Ważna (i długa) rozmowa z Kelusami

- Jan Krzysztof Kelus i Urszula Sikorska-Kelus opowiadają o swojej działalności w opozycji antykomunistycznej.
- Kelus wspomina kulisy powstawania i kolportażu swoich piosenek.
- Małżeństwo odsłania nieznane szczegóły działalności Oficyny Fonograficznej CDN.
- Rozmówcy ostro komentują współczesne próby „oswajania” PRL-u.
Z nieskończoną wciąż historią – rozmowa z Urszulą Sikorską-Kelus i Janem Krzysztofem Kelusem
Jan Krzysztof Kelus: – Piosenki?… Czy poświęciłem im kawał życia? Nigdy o nich tak nie myślałem. One raczej pewnemu, skądinąd ważnemu, okresowi w moim życiu towarzyszyły, czasem wypełniając go bez reszty, to znów usuwając się na drugi plan. W porównaniu z dość długim życiem, które sprezentował mi los, tamten zdominowany przez piosenki jego fragment, choć ważny, wydaje mi się stosunkowo krótki. Śpiewałem nie dłużej niż 13–14 lat. Nie miałem żadnych walorów wokalnych: głos beznadziejny, brak wyczucia rytmu. Na gitarze grałem skandalicznie źle. Na domiar złego miałem za krótkie palce. Gdy z Jackiem Kleyffem przymierzaliśmy dłoń do dłoni, to moja wyglądała tak, jakby mi końce palców pies poobgryzał. Grać z takim anatomicznym upośledzeniem na gitarze to skaranie boskie. Walka z kalectwem.
Miałem za to nadzwyczaj dobrych przyjaciół, którzy nagrywali mnie na profesjonalnym sprzęcie, właściwie najlepszym, jaki wtedy był dostępny: magnetofony „Nagra” Stefana Kudelskiego, studyjne mikrofony pożyczane z radia. Sprzęt był dobry, ale nagrywaliśmy wyłącznie w prywatnych mieszkaniach, nigdy w studiu. A to stwarzało dodatkowe utrudnienia, bo akustyka była daleka od ideału. Potem Basia Okoń-Makowska – muzykolog i realizator dźwięku – bardzo pieczołowicie robiła mastering w Studiu Eksperymentalnym Polskiego Radia i moje zupełnie nie do przyjęcia gitarowe kiksy, dykcyjne i rytmiczne obsuwy potrafiła wymiksować, zatuszować, powycinać. Kompresowała nagranie, tłamsiła niskie częstotliwości, podbijała wysokie i w efekcie dostawaliśmy taśmę matkę, z której można było kopiować kasety. W wielkiej mierze jej zawdzięczam to, że dało się tych piosenek słuchać.
Ludzie chcieli słuchać
Potem, w stanie wojennym, kilka nagrań zrobili mi także inni dźwiękowcy: Marek Kuczyński z Czołówki i Małgosia Jaworska z Wytwórni Filmów Dokumentalnych. Wszystkim im jestem bardzo wdzięczny. A potem, już jak trzeba było tłuc te kasety, to własne piosenki mogły się człowiekowi obrzydzić. Gdyby malarz przełożył na płótno to, co jawiło mu się w głowie – a potem musiał zrobić 1000 kopii tego samego obrazu, to by pewnie zwariował. Pisarz skazany na przepisanie 1000 razy swego dzieła również. Ani autor, ani wykonawca piosenek nie powinni być skazani na ich masowe powielanie. W normalnych warunkach tak się nie dzieje.
Tyle że realia, w jakich żyliśmy w komunie, nie były normalne. Próbowaliśmy radzić sobie z tym tak, że do jednego dużego magnetofonu szpulowego podpiętych było kilka pożyczonych od przyjaciół kaseciaków – ludzie mieli już właściwie wyłącznie magnetofony kasetowe. Kiepsko to wychodziło: magnetofony sprzęgały się, gdy jeden wysiadł, sygnał u reszty się wzmacniał i były przesterowania. Wojtek Makowski, inżynier ze Studia Eksperymentalnego, a prywatnie mąż Basi, zrobił nam jakieś elektroniczne ustrojstwo do separacji sygnału, które nazwaliśmy pieszczotliwie „rozwielitką”. Trochę pomagało, ale nadal był to katorżniczy proceder: nagrywać, sprawdzać, czy się nagrało, korygować błędy – i tak w kółko na okrągło.
Nagraliśmy we dwójkę z Kubą [pseudonim Urszuli Sikorskiej-Kelus – przyp. red.] w sumie tysiąc dwieście kaset. Nakręcało nas to, że ludzie najwyraźniej chcieli tego słuchać. Czasem myślę, czy nie przesadzaliśmy z troską o jakość? Sam nie wiem. Założenie niby było takie, że te kasety mają się rozmnażać. I rozmnażały się jak króliki tym płodniej, im jakość wyjściowa była lepsza. Zdarzało się, że wracały do mnie jakieś kolejne kopie tak zjechane, że nie byłem w stanie rozpoznać własnego głosu. Ludzie opowiadali, że gdy trafiła im się taka kopia z pięćdziesiątej generacji, to na jakichś spotkaniach rodzinnych czy towarzyskich leciało coś tam z kaseciaka, a lektor czytał tekst, bo z fonii słów w zasadzie nie dawało się już zrozumieć.
"Ja i ty jesteśmy z jednej krwi"
– Co zadecydowało o powodzeniu tego piosenkowego przedsięwzięcia? Forma czy treść?
J.K.K.: – Chyba jedno i drugie. Trudno o tym opowiadać ludziom, którzy nie znają tamtego czasu. Realia tak bardzo się zmieniły. Przecież teraz każdy, nawet Jaś Kapela czy Roman Giertych, może wynająć jakieś studio, nagrać to, co mu się w głowie wykociło, zapłacić jakiejś firmie fonograficznej i stać się posiadaczem dowolnej liczby płytek CD. Limitem jest głębokość portfela. W komunie to trochę inaczej wyglądało. Dziś potrzebna jest kupa pieniędzy: w komunie wystarczyło trochę odwagi. Oczywiście po to, by artystycznie zaistnieć, trzeba przekazać treści, które znajdą jakiś rezonans w duszach odbiorców, zadziwić ich czymś, zafascynować. Mnie się to w jakimś sensie udało.
Znalazłem z moimi odbiorcami wspólny język. W treści moich przyśpiewek odnajdywali ducha niezgody, tego samego, który pobrzmiewał w ich własnych duszach. Prastare kiplingowskie: „ja i ty jesteśmy z jednej krwi”. Opornicy. Zalążki przyszłej opozycji. Początkowo była ich garstka. W społeczeństwie, po którym przejechał walec stalinowskiego terroru, nie mogło ich być zbyt wielu. Ale powoli coraz więcej ich przybywało. To była nisza zwolenników mojej twórczości. No i forma. Protest song w krajach komunistycznych w okresie poststalinowskim – może i przedtem, choć nie wiem – miał się całkiem nieźle. Tyle że w innej formie.
Docierały do nas nagrywane na magnetofonach szpulowych taśmy Rosjan, którzy o stalinowskim terrorze mieli najwięcej do opowiedzenia. Wysocki, Galicz, Kim; nawet politycznie niewinne recitale Bułata Okudżawy odbierane były jak świadectwa niezgody na komunę. Zaistniał, choć nie wiem, czy nie ukuty później, termin „magnetizdat” – starszy nieco brat samizdatu. Artyści nagrywani byli na prywatnych lub jakichś półpublicznych występach, na ogół anonimowo, bo i tak każdy wiedział, o kogo chodzi; taśmy krążyły po ludziach, po domach. I tak to się działo.
Strzał w dziesiątkę
– To dlaczego nie zrobił Pan tak samo?
J.K.K.: – Miałem wrażenie, że szpulowe taśmy nie zrobią wrażenia na odbiorcