Szukaj
Konto

Żywe inkubatory feminizmu

Żywe inkubatory feminizmu
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Dwie kobiety
Dzieci to nasz skarb narodowy. Szczególnie teraz, gdy rodzi się ich za mało. A skoro nie wszyscy rodzice otaczają potomków należytą uwagą, miłością i respektem, zróbmy to odgórnie.
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst przedstawia krytykę idei rodzicielstwa jednopłciowego, surogacji i wykorzystywania metod in vitro do tworzenia rodzin poza tradycyjnym modelem.
  • Autorka pokazuje, jak na przestrzeni dziejów zmieniało się społeczne postrzeganie dzieci, ich praw oraz metod wychowania.
  • Szczególnie ostro krytykowana jest komercyjna surogacja.

Najmłodszym nadano prawa w Konwencji o prawach dziecka, ratyfikowanej przez Polskę w 1991 r. Ustalono też Dzień Praw Dziecka – 20 listopada. Tej daty pewnie nie zna większość, ale każdy wie, że pierwszego dnia czerwca fetujemy Międzynarodowy Dzień Dziecka, święto ustanowione przez ONZ w 1954 r., a w Polsce i innych krajach socjalistycznych obchodzone już cztery lata wcześniej, od 1950 r. Nie była to jednak komunistyczna idea. Od 1929 r. obchodzono Święto Dziecka 22 września, z którą to inicjatywą wystąpił Polski Komitet Opieki nad Dzieckiem.

 

Czego brak do szczęścia

Współcześnie bezdzietność to dla wielu stan błogosławiony. Jednak bywa, że zamożni a bezdzietni ludzie nagle odkrywają, że do szczęścia brakuje im tylko progenitury. Toteż żeby sobie zapewnić zstępnych, bezpotomni bogacze zasponsorowali badania, które doprowadziły do tego, o czym znów gorąco dyskutujemy – o prokreacji w kontekście małżeństw jednopłciowych. Po raz pierwszy do pozaustrojowego zapłodnienia doszło w Wielkiej Brytanii, gdzie 25 lipca 1978 r. urodziła się niejaka Louise Brown. Dziewięć lat później podobny cud zdarzył się w białostockim szpitalu, gdzie po cesarskim cięciu powitano Magdusię, kolejną panienkę in vitro. Od tego czasu na świecie pojawiło się ponad 13 milionów maleństw spoza tradycyjnego zapłodnienia. Ta metoda wsparcia leczenia niepłodności stała się też popularna w Polsce – w ramach rządowego programu Ministerstwa Zdrowia w samym 2025 r. urodziło się ponad 10 000 nowych obywateli III RP. Co zabawne – dokładnie tyle samo chłopaków i dziewczyn. Czy jak dorosną, zejdą się w pary, a jeśli, to jakie?

 

O jeden krok za daleko

Program in vitro, wspierający pary leczące się na bezpłodność, dał zielone światło przeobrażeniom prawno-moralnym. Bo oto wiosną br. Naczelny Sąd Administracyjny wydał wyroki nakazujące urzędom stanu cywilnego akceptację zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych przez wpisanie ich do polskich rejestrów. Co to oznacza dla dzieci? Lansowana jest koncepcja, według której rodzicami mogą być pary jednopłciowe. Walczy o to m.in. Bart Staszewski, aktywista LGBT. W tym samym duchu wypowiada się europoseł Krzysztof Śmiszek, od 20 lat partner Roberta Biedronia, także opowiadającego się za adopcją dzieci przez jednopłciowców.

Argumentem jest… szczęście dziecka, a raczej „ratowanie go” z domu dziecka. Gejowskie pary/małżeństwa mają rzekomo „zaopiekować się” dzieckiem i zapewnić mu coś na kształt rodziny. Bo podobno dla malucha nie jest ważny skład familii ani jej płeć, tylko to, czy jej członkowie akceptują go, kochają, poświęcają mu czas. A skąd jednopłciowcy mają zagwarantować sobie potomstwo? Z adopcji lub z probówki. O ile ta pierwsza możliwość ma starożytną proweniencję i nie zagraża psychicznymi konsekwencjami, o tyle druga metoda nastręcza wiele wątpliwości etyczno-emocjonalno-zdrowotnej natury.

 

Adopcyjny awans

Dobra, przywołajmy starożytnych. Już w cesarskim Rzymie istniały dwie formy przysposabiania dzieci z jednej rodziny pod władzę głowy innej familii. Ten proces nie miał nic wspólnego z otaczaniem opieką sierot, tylko łączył się z awansem społecznym. Adoptowano bowiem nie maluchy, lecz dorosłych mężczyzn, dobrze rokujących na zabezpieczenie interesów politycznych i finansowych patrycjuszowskich rodzin. Do tej „premii” wybierano najzdolniejszych, najbystrzejszych i najsilniejszych młodzieńców, którzy dzięki swym przymiotom zyskiwali takie samo prawa dziedziczenia i status społeczny, jak rodzone dzieci z ich nowej rodziny.

Formuła „adoptio” dotyczyła osób młodszych, wciąż podlegających władzy ojcowskiej z „urodzenia”, jednak z powodów praktycznych przekazanych nowej rodzinie. Ceremonia „adoptowania” odbywała się wobec pretora lub namiestnika. Ze zdaniem delikwenta nikt się nie liczył, choć ten już swój rozum miał. Nowy „rodzic” musiał być – zgodnie z prawem – starszy o co najmniej 18 lat od adoptowanego, czyli o różnicę jednego pokolenia. I tu uwaga: adopcja była narzędziem władzy dla cesarzy.

Druga adopcyjna procedura – „arrogatio” polegała na przyjęciu do rodziny osób dorosłych, już nie podlegających ojcowskiej władzy. Do tego trzeba było zgody kapłanów oraz zgromadzenia ludowego, jako że takie wydarzenie zmieniało status nie tylko „bohatera”, lecz całej rodziny adoptowanego. Jeśli młodzian przechodził z domu plebejskiego do patrycjuszowskiego, nie tylko on, lecz cała familia automatycznie była nobilitowana. Kto by nie chciał takiego zaszczytu?

 

Ciche i urocze

Przeskoczmy do bliższych nam czasów. Przez długie wieki pacholęta miały być widoczne, lecz niesłyszalne („be seen, but not heard”). To przysłowie pochodzi z XV-wiecznej Anglii i sugeruje, że pociechy nawet z najzacniejszych rodzin nie miały praw przynależnych dorosłym. Metody wychowawcze bardziej przypominały musztrę niż skupienie się na emocjonalno-fizyczno-intelektualnych potrzebach czy możliwościach dzieciaka. Matkę, ojca cmokało się w dłoń na dobranoc lub przy innych oficjalnych okazjach, cały ciężar wychowania spoczywał zaś na niańkach, wychowawcach, edukatorach z wybranych dziedzin potrzebnych w dorosłym życiu malca, którego przyszłość wyznaczała pozycja społeczna. Małoletni potomkowie stawiali się na uroczystościach rodzinnych ubrani w paradne stroje, demonstrowali kindersztubę i znikali.

Nieliczne wizerunki małolatów z najlepszych europejskich rodów powstały z… matrymonialnych powodów. Diego Velazquez kilkakrotnie portretował słodką blondyneczkę infantkę Margueritę Habsburg, żeby zachęcić do niej najbardziej wpływowych kawalerów ówczesnej Europy. I na co jej przyszło? Na mariaż ze swym wujem cesarzem Leopoldem I Habsburgiem, kiedy panna zaliczyła 15. rok życia. Co wam będę mówić, dobrze się to nie skończyło – śliczna Małgosia pierwsze dzieciątko powiła, mając lat 16 (niemowlę nie przeżyło roku); druga córka dożyła aż 23 lat; trzecie maleństwo zmarło w dniu rodzin, gdy mama miała lat 19; wreszcie trzeci potomek, wydany na świat w 21. wiośnie życia Marguerity, „zaliczył” kilkanaście dni życia. Ona sama zeszła cicho – zmarła w kolejnym połogu, mając 22 lata. Można powiedzieć – dzieci poświęcano dla dzieci.

 

Nie rusz, Andziu

Przez wieki nie zważano na potrzeby wynikające z osobowości czy różnic adaptacyjnych dzieciaków, toteż nie indywidualizowano form nauki i wychowywania. To, co uznano za dobre i słuszne, należało – teoretycznie – zastosować wobec wszystkich. Pewną zmianę przyniosła epoka oświecenia. Rewolucją edukacyjną wydawały się krótkie wierszyki-moralitety autorstwa Stanisława Jachowicza (1796–1857), który w krótkich utworkach, rymowanych tak, że można je było zapamiętać po jednej/dwóch lekturach, przemycał rady przydatne na każdym etapie rozwoju. Bohaterami tych wierszyków były nieposłuszne (i słusznie ukarane) dzieci bądź zwierzątka obdarzone negatywnymi cechami charakteru.

