"Polak, który nie boi się diabła". Historia narodowego buntu

- Polskie zrywy były efektem sporu między „realistami” stawiającymi na przetrwanie a „romantykami”.
- Autor pokazuje ciągłość polskiego buntu – od powojennego podziemia antykomunistycznego przez Poznań 1956 i Radom 1976 aż po Solidarność.
- Zdaniem autora Polacy zawdzięczają wolność ludziom gotowym przeciwstawić się przemocy i niesprawiedliwości, nawet za wysoką cenę.
Wyznawcy tej pierwszej powiedzą, że wszelkie nasze powstania i zrywy, od konfederacji barskiej po rok 1989, były niepotrzebne i bezsensowne, gdyż na drodze do wolności ważniejsze od buntowania są praca i dobrobyt. Romantycy zaprzeczą temu i stwierdzą, że bez powstań zapoczątkowanych w wieku XVIII nie byłoby kolejnych zrywów, które poniekąd wynikają jeden z drugiego, i nie byłoby wolnej Polski, ani tej z 1918, ani tej z 1989 r. Realista zaraz się obruszy i zaakcentuje cenę krwi, jaką przyszło nam płacić za każdą irredentę. Na co romantyk odpowie słowami Adama Mickiewicza z 1849 r.:
„w pewnych sytuacjach niezaradność i obojętność powinny przede wszystkim być uważane za największe zbrodnie przeciw ojczyźnie”.
Albo wynaturzyć się, albo się ratować
Pisarz Aleksander Świętochowski, który zmarł tuż przed II wojną światową, w roku, w którym bojowcy z Polskiej Partii Socjalistycznej Józefa Piłsudskiego rzucali bomby w kierunku rosyjskich zaborców, napisał o realistach:
„Stańczycy i ich krewniacy polityczni mają zupełną słuszność, zarzucając nam, że ciągle burzymy chlew, który nam budują rządy, czy jednak żyjąc spokojnie w tym chlewie, możemy zachować naszą istotę?”.
Zdanie dalej Świętochowski odpowiedział na swoje pytanie. Po rozbiorach my, Polacy, mieliśmy do wyboru dwie drogi:
„albo wynaturzyć się, znikczemnieć, posłużyć za karmę dla swoich zaborców, albo nie bacząc na wszystkie straty, porażki, ruiny, ratować swoje życie ciągłym buntem przeciwko gwałtom”.
Pod tym względem okres zaborów nie jest wcale wyjątkowy. W powojennej Polsce i przez kolejne lata Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej nie było dekady, by Polacy, przynajmniej w jakiejś część, nie buntowali się przeciwko tym, którzy rządzili nad Wisłą dzięki sowieckim bagnetom.
Tamte zrywy zapoczątkowało powojenne powstanie antykomunistyczne. Po 1945 roku, gdy jedną okupację – niemiecką, zastąpiła druga – sowiecka (jej preludium były lata 1939–1941), wspierana przez polskich komunistów, w całym kraju działała poakowska konspiracja. Między rokiem 1944 a 1956 przez wszystkie organizacje i grupy konspiracyjne przewinęło się od 120 do 180 tys. osób (liczba porównywalna z uczestnikami powstania styczniowego). W oddziałach leśnych w tym okresie mogło być ok. 20 tys. rebeliantów. Przyjmuje się, że ta antykomunistyczna irredenta zakończyła się wraz z rokiem 1956 i przemianami, które wówczas nastąpiły w PRL.
Czerwiec ’56
W akcie erekcyjnym Pomnika Poznańskiego Czerwca 1956 wypisano daty ważnych polskich miesięcy, pominięto lata powojenne, gdyż o tych, aż do lat 90., nie można było głośno mówić. 23 maja 1981 r. w Poznaniu wmurowano w podstawę fundamentów pomnika wspomniany akt erekcyjny, w którym m.in. pisano: o 1956 – „25 lat temu oddali swe życie, domagając się wolności i chleba”; o 1968 – „13 lat temu cierpieli prześladowania, broniąc prawdy i kultury ojczystej”; o 1970 – „11 lat temu byli mordowani, gdyż odważyli się protestować przeciw niesprawiedliwości; o 1976 – „5 lat temu byli maltretowani za to, że bronili swej robotniczej godności”; o 1980 – „rok temu stali się solidnym gwarantem tego, że Polak nie będzie wyzyskiwał Polaka”.
