nikt tego rodzaju rozwoju wydarzeń nie prognozuje, przynajmniej z grona poważnych analityków. Doświadczenie czasów jelcynowskich jest jeszcze silne, podobnie jak pamięć prosperity pierwszej dekady rządów Putina. Władza jest silna i nie uważa, aby otoczenie międzynarodowe ewoluowało w sposób dla Rosji niebezpieczny, co wymuszałoby jakieś nagłe ruchy czy przypominającą politykę Gorbaczowa strategię dostosowania. Umiejętne schodzenie „z linii strzału”, nie ryzykowanie wyścigu zbrojeń na które Rosja nie ma zasobów i zajmowanie pozycji wyczekującej, powinno, zdaniem rosyjskich elit, przynieść pozytywne dla Moskwy skutki. Przede wszystkim dlatego, że ich zdaniem kolektywny Zachód słabnie szybciej niźli Rosja. Ale czy rzeczywiście? Oddajmy głos rosyjskim ekspertom.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Michał Bruszewski: Koronawirus osłabił Rosję ale jej nie zmienił
19.04.2020 02:03

Komentarzy: 0
Gdy cena za baryłkę ropy naftowej spada do rekordowo niskiej wartości a finalnie kartel naftowy musi zasiąść do stołu oznacza to, że w Moskwie szykują się kłopoty. Kryzys naftowy połączony z pandemią koronawirusa to dla wielu ekspertów oczywiste trzęsienie ziemi, które za chwile wprowadzi cara i bojarów w powtórny okres Wielkiej Smuty. Nie odkryjemy potwierdzenia lub zaprzeczenia tezy, że Władimir Putin po spotkaniu z zakażonym koronawirusem lekarzem nie zachorował a samoizolacja była tylko jego dobrą wolą. Możemy jednak dyskutować o przyszłości Rosji w kontekście pandemii koronawirusa. Perorującym jakoby kryzys miał odmienić Rosję warto zadać pytanie kto za to na samym końcu zapłaci?
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Budzisz: Oddajemy pole Putinowi – nie ma nas na Wschodzie z naszą opowieścią o historii
28.01.2020 21:39

Komentarzy: 0
W swym jerozolimskim wystąpieniu Władimir Putin wspomniał o białoruskiej wsi Chatyń. Dało to niektórym polskim komentatorom asumpt do snucia przypuszczeń, że jedynym powodem dla którego rosyjski prezydent wplótł ten wątek do swego wystąpienia jest fonetyczne podobieństwo nazwy wioski do Katynia. W takiej interpretacji intencją Putina miałoby być sianie zamętu pojęciowego na użytek niedokształconej zachodniej publiczności. Zapewne wbrew intencjom, ci którzy tak twierdzili dali świadectwo własnej ignorancji, a przynajmniej braku wiedzy na temat toczącej się w tzw. przestrzeni poradzieckiej debacie historycznej.
Czytaj więcej
[Tylko u nas] Marek Budzisz: Opowiedzmy światu wstydliwą historię antysemityzmu w ZSRR. Oto przykłady
21.01.2020 21:25

Komentarzy: 0
9 maja 2018, w wielkiej manifestacji, jaka przeszła ulicami Moskwy w związku z obchodami uroczystości tzw. nieśmiertelnego pułku, wziął udział, idąc zresztą na czele pochodu, izraelski premier Binjamin Netanjahu. Niósł on, podobnie jak wszyscy jej uczestnicy wizerunek jednego z bohaterów II wojny światowej. W jego przypadku był to konterfekt Wolfa Wileńskiego. Jako, że w dyplomacji nic nie dzieje się przypadkowo, a w rosyjskiej szczególnie, warto poświęcić nieco uwagi losom tego weterana.
Czytaj więcej