Miliardy euro dla nazistowskich zbrodniarzy. Tak Niemcy stworzyły „ofiary wojny”

- Setki miliardów euro z niemieckiego budżetu trafiły do ponad 4 mln byłych funkcjonariuszy III Rzeszy, m.in. SS-manów i ich rodzin – od 1950 roku aż po dziś.
- W latach 90. Niemcy obiecywali wielką weryfikację – miano odebrać świadczenia tysiącom nazistowskich zbrodniarzy.
- Weryfikacja okazała się fikcją. Z dziesiątków tysięcy podejrzanych pozbawiono świadczenia zaledwie garstkę osób.
- Wśród beneficjentów byli prominentni zbrodniarze wojenni i ich rodziny.
„Gdyby Adolf Hitler dzisiaj żył, poza normalną emeryturą mógłby otrzymywać dodatkową rentę – tak zwaną rentę dla ofiar. Tak, dobrze państwo usłyszeli. Zgodnie z obecnie obowiązującym prawem uznawano by go za ofiarę, ponieważ został ranny podczas próby zamachu. I za to dostawałby pieniądze, może nawet kilka tysięcy marek miesięcznie”.
Tymi słowami wstrząśnięta prezenterka niemieckiej telewizji publicznej ARD 31 stycznia 1997 r. zapowiedziała reportaż o tym, jak Republika Federalna Niemiec od 1950 r. miesiąc w miesiąc wypłaca funkcjonariuszom III Rzeszy, między innymi SS-manom i zbrodniarzom wojennym - świadczenie „dla ofiar wojny”, a w przypadku śmierci – ich krewnym.
Morderca Wolfgang Lehnigk-Emden
„Tutaj, w Niemczech, wymiar sprawiedliwości nie tylko często oszczędzał nazistowskich zbrodniarzy, ale zostali oni okrzyknięci ofiarami. I za to jeszcze dzisiaj dostają cholernie dobre pieniądze” - dodała prezenterka.
W reportażu poznajemy m.in. postać burmistrza miasta Ochtenburg pod Koblencją. „Człowiek ten nazywa się Wolfgang Lehnigk-Emden. I jest mordercą”. Na migawce z czasów drugiej wojny światowej widzimy jego postać w mundurze porucznika Wehrmachtu i słyszymy charakterystyczny, szczekliwy ton wypowiedzi: „Podpala się wieś zajętą przez bandy”. Kazał tam zgładzić 15 bezbronnych kobiet i dzieci.
Nigdy nie poniósł za tę zbrodnie odpowiedzialności, według Federalnego Trybunału Konstytucyjnego – sprawa się przedawniła. Dla niemieckich urzędów burmistrz Ochtenburgu był jednak ofiarą ze względu na lekką ranę nogi i z tego powodu pobierał latami świadczenie: wówczas – w 1997 r. – 708 marek miesięcznie.
Zbrodniarz Wilhelm Mohnke
Kolejna „ofiara wojny” przedstawiona w reportażu to Wilhelm Mohnke – wcześniej SS-Hauptsturmführer w Leibstandarte Adolf Hitler, jeden z ostatnich bliskich przybocznych Führera. Zastrzelił 72 żołnierzy amerykańskich, którzy wcześniej się poddali, rząd amerykański uznał go za zbrodniarza wojennego, a świadczenie pobierał w związku z raną stopy. Jak stwierdzili w reportażu urzędnicy obsługujący na co dzień podobne wypłaty, „fakt, że ktoś popełniał zbrodnie, nie jest powodem, żeby odmawiać mu świadczenia dla ofiar wojny”.
Ustawa o zaopatrzeniu ofiar wojny
To prawda. Ale po kolei. Zgodnie z „ustawą o zaopatrzeniu ofiar wojny” [sic! - AD] (Gesetz über die Versorgung der Opfer des Krieges), jak nazwano te przepisy z 1950 r., prawo do świadczenia miała – i ma do dziś – każda osoba, która podczas służby (para)militarnej w czasie wojny lub m.in. na skutek „internowania za granicą” lub „na terenach niemieckich pod obcą administracją” poniosła uszczerbek na zdrowiu. W przypadku zmarłych - jej bliscy. Wystarczyło przy tym wykazać prawdopodobieństwo związku szkody zdrowotnej ze służbą. Z przepisów wykluczono natomiast osoby, które w czasie wojny celowo się okaleczyły, a także dezerterów.
Pierwotnie Bundestag rozważał, by z dobrodziejstw ustawy wykluczyć też SS-manów i zbrodniarzy wojennych jako „osoby z obciążeniem politycznym”. Tak się jednak nie stało i przepisy bez tego wyłączenia Bundestag uchwalił niemal jednogłośnie – nikt nie był przeciw, cztery osoby wstrzymały się od głosu. Zarówno zbrodniarze wojenni, jak i członkowie SS i Waffen-SS, funkcjonariusze zbrodniczych batalionów policji, Selbstschutzu i Volkssturmu, żołnierze Wehrmachtu, m.in. pełniący służbę w obozach i gettach, strażnicy z obozów koncentracyjnych, zbrodniarze skazani na śmierć itp. pozostali w kręgu beneficjentów. Wola ustawodawcy w tym zakresie wybrzmiała na posiedzeniu Bundestagu 15 października 1950 r. jasno i wyraźnie z ust posła sprawozdawcy, niejakiego Pohla z SPD:
„Wykreśliliśmy z (…) ustawy SS i oddziały NSDAP. Jednak ofiary z tych oddziałów także są uwzględnione i zostaną otoczone opieką”.
Pohle zaczął przemówienie od łacińskiej sentencji: „Kto cierpiał, nie zapomina. Niech wolno mi będzie powiedzieć ofiarom wojny z całej Republiki Federalnej, że (…) członkowie naszej komisji parlamentarnej to głównie ofiary wojny lub ich ocalali bliscy. Jest wśród nas wdowa po zaginionym towarzyszu. (…) Mamy w Komisji towarzysza, który odniósł ranę mózgu (…) czy kolegę, którego klatka piersiowa ucierpiała; oni wszyscy cierpieli, oni nie zapominają, oni potrafią współodczuwać, ponieważ jeszcze dzisiaj współcierpią fizycznie i duchowo, i wszyscy oni podczas obrad komisji mieli przed oczami te blisko cztery miliony [niemieckich – AD] ofiar wojny i ich bliskich [jak czytamy w protokole z posiedzenia, tu – „wyrazy poparcia z ław Bundestagu” – AD] nieważne, czy chodzi o byłego oficera w komisji, czy strzelca X. (…) Komisja poważnie potraktowała protesty ministra finansów. (…) Jestem pewien, że minister finansów odpowie chórowi protestujących wspaniałym aforyzmem Sofoklesa: Współkochać - przyszłam! (zgoda i wesołość z ław Bundestagu)”
4 miliony 400 tysięcy "ofiar wojny"
„Zaopatrzeniem ofiar wojny” objęto 4 miliony 400 tysięcy osób, głównie Niemców, ale też nielicznych cudzoziemców, np. ochotników Waffen-SS w krajach bałtyckich czy Belgii. Po Zjednoczeniu Niemiec ustawodawca nie omieszkał pomyśleć także o rodakach z NRD – uzyskali prawo do świadczenia już od 1 stycznia 1991 roku.
Marion Freisler, wdowa po Rolandzie Freislerze
Hitler zabił się wraz z najbliższymi, ani zatem on, ani oni nie byli beneficjentami świadczenia „dla ofiar wojny”. Jego beneficjentką była natomiast między innymi Marion Freisler, wdowa po „krwawym sędzim Hitlera”, szefie Trybunału Ludowego, Rolandzie Freislerze, który osobiście wydał 2600 wyroków śmierci, w tym na rodzeństwo Sophie i Hansa Scholl z chrześcijańskiej studenckiej organizacji antynazistowskiej Biała Róża. Inną beneficjentką była Lina Heydrich – wdowa po SS-Obergruppenführerze Reinhardzie Heydrichu, architekcie Holokaustu. Panowie Freisler i Hyedrich spotkali się za życia m.in. na konferencji w Wannsee, na której w styczniu 1942 r. Niemcy ustalili logistyczne szczegóły Zagłady.
Marion Freisler pobierała „zaopatrzenie dla ofiar wojny” od lat 50. W 1974 r. właściwy urząd w Monachium przyznał jej dodatkowe środki – z tytułu „wyrównania szkody” wynikającej z niewykonywania zawodu przez małżonka. Zginął on w ataku bombowym na Berlin w lutym 1945 r., ale urząd uznał, że gdyby „pan Freisler” przeżył, zrobiłby po wojnie karierę jako adwokat lub wysoki urzędnik państwowy. Wyliczono, że pobierałby wynagrodzenie w grupie zaszeregowania A 15 i przyznano wdowie część utraconej przez niego emerytury z tytułu tych fikcyjnych zarobków – 400 marek miesięcznie. Oba świadczenia pobierała do swojej śmierci w 1997 roku. A na całej sprawie źle wyszedł jedynie kierownik urzędu w Monachium Ernst Nay, który próbował cofnąć świadczenie - kosztowało go to utratę stanowiska kierowniczego, ostracyzm i po długiej batalii sądowej – odejście na wcześniejszą emeryturę.
Lina Hyedrich, wdowa po Reinhardzie Heydrichu, architekcie Holokaustu
Z kolei Linie Hyedrich najpierw odmówiono świadczenia po uprawnionym małżonku, wywalczyła je jednak na drodze prawnej. Na rozprawie przed sądem najwyższej instancji w 1958 r. federalny minister pracy i spraw społecznych sprzeciwiał się świadczeniu dla wdowy, argumentując, że po pierwsze sam Heydrich nie spełnia jego ustawowych wymogów, ponieważ zamach na niego miał tło polityczne, nie zaś militarne, a po drugie, wolą ustawodawcy nie mogło być przecież włączenie do kręgu beneficjentów osób „z nazistowskiego przywództwa, które współodpowiadały za wybuch drugiej wojny światowej i jej niezliczone ofiary, ani ich ocalałych bliskich, uchwalił on bowiem ustawę tylko dla ofiar wojny”.
Sąd nie zgodził się z tymi argumentami. Uznał, że za likwidacją Heydricha stały istotne względy militarne - zamach odbył się przy wsparciu wojskowych jednostek brytyjskich i miał na celu osłabienie, jeśli nie wręcz unicestwienie gospodarki wojennej w Protektoracie Czech i Moraw. Sąd uznał, że tak się stało i tym samym potwierdził uprawnienie samego Heydricha (a więc i wdowy) do świadczenia. W drugim punkcie sąd wskazał, że ustawa nie wyłączyła „osób politycznie obciążonych” z grona beneficjentów. Sąd podkreślił, że ustawodawca całkowicie „świadomie nie przewidział takiego wyłączenia, ponieważ Bundestag nie poparł poprawki dającej taką możliwość”, a na „posiedzeniu komisji ds. ofiar wojennych i jeńców wojennych Niemieckiego Bundestagu przepis ten został skreślony jednomyślną uchwałą”. Jak już zobaczyliśmy, to prawda - komisja argumentowała wówczas m.in., że ustawa o świadczeniach społecznych „nie powinna zawierać żadnych postanowień o charakterze politycznym”.
I tak Lina Heydrich otrzymywała „zaopatrzenie dla ofiar wojny” przez ponad trzydzieści lat - do śmierci w 1985 r.
Korekta po 45 latach
Ani te sprawy, będące przedmiotem debat medialnych oraz dyskusji w Bundestagu, ani inne przypadki świadczeń dla prominentnych zbrodniarzy wojennych lub ich rodzin nie skłoniły Niemców do korekty przepisów. Argumentowano m.in., że prawo do świadczeń socjalnych jest neutralne i jakiekolwiek łączenie go z obszarem prawa karnego byłoby niezgodne z konstytucją.
Korekta sytuacji – w praktyce martwa, o czym więcej za chwilę –nastąpiła dopiero po ponad 45 latach. W latach 90. temat wypłynął bowiem na nowo i wstrząsnął niemiecką i międzynarodową opinią publiczną. Magazyn „Der Spiegel” określił praktykę wypłacania świadczenia nazistowskim sprawcom jako „naprawdę perfidną” (wirklich perfide). Po serii interpelacji poselskich i doniesień medialnych w 1998 r. Bundestag znowelizował ustawę, wprowadzając do niej konieczność odmowy świadczenia, o ile uprawniony „w okresie reżimu nazistowskiego naruszył zasady humanitaryzmu lub praworządności”. Zakładano to zwłaszcza w przypadku dobrowolnej służby w SS.
Nowelizacja przewidywała też pełne lub częściowe pozbawienie świadczenia dotychczasowych uprawnionych ze skutkiem na przyszłość, o ile dopuścili się oni naruszeń wskazanych wyżej i o ile „zaufanie uprawnionego do dalszego przyznawania świadczenia – z uwzględnieniem wagi naruszeń – nie wymagało przeważającej ochrony”. Ustawa nie przewidywała w tym zakresie żadnego automatyzmu, każdy przypadek należało weryfikować indywidualnie. Ani wcześniejszy wyrok skazujący, ani umorzenie postępowania czy uniewinnienie nie były rozstrzygające. Ustawodawca pomyślał też o sytuacji, w której osoby pozbawiane świadczenia miałyby „ponosić nadmierne ciężary” ewentualnej negatywnej decyzji i przewidział dla nich „stosowne okresy przejściowe”.
Świadczenia dla zbrodniarzy
Świadczenie pobierało wówczas, czyli pod koniec lat 90., jeszcze 940 000 osób, w tym 25 000 samych tylko SS-manów. Ostrożne szacunki niemieckie przewidywały, że wśród beneficjentów było ok. pięćdziesiąt tysięcy zbrodniarzy wojennych. Sama tylko lista nazistowskich sprawców, przekazana Niemcom do weryfikacji przez Centrum Szymona Wiesenthala (Simon Wiesenthal Center Los Angeles / Jerusalem) w 1998 r., zawierała 76 000 nazwisk, w tym blisko dwudziestu tysięcy osób, wobec których dostępne były konkretne obciążające dowody – z czasem okazało się, że tysiące osób figurujących na tej liście faktycznie pobierały świadczenie „dla ofiar wojny”.
Archiwum Federalne dysponowało bazą danych około 1,2 mln SS-manów, w tym aktami personalnymi 60 000 dowódców tej formacji (SS-Führer). Ponadto dostępne były gigantyczne zbiory danych oraz kartoteki prokuratury, rozmaitych urzędów i oraz Centrali Badania Zbrodni Narodowosocjalistycznych w Ludwigsburgu. Materiału porównawczego było więc co niemiara, a rola tej ostatniej instytucji miała być kluczowa w weryfikacji uprawnienia do świadczeń. To bowiem głównie do Centrali urzędy wypłacające co miesiąc pieniądze wysyłały dziesiątki tysięcy zapytań. Nowelizacja budziła wielkie nadzieje na przywrócenie choćby elementarnej sprawiedliwości, spodziewano się masowego odbierania zbrodniarzom „zaopatrzenia dla ofiar wojny”.
Nie udało się. Zweryfikowano ok. 26 000 przypadków, a świadczenia pozbawiono definitywnie… 99 osób. Wśród nich byli nowi wnioskodawcy, którym go w ogóle nie przyznano, a poza tym w znacznej większości – krewni zmarłych uprawnionych. W kilkudziesięciu kolejnych przypadkach beneficjenci wygrali sprawę przed sądem. Problemy z weryfikacją mnożyły się od początku do końca. Akta Centrali nie były zdigitalizowane, oddelegowano do ich oceny tylko 3 pracowników, w tym jednego na niepełny etat, potem jeden odszedł z pracy, a jeden ograniczył jej wymiar, uznano, że digitalizacja nie ma sensu, brakowało sprzętu i historyka, który potrafiłby ocenić znaczenie dokumentacji dla sprawy. Poza tym część dokumentów już wcześniej zniszczono, inne były niepełne albo nie dawały gwarancji co do tożsamości weryfikowanego. W sprawie tych trudności u ówczesnej federalnej minister sprawiedliwości interweniowało Centrum Szymona Wiesenthala – proponowano zatrudnienie nowych osób i zwracano uwagę na nieprecyzyjny język ustawy, zdecydowanie ograniczający jej skuteczność. Pani minister nie dostrzegła jednak konieczności korekty.
Niewiele z tego wynikło
Mimo tych wszystkich niebywałych trudności stwierdzono m.in., że 2600 beneficjentów świadczenia figurowało w aktach Centrali w Ludwigsburgu „w związku ze zbrodniami nazistowskimi” (nawiasem mówiąc, akta te planuje się zniszczyć, podobnie, jak zniszczono już liczne akta urzędów przyznających świadczenia). Ale…
Ale niewiele z tego wszystkiego wynikło – w różnych landach nadal różna pozostawała wykładnia przepisów, różne urzędy różnie podchodziły do sprawy, okazało się, że naprawdę trudno jednoznacznie zdefiniować naruszenie „zasad humanitaryzmu lub praworządności”, dokumenty krążyły od instytucji do instytucji, beneficjenci umierali, jeśli wdowa nie wiedziała o „okrucieństwach” popełnionych przez męża, zachowywała prawo do świadczenia, bo „przeważało jej zaufanie do jego stałości”.
Poza tym w aktach tu brakowało imienia, tam nazwiska, ówdzie daty urodzenia, automatyczne zestawianie danych nie radziło sobie z tytułami szlacheckimi, tytułami naukowymi (problemem były liczne stopnie doktora) i osobami o kilku imionach czy spacjami w zapisach… Do tego ściśle przestrzegane przepisy o ochronie danych osobowych utrudniały komunikację między różnymi instytucjami, a zagrożonemu odbiorem świadczenia beneficjentowi należało dać możliwość „wypowiedzenia się” w sprawie, co w wielu wypadkach rozstrzygało ją na jego korzyść. I tak dalej… Przed kilkunastu laty zaniechano dalszej weryfikacji.
Skuteczna Badenia-Wirtembergia
„Najskuteczniej” w odbieraniu zbrodniarzom wojennym świadczenia „dla ofiar wojny” działała Badenia-Wirtembergia – w landzie tym pozbawiono go 24 osób spośród 53 000 beneficjentów, wśród których było 6500 SS-manów; najmniej skutecznie Saksonia i Meklemburgia-Pomorze Przednie: tutaj nie doszło do ani jednego takiego przypadku. W Berlinie odebrano świadczenie jednej osobie (krewnemu), a jeden nowy wniosek (krewnego) odrzucono. Wśród 99 cofnięć/odmów świadczenia grupę rekordzistów stanowili SS-mani (30 przypadków), personel obozów koncentracyjnych (19 przypadków) oraz funkcjonariusze batalionów policyjnych (9 przypadków) i Waffen-SS (4 przypadki). Świadczenia nie pozbawiono ani jednego żołnierza Wehrmachtu.
Z listy 76 000 nazistowskich sprawców, przekazanej Niemcom w 1998 r. przez Centrum Szymona Wiesenthala, świadczenia pozbawiono zaledwie kilka osób. Po weryfikacji zachowali je liczni zidentyfikowani z imienia i nazwiska SS-mani jak: Alfred K., po „służbie” w obozach koncentracyjnych Ravensbrück i Sachsenhausen, a także Heinz W. – z SS-Leibstandarte Adolf Hitler. I wielu innych, między innymi z jednostek biorących udział w masowych egzekucjach i w Holokauście. Zachowali je także Josef Leipold, komendant licznych obozów koncentracyjnych, oraz Heinz K., blokowy w Auschwitz. O tych przypadkach warto powiedzieć kilka słów więcej.
Heinz K.,blokowy w Auschwitz
W maju 1998 r. właściwy urząd w Heilbronn zwrócił się do Centrali w Ludwigsburgu z prośbą o weryfikację przeszłości Heinza K, który wówczas miał 74 lata. Z jego akt wynikało, że należał do Waffen-SS. Urząd przez dwa lata czekał na odpowiedź: Heinz K., SS-Rottenführer, był blokowym w Auschwitz. Po kolejnych dwóch miesiącach urząd poinformował Heinza K., że ma on możliwość wypowiedzieć się w sprawie i może to zrobić telefonicznie. Tak też się stało. Heinz K. zadzwonił i opowiedział, że pracował w kuchni obozowej i „nadzorował więźniów przy obieraniu kartofli”, potem był kierowcą ciężarówki. Ma czyste sumienie i nie ma sobie nic do zarzucenia. Już pięć dni później urząd uznał, że to zamyka sprawę („informacje podane przez pana K. są niepodważalne”), zwłaszcza że w 1948 r., w ramach denazyfikacji, niemiecki sąd wydał wyrok dla niego korzystny.
Postępowanie weryfikacyjne umorzono, mimo że z informacji przekazanych choćby przez Centralę wynikało, że blokowi w obozach koncentracyjnych „bezpośrednio nadzorowali więźniów” oraz zajmowali się ich karaniem i dyscyplinowaniem. Heinz K. był blokowym w Auschwitz przez ponad rok – w 1942 r., figurował też na liście sprawców przekazanej przez Centrum Szymona Wiesenthala. Nikt jednak dalej nie drążył tematu i - zachował świadczenie.
Josef Leipold, strażnik obozowy
Jeszcze bardziej szokującym przypadkiem pozytywnej weryfikacji jest sprawa Josefa Leipolda, SS-Obersturmführera, w 1948 r. straconego w Polsce za swoje zbrodnie.
Leipold w wieku 17 lat wstąpił do Hitlerjugend, a w 1938 r. do SS-Totenkopfverbände, należał też do Waffen-SS. Karierę zaczynał w KL Mauthausen jeszcze przed wojną, szkolił się w szkole oficerskiej SS w Dachau, w czasie wojny pełnił „służbę” na Majdanku, był strażnikiem w Groß-Rosen i Płaszowie, a następnie komendantem podobozów koncentracyjnych w Budzyniu, Wieliczce i Brünnlitz. Po wojnie przekazany Polsce przez Amerykanów, siedział w więzieniu na Zamku w Lublinie, gdzie z wyroku sądu został skazany na śmierć i stracony w 1948 r.
Świadczenie po pierwotnie uprawnionym Leipoldzie od 1950 r. pobierała wdowa. Przyznała, że małżonek służył w Waffen-SS, jako jednostkę męża podała „oddział strzelców górskich” oraz przekazała, że z zawodu był fryzjerem. Właściwy urząd stwierdził wówczas, że „męża wnioskodawczyni należy uznać za żołnierza wojsk lądowych, który był jeńcem wojennym [sic! - AD] w Polsce, oraz za zaginionego. W związku z zeznaniami świadków brak przesłanek do uznania, że zaginiony został skazany na śmierć za przestępstwa kryminalne”.
"Nie da się stwierdzić naruszenia zasad humanitaryzmu i praworządności"
Pięćdziesiąt lat później, w 2000 r., sprawa poszła do weryfikacji, a właściwy urząd zajął następujące stanowisko: „Nie da się stwierdzić, jakie naruszenie zasady humanitaryzmu i praworządności było podstawą skazania zmarłego na śmierć (…) przez sąd Polski oraz egzekucji. (…) Należy raczej podkreślić, że przesłuchani świadkowie, którzy również byli jeńcami wojennymi [sic! - AD] w Polsce, zgodnie zeznali, że wyrok ten zapadł z naruszeniem zasad praworządności. (…) Zmarły miał zostać skazany jedynie na podstawie swojej przynależności do Waffen-SS. (…) Proponuje się zawiesić postępowanie sprawdzające wobec wyżej wymienionego”.
Tak też się stało i wdowa zachowała prawo do świadczenia.
"Jeniec wojenny"
Kolegami z polskiego więzienia i świadkami, którzy przed laty zgodnie wystawili Leipoldowi certyfikat moralności, byli Wilhelm Petrak, Volksdeutsch, SS-Oberscharführer, strażnik obozów koncentracyjnych na Majdanku i w Dachau, skazany w Polsce na dwa lata więzienia, Kurt Ohnweiler, SS-man i strażnik na Majdanku i we Flossenbürgu, skazany w Polsce na pięć lat więzienia, oraz dr Karl Heinz Teuber, dentysta i SS-Sturmbannführer, w latach 1941-1943 szef „ambulatoriów dentystycznych” w KL Dachau i Auschwitz. Według relacji świadka-sanitariusza O. – dr Teuber pełnił w Auschwitz również „służbę” na rampie. Został w Polsce skazany na cztery lata.
Jak wynika z całej tej historii, poza wszystkim innym, Josef Leipold zarówno w latach 50., jak i w roku 2000 został uznany przez niemieckie urzędy za „jeńca wojennego”. W ten sposób potraktowano jego karę więzienia w Polsce. Wdowa i dzieci po nim, poza „świadczeniem dla ofiar wojny” pobierali również „zapomogę dla krewnych jeńców wojennych i internowanych”, od połowy 1950 r. wypłacaną rodzinom do chwili powrotu „jeńców” do Niemiec, niezależnie od tego, czy faktycznie przebywali w obozie jenieckim, czy też – jak określała to właściwa ustawa – „zostali uprowadzeni w związku z wydarzeniami wojennymi lub są przetrzymywani przez obcą potęgę”.
Zakładać należy też, że poza wyżej wymienionymi świadczeniami wdowa otrzymała również odszkodowanie dla jeńców wojennych lub ich następców prawnych – na podstawie jeszcze innej ustawy o „odszkodowaniu dla jeńców wojennych” z 1954 r. Zgodnie z tymi ostatnimi przepisami za każdy miesiąc „jeniectwa” od 1 stycznia 1947 r. do końca grudnia 1948 r. beneficjentowi przypadało 30, a od 1949 r. – 60 marek ówczesnych marek. Odszkodowania szły w tysiące marek (równowartość dzisiejszych dziesiątek tysięcy), dodatkowo uprawnieni mieli prawo do nadzwyczaj korzystnych pożyczek w kwocie nawet 35 000 marek, na „stworzenie nowych, bezpiecznych podstaw egzystencji lub dla zabezpieczenia stworzonych już, ale zagrożonych podstaw egzystencji”.
„Odszkodowanie dla jeńców wojennych” otrzymało ok. 2 mln Niemców
„Odszkodowanie dla jeńców wojennych” otrzymało ok. 2 mln Niemców. Wykluczono z niego osoby skazane po 8 maja 1945 r. przez sądy niemieckie za zbrodnie lub wykroczenia na innych jeńcach. Skazani przez sądy aliantów mieli prawo do odszkodowania, o ile przedłożyli „świadectwo moralności”, wystawione przez tzw. Centralną Jednostkę Ochrony Prawnej, komórkę ministerialną, która istniała do końca lat 60. i przez dwadzieścia lat aktywnie chroniła zbrodniarzy wojennych. (Więcej o Centralnej Jednostce pisałem na tysol.pl tutaj). Dzięki wsparciu Jednostki „odszkodowanie za jeniectwo wojenne” otrzymali – jak wynika z informacji Archiwum Federalnego – m.in. „liczni SS-mani lub żołnierze Wehrmachtu, skazani przez sądy alianckie jako nazistowscy sprawcy lub zbrodniarze wojenni”.
Łączna kwota „odszkodowań dla jeńców wojennych” i świadczeń z tytułu „pomocy dla więźniów” wyniosła blisko 3 mld euro.
Setki miliardów euro
Wróćmy jednak do „zaopatrzenia dla ofiar wojny” – puli, z której czerpali m.in. wdowa Heydrich, wdowa Freisler, wdowa Leipold czy Heinz W. Jeszcze w 2019 r. pobierało je w Niemczech 61 225 osób – średnio 1561,72 euro miesięcznie, co stanowiło wówczas dla niemieckiego budżetu obciążenie w wysokości ponad dwudziestu pięciu milionów euro miesięcznie. W tym samym roku w odpowiedzi na interpelację partii die Linke rząd federalny nadal określał beneficjentów mianem „ofiar wojny”. Do 2020 r. „zaopatrzenie ofiar wojny” kosztowało budżet Niemiec łącznie ponad 200 miliardów euro.
Poza „odszkodowaniami za jeniectwo wojenne”, „pomocą dla więźniów” i „świadczeniem dla ofiar wojny” byli funkcjonariusze Trzeciej Rzeszy otrzymali także odszkodowania dla „zwolnionych urzędników Trzeciej Rzeszy” – w kwocie ponad 90 miliardów euro.
Łącznie nazistowscy funkcjonariusze, w tym SS-mani i zbrodniarze wojenni, oraz ich rodziny tylko do 2000 r. i jedynie z czterech wyżej wymienionych pul otrzymali świadczenia w kwocie 306 miliardów euro. To sześć razy więcej niż wszystkie ofiary narodowego socjalizmu razem wzięte, przy czym ponad 4/5 spośród tych ostatnich to także beneficjenci z Niemiec. Do chwili obecnej niemieckie odszkodowania dla polskich ofiar wyniosły zaledwie ok. 1,43 mld euro, czyli ponad dwieście razy mniej niż dla nazistowskich sprawców tylko do 2000 roku. Świadczenia „dla ofiar wojny” wypłacane są do dziś.
Ile dla nazistów, a ile dla ich ofiar?
Zestawienie świadczeń RFN dla wojskowych i politycznych funkcjonariuszy reżimu nazistowskiego z odszkodowaniami dla ofiar nazizmu w latach 1949-2000 (kwoty w miliardach euro):
| Funkcjonariusze nazistowscy | mld euro | Ofiary nazizmu | mld euro |
| Federalna ustawa o zaopatrzeniu ofiar wojny (Wehrmacht, SS, Waffen SS itd.) | 212,44 | ||
| Zaopatrzenie zwolnionych funkcjonariuszy nazistowskich zgodnie z art. 131 Ustawy Zasadniczej | 90,75 | ||
| Odszkodowania dla jeńców wojennych | 1,43 | ||
| Ustawa o pomocy dla więźniów | 1,38 | ||
| Razem funkcjonariusze nazistowscy | 306,1 | Odszkodowania dla ofiar nazizmu (łącznie do 2000 r.) | 52,51 |
| Polacy* (łącznie do dziś) | 1,43 |
Źródło: Karl Heinz Roth, Hartmut Rübner, Wyparte, odroczone, odrzucone. Niemiecki dług reparacyjny wobec Polski i Europy, Poznań 2019, s. 286.
* wg polskich szacunków, m.in. dr M. Baińczyk, Instytut Zachodni.
Ten i wiele podobnych wątków w powieści Anonimowego Dyplomaty „Szatan z Dworca Zoo” – już wkrótce.
Bibliografia:
2. Dr Karl Heinz Roth, Hartmut Rübner, Wyparte, odroczone, odrzucone. Niemiecki dług reparacyjny wobec Polski i Europy, Poznań 2019
3. Ustawa o zaopatrzeniu ofiar wojny w wersji z 1950 r. wraz z pierwotnym projektem
4. Ustawa z 1998 r. po nowelizacji
5. Odpowiedzi Bundestagu na interpelacje poselskie w sprawie świadczeń dla zbrodniarzy wojennych: chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://dserver.bundestag.de/btd/13/070/1307055.pdf chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://dserver.bundestag.de/btd/19/256/1925627.pdf
7. Protokoły z posiedzeń Bundestagu dot. wprowadzenia ustawy z 1950 r. oraz świadczeń dla wdowy Heydrich: chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://dserver.bundestag.de/btp/03/03056.pdf chrome-extension://efaidnbmnnnibpcajpcglclefindmkaj/https://dserver.bundestag.de/btp/01/01093.pdf
8. Reportaż TV ARD nt. świadczeń dla ofiar wojny z 31 stycznia 1997 r.
9. Inne doniesienia medialne na ww. wskazane tematy: https://www.zeit.de/2023/13/roland-freisler-witwe-rente-ernst-nay/seite-3 https://www.ardmediathek.de/video/panorama/freisler-witwe/das-erste/Y3JpZDovL25kci5kZS9mMWQyOWU5My04YTYzLTRlMWQtYTQwZi1hY2I2ODAwYWIzNWE https://www.spiegel.de/politik/wirklich-perfide-a-87c901d7-0002-0001-0000-000008653710
[Anonimowy Dyplomata jest autentycznym dyplomatą pragnącym zachować anonimowość]
[Tytuł, lead, FAQ i śródtytuły od Redakcji]
Najczęściej zadawane pytania (FAQ)
- Czy Niemcy rzeczywiście wypłacały świadczenia byłym nazistowskim funkcjonariuszom? Tak. Od 1950 roku świadczenia na podstawie ustawy o zaopatrzeniu ofiar wojny przysługiwały również byłym członkom SS, Waffen-SS, Wehrmachtu i innym funkcjonariuszom III Rzeszy, o ile spełniali ustawowe kryteria. W wielu przypadkach po ich śmierci świadczenia przechodziły na członków rodzin.
- Dlaczego zbrodniarze wojenni mogli otrzymywać takie świadczenia? Ustawa z 1950 roku nie wykluczyła z grona uprawnionych osób odpowiedzialnych za zbrodnie wojenne ani członków SS. Dopiero nowelizacja z 1998 roku umożliwiła odbieranie świadczeń osobom, które naruszyły zasady humanitaryzmu lub praworządności.
- Ilu osobom odebrano świadczenia po zmianie przepisów? Po nowelizacji zweryfikowano około 26 tysięcy przypadków. Ostatecznie świadczenia cofnięto lub odmówiono ich przyznania jedynie 99 osobom, mimo że wśród beneficjentów znajdowały się tysiące byłych członków SS i innych formacji nazistowskich.
- Ile kosztował niemiecki system świadczeń? Do 2020 roku sama ustawa o zaopatrzeniu ofiar wojny kosztowała niemiecki budżet ponad 200 miliardów euro. Łączna wartość świadczeń i odszkodowań wypłaconych byłym funkcjonariuszom III Rzeszy oraz ich rodzinom z kilku programów przekroczyła 300 miliardów euro.
- Czy świadczenia są wypłacane do dziś? Tak. Liczba beneficjentów systematycznie maleje z powodu wieku uprawnionych, jednak świadczenia wynikające z ustawy o zaopatrzeniu ofiar wojny były wypłacane jeszcze w ostatnich latach osobom spełniającym ustawowe warunki oraz części ich bliskich.
Komentarze
85. lat temu Niemcy dokonali mordu na polskich profesorach. Listy proskrypcyjne mieli dostarczyć Ukraińcy

Tȟašúŋke Witkó: Pudrowanie niemieckiej rdzy

Rekordowa przewaga AfD. Notowania Merza nadal spadają

10 tys. zł dla polskich ofiar III Rzeszy. „Kpina i szyderstwo”

Jest akt oskarżenia przeciw podejrzanemu o wysadzenie Nord Streamu