„Nie rusz Andziu tego kwiatka/ Róża kole, rzekła matka./ Andzia mamy nie słuchała,/ ukłuła się i płakała”.

Trudno nie dostrzec pewnej satysfakcji autora (i jego entuzjastów) płynącej z ukarania niesubordynowanej dziewczynki przez… sam obiekt. Czyli właściwie bez interwencji rodzicielki, samą siłą sprawczą natury.

 

Nowa historia

Wszystko zmieniło się na przełomie XIX i XX wieku wraz z pojawieniem się nauki zwanej psychologią. Ta wiedza zdobywana empirycznie sfokusowana jest na różnych grupach społecznych i rozmaitych aspektach ich funkcjonowania. W tej „przestrzeni” pojawiają się różne teorie na temat szczęśliwego dzieciństwa. I całkowicie rozbieżne koncepcje co do metod wychowawczych. Jednak przez stulecia uważano, że „wiek rozumu” zaczyna się od siódmego roku życia, co funkcjonuje w większości krajów do dziś. Przecież właśnie siedmiolatki zaczynały/ją naukę w szkołach. Nie jest prawdą, że namysł nad kolejnymi etapami rozwoju dziecka i rozważania, jak do nich dostosować formy wychowawcze, to wynalazek współczesności. Już średniowieczne traktaty pedagogiczne poświęcały wiele uwagi kolejnym stadiom rozwoju osobowości i wzrastającym umiejętnościom na przyswajaniu wiedzy.

 

Nieromantyczny romans

Swoją drogą, dlaczego maluchy miałyby być przynoszone przez bociany lub można je znajdować w kapuście? Te fantasmagorie zasługują na osobną antropologiczną analizę, jednak w przeszłości służyły odwróceniu uwagi zbyt dociekliwych dzieciaków, które pragnęły dowiedzieć się, skąd wzięły się na świecie. I dlaczego tatuś i mamusia obdarzają się innymi pieszczotami, niż częstują dzieci. Tak czy siak, zaciekawienie nieletnich krążyło wokół tajemnic anatomii i biologii oraz seksu.

Zastanawiam się, jak można zamienić w bajkę narodziny potomstwa ze sztucznego zapłodnienia? Już w samym opisie, a tym bardziej w procesie, brzmi to i wygląda brutalnie, bez cienia romantyzmu. Kojarzy mi się z hodowlą nierogacizny. Inseminacja bowiem to wprowadzenie do jamy macicy kobiety w okresie owulacji odpowiednio przygotowanego (laboratoryjnie) nasienia. Plemniki dzięki temu mają łatwiej, nie napotykają na naturalne bariery i mają lepsze szanse na szczęśliwe zakończenie swej misji.

 

Kto bogatemu zabroni

Była taka miłość: Annie Leibovitz (wzięta i bogata fotografka – portrecistka gwiazd) zakochała się w filozofce Susan Sontag na śmierć i życie. Był rok 1988; Annie miała 39 lat, jej „wybranka” 55. Związek typu „miłość/nienawiść”; uwielbienie/pogarda przetrwał do końca życia naukowczyni. Przez 15 lat Annie znosiła upokorzenia, a nade wszystko finansowała fanaberie swej oblubienicy. Jako partnerki często rozmawiały o dziecku. Sontag miał syna Davida, jeszcze z „biseksualnych” lat. I to właśnie tenże David miał być dawcą spermy, dzięki której Annie zaciążyła. Małą Sarah urodziła z cesarki w 2001 r.; Annie miała wtedy 51 lat. Susan przecinała pępowinę, uważając się za matkę/babcię nowo narodzonej. Jednak kolejne dzieci Leibovitz, które miały podtrzymać miłosną więź obu pań, przyszły na świat już po śmierci filozofki. Dwie kolejne dziewczynki-bliźniaczki mamy Leibovitz, Susan (na cześć Sontag) i Samuelle (na pamiątkę papy Annie, Samuela), urodziły się w 2005 r. z matki surogatki.

Podobnie „niebiologiczne” potomstwo posiada słynny pop singer Elton John ze swym partnerem/mężem Davidem Furnishem. Rocket Man został „papciem” w wieku grubo ponad sześćdziesiątkę, a dzieciaki (dwóch synów: Zachary, urodzony w 2010 r., i Elijah, 2013), zostali powici dzięki tej samej matce zastępczej z Kalifornii. Kiedy patrzy się na zdjęcia „szczęśliwej rodziny”, uderza sztuczność pozowanych uśmiechów, która aż boli. Bo choć „potomstwo” może jeszcze nie zdaje obie sprawy z tego, kto jest ich prawdziwą matką, w wieku nastoletnim zacznie im zgrzytać jakiś fałsz. Poczują, że pojawili się na świecie wbrew prawom przyrody.

 

Kim są moi rodzice

Ponad 15 lat temu obejrzałam film „Wszystko w porządku” (2010) Lisy Cholodenko, gdzie para „małżonek” lesbijek (brawurowo granych przez Annette Bening i Julianne Moore) wychowuje dwójkę dzieci z probówki (od tego samego dawcy). Dzieciaki bardzo szybko kumają, że coś u nich w rodzinie nie gra. W nastoletnim wieku pragną poznać prawdę i biologicznego tatę. A że udaje im się go namierzyć i nawiązać fajną więź oraz poczuć coś jakby wzajemne emocje ojca i dzieci (choć z probówki), ten nieoczekiwanie pozytywny kontakt zaczyna być problemem dla… jednej z mam, a raczej tej dominującej w układzie, przeznaczającej sobie rolę mamo-taty. To był jeden z bolesnych przykładów emocjonalno-poznawczego rozjazdu doświadczanego ze strony coraz bardziej świadomych małolatów. Jednak tu jeszcze nie oglądaliśmy tragedii. Do takowej dochodzi, gdy surogacja zamienia się w handel żywym towarem.

 

Żywe inkubatory feminizmu

Nie mogę skleić w jedność dwóch postaw, w moim przekonaniu sprzecznych, a jednak współistniejących w obozie lewicy. Z jednej strony mamy kolejną falę feminizmu, w jego nieznośnie zafałszowanej a propagandowej wersji, według której paniom należy się rekompensata za setletnie upokorzenia, zacofanie, brak dostępu do wiedzy i kariery. I jednocześnie nikt z lewej strony nie ma nic przeciwko największej potworności i wykorzystywaniu kobiet ze względu na ich biologię. Tak, chodzi o surogatki. Od dawna mam z tym kosę, bo czytałam/oglądałam relacje o konsekwencjach tego procederu. Ale nawet bez reportaży umiem sobie wyobrazić tragedię kobiet, które dla zarobku godzą się posłużyć za żywe inkubatory dla czyjegoś płodu. To na ogół nie kończy się dobrze. Niby kontrakt jest znany obydwu stronom, jednak na ogół matko-surogatki nie są świadome (bo i skąd?) psychiczno-emocjonalnych skutków „transakcji”. Potem nie chcą oddać dzieci, szukają z nimi kontaktu (choć to zabronione), podglądają, stalkują je. Cierpią.

 

Handel świeżym różowym ciałkiem

O tym w Polsce jeszcze cicho – natomiast w Niemczech (i innych bogatych krajach Zachodu) coraz częściej mówi się o komercjalizacji surogacji. Homopary co i rusz korzystają z surogatek pochodzących z biedniejszych krajów świata. Na plan pierwszy wysuwa się Ukraina – dziewczyny stamtąd są białe, młode, zdrowe i… łase na kasę oraz bez moralnych oporów. Za nimi plasują się „łonodajki” z Meksyku, USA (biedoty) i Gruzji. U tych kobiet dziecko zamawiane jest jak produkt: taka płeć, taka rasa, takie cechy. A jak „produkt” nie spełnia wymagań? Na śmietnik z nim. Dosłownie. Przykład z niedawna: matka surogatka powiła bliźnięta, ale „zamawiający” zgłosił potrzebę tylko na jedynaka. Trzeba było zredukować dwoje noworodków do sztuk jeden. Kobieta (oczywiście biedna, z kraju, w którym nie miała żadnej opieki), wyraziła zgodę. Jak tego dokonała? Wolę nie wiedzieć. A Wy?

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 1
Data publikacji: 07.06.2026 19:59
Źródło: Tygodnik Solidarność 22/2026, oprac. Ludwik Pęzioł