Tak, tego pomnika nie byłoby bez Sierpnia 1980 i bez ludzi, którzy broniąc swej godności, doprowadzili do powstania pierwszego w bloku komunistycznym Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność”, do którego przystąpiło wtedy około 10 mln Polaków.
W czerwcu 1956 r. komunistyczna władza wyprowadziła przeciwko Polakom wojsko, które wsparło milicję. Gdy w kierunku demonstrantów padły strzały, ulice zapełniły się barykadami tworzonymi przez Poznaniaków. Ćwierć wieku po tamtej masakrze lekarz Henryk Karoń wspominał na łamach „Tygodnika Solidarność”:
„Przyjmowaliśmy kolejnych rannych. Znoszono ich spośród ludzi leżących na ulicy, część o własnych siłach docierała do drzwi szpitala. Rannych kładziono początkowo na noszach, później, gdy noszy zabrakło, wprost na posadzce przed salą operacyjną”.
W kierunku demonstrantów padały nie tylko strzały. Doktor Karoń wspominał Mariana Kubiaka, który trafił na stół operacyjny. Gdy zdjęto z niego zakrwawione ubranie, lekarze zobaczyli m.in.
„dwie głębokie rany kłute zadane bagnetem w brzuch, bardzo silnie krwawiące”.
Mimo operacji Marian Kubiak zmarł, miał 19 lat, był jedną z blisko 60 ofiar reżimu, mieniącego się robotniczym, który strzelał wtedy do… robotników, bo ci mieli wypisane na transparentach, że żądają chleba i godności, że żądają wolności. Dla niej byli gotowi zrobić wszystko. Wanda Kąciecka widziała, jak kilku mężczyzn zatknęło biało-czerwoną flagę na dachu poznańskiego Zamku.
„Kiedy rozwinęła się na wietrze, zerwał się śpiew «Boże coś Polskę». Ja też zaczęłam śpiewać
– wspominała 40 lat temu na łamach „Tygodnika Solidarność”.
– Śpiewaliśmy wszyscy, jak najgłośniej, z całych sił, żarliwie”.
Niektórzy z tysięcy ludzi w tamtym tłumie płakali, ale jak przyznawała Kocięcka, to był inny płacz:
„Była w nim jakaś determinacja i ważenie się na wszystko”.
Czerwiec ’76
Dwie dekady później władza już nie strzelała do robotników, którzy ponownie wyszli na ulice, tym razem przede wszystkim Radomia, Ursusa i Płocka. Edward Gierek, który po masakrze na Wybrzeżu w Grudniu 1970 r. zastąpił na stanowisku I sekretarza Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej Władysława Gomułkę, już nie zdecydował się na wyprowadzenie wojska przeciwko robotnikom. Również nie zrobił tego cztery lata później, gdy w sierpniu i wrześniu 1980 r. strajkował cały kraj i władza podpisywała wtedy kolejne porozumienia z robotnikami.
W czerwcu 1976 r. ludzie zbuntowali się na wieść o mających nastąpić podwyżkach cen jedzenia, m.in. masła, cukru, ryżu, warzyw, mięsa i wędlin. 25 czerwca tamtego roku – jak pisał poeta Zbigniew Herbert w wierszu „Z dziejów firmy (czerwiec 1976)”:
„Powszechne niezadowolenie wyraziło się w strajkach. Ulice zaroiły się tłumem. Kierownictwo potraciło głowy. I wtedy wystąpiła Straż – gumowe ramię Firmy”.
„Gumowe ramię” to byli funkcjonariusze milicji i ZOMO, którzy – jak to napisał wielki poeta –
„Działali sprawnie, w poczuciu misji”,
„Więc słuchać było miarową młockę pałek. Stłumione krzyki”.
Czytając wspomnienia tych, którzy wtedy na własne oczy widzieli, a na własnych plecach doświadczyli bicia, najbardziej zapadła mi w pamięć kobieta, która pobita w końcu ocknęła się na radomskim chodniku. Odzyskała przytomność, a w głowie miała jedną myśl: „Co z moim dzieckiem?” i odruchowo dotknęła dłonią dużego brzucha. W końcu dotarło do jej uszu zawodzenie klęczącej obok staruszki, która całowała buty zomowca, błagając go, by już nie tłukł kobiety w ciąży. Zomowiec pokazał pałką na leżącą i rozkazał staruszce: „Zabieraj tę ku*wę i żebyśmy jej więcej nie widzieli…”.
Ludzie, gdy wtedy wtargnęli do siedziby radomskiego Komitetu Wojewódzkiego PZPR, z którego partyjniacy uciekli, zobaczyli, że w PRL są równi i równiejsi, że jedni mają niemal wszystko, a inni skromnie żyją z dnia na dzień. Jedna z tych osób, która była wtedy w siedzibie KW, relacjonowała:
„Zaczęło się demolowanie, wyrzucanie portretów, biurek, krzeseł. Okrzyki «Precz z komuną!» i żeby to wszystko spalić. Naród był rozwścieczony, że partyjniacy mają to wszystko”.
Pokłosiem strajku było odstąpienie PZPR od podwyżek, a symbolem tamtych dni stały się „ścieżki zdrowia” polegające na tym, że ludzie musieli przejść przez szpaler bijących ich gumowymi pałkami milicjantów.
„Kazali mi iść wolno, żeby każdy mógł uderzyć. Bili pięściami, pałkami, butami. Pod sam koniec upadłem. Pod gradem pałek nie dałem rady wstać”
– wspominał jeden z robotników.
Kilka tysięcy ludzi straciło wtedy pracę lub było szykanowanych w inny sposób, chociażby musiało stanąć przed kolegiami orzekającymi do spraw wykroczeń.
Tak – należy to powtórzyć – wtedy Gierek nie kazał strzelać do robotników, ale to właśnie w czasach jego rządów w konstytucji PRL pojawił się zapis o PZPR jako przewodniej sile państwa i o przyjaźni ZSRS. Wtedy Służba Bezpieczeństwa zaczęła się nie tylko rozrastać, ale też unowocześniać dzięki nowinkom technicznym sprowadzanym z Zachodu. Szła za tym powiększająca się inwigilacja społeczeństwa, która i tak nie uchroniła komunistów przed wielką solidarnościową rewolucją.
Naród marzycieli
Dziś Polska jest wolna i niepodległa. Co by było, gdyby romantycy zamknęli się w chlewiku zwanym PRL i nie chcieli wolności, solidarności i godności, gdyż od nich woleliby święty spokój za cenę „malucha”, darmowych kolonii dla dzieci, wczasów w Bułgarii…?
Gdyby w sierpniu 1980 r. stoczniowcy nie wstawili się za swoją koleżanką Anną Walentynowicz, gdyby wtedy górnicy dalej spokojnie fedrowali, a hutnicy wytapiali stal, można przypuszczać, że zmiany w kraju byłyby kosmetyczne. Porozumienia ze Szczecina i Gdańska nie gwarantowały, że Solidarność będzie związkiem ogólnopolskim, to zagwarantowało dopiero porozumienie zawarte 11 września 1980 r. w Dąbrowie Górniczej. Preludium do powstania Solidarności był najpierw Komitet Obrony Robotników, którego zadaniem była pomoc represjonowanym robotnikom w 1976 r., a następnie Wolne Związki Zawodowe, które w 1978 r. najpierw powstały na Śląsku, a wkrótce potem na Wybrzeżu.
W maju 1856 r. Aleksander II rzucił w kierunku Polaków frazę mówiącą o tym, byśmy nie mieli żadnych marzeń, ale myśmy je mieli. Nasi przodkowie marzyli o wolności, gdyż Polacy to naród mający gdzieś pokorę, za to w naszych genach jest bunt przeciwko życiu w chlewie.
Trafnie nas scharakteryzował Szwajcar Carl Burckhardt, wysoki komisarz Ligi Narodów w Wolnym Mieście Gdańsku, który w rozmowie z ministrem III Rzeszy Joachimem von Ribbentropem powiedział:
„Polacy są odważni, nie boją się samego diabła… Dla Polaków najwyższym dobrem jest honor…”.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Za nami IV Bieg Niepodległości im. Dziewięciu z "Wujka"
Jubileuszowy 10. Lubelski Bieg Niepodległości
Prof. Wojciech Polak: Nad polską niepodległością zbierają się czarne chmury









