Rafał Woś: Poznań, Ursus, Radom. Czerwcowa piącha w nos władzy

- W polskiej historii – od rozbiorów po PRL – regularnie powtarza się schemat pozyskiwania części elit przez obce lub systemowe ośrodki władzy
- Jednocześnie równie stałym elementem tej historii jest cykliczny bunt społeczny (m.in. Poznań 1956, Radom i Ursus 1976), który autor interpretuje jako trwały „gen wolności”.
Tylko w latach 1773–1775 szlachcic i poseł na Sejm Adam Poniński przyjął od trzech ościennych mocarstw 46 tysięcy czerwonych złotych. Odwdzięczył się podpisaniem zgody na cesję ziem zagarniętych przez Rosję, Austrię i Prusy w pierwszym rozbiorze Polski. Ale przecież taki schemat powtarzał się później bardzo wiele razy. Wiele razy – aż po czasy zupełnie współczesne – przedstawiciele polskich elit politycznych, ekonomicznych oraz symbolicznych zrealizowali w Polsce interes zagranicy. Czasem wprost za pieniądze. Czasem za stanowiska i związany z nimi splendor. Czasem za samo poklepanie po plecach i akceptację w kosmopolitycznych kręgach, do których aspirowali. Albo po prostu ze strachu maskowanego opowieścią o realistycznym mierzeniu siły na zamiary. Prowadziło to nie raz i nie dwa do utraty niepodległości, suwerenności i podmiotowości przez Polskę oraz do zniewolenia czy wyzysku polskich obywateli.
Ale przecież częścią naszej narodowej historii jest to, że się na tym nie kończyło. Nigdy. Pod obcym butem czy berłem Polacy nie więdli i się nie rozmywali. Pojedynczy, owszem, bywało. Ale nie jako całość. Grupowo Polacy zawsze wracali. Zawsze się stawiali, sięgając po różne formy oporu. I takie zwykłe, jak mazanie po murach czy bezczelność wobec symboli obcej zwierzchności, po duże rzeczy w stylu powstań, zorganizowanych akcji sabotażu czy strajków, w których mieszały się ze sobą kwestie wolnościowe i ekonomiczne.
Buntowniczy gen
W czerwcu mamy aż trzy takie rocznice. Poznań, Ursus i Radom. Trzy duże wystąpienia społeczne z czasów Polski Ludowej, w których ujawnił się ten sam polski gen wolności. Żadnego z tych wystąpień teoretycznie być nie powinno. W 1956 roku polskim stalinistom zdawało się, że ich władza jest ugruntowana. Inne nurty politycznego myślenia albo wygaszone, albo wchłonięte w PZPR. Kościół katolicki zepchnięty do głębokiej defensywy. Geopolityczne miejsce Polski na mapie zimnej wojny jednoznaczne. A jednak robotnicy się zbuntowali. I to masowo. I to pomimo oficjalnej opowieści, że teraz władza jest właśnie robotnicza i ludowa.
W 1976 roku Gierek też był przekonany, że jego całkiem udany projekt ludowego dobrobytu opartego na szybkim wzroście zamożności i dobrych warunków życia oraz rozbudzeniu narodowych aspiracji rozwojowych uczyni go nietykalnym. Tak się jednak nie stało. Także i on doświadczył spotkania z buntowniczym genem Polaków, który najpełniej wyraził się cztery lata później powstaniem Solidarności. To, że partyjni rywale z Jaruzelskim na czele już zadbali o to, by się Gierek na tym zderzeniu z masami przewrócił i oddał im władzę, to już zupełnie inny temat i inna historia.
Wspomnienie tamtych zdarzeń daje oczywiście wielką porcję nadziei na przyszłość. Jest rodzajem gwarancji, że każda władza, która nie słucha ludzi i zaczyna przeginać, nadzieje się w końcu ze strony polskiego buntownika na piąchę w nos. Nawet jeśli jest uśmiechnięta i wsparta potęgą zakumulowanego pieniądza oraz poparciem wszystkich świętych z Unii Europejskiej.
[Tytuł, śródtytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Najnowszy numer "Tygodnika Solidarność": Beatyfikacja ks. Kotlarza. Bili go po cichu

Najnowszy numer "Tygodnika Solidarność": Beatyfikacja ks. Kotlarza. Bili go po cichu

Oficjalne obchody rocznicy Poznańskiego Czerwca 1956
List Prezydenta w 42. rocznicę wydarzeń radomskiego Czerwca '76: Z Czerwca narodził się Sierpień

Remigiusz Okraska: Samobójstwa młodzieży jako broń polityczna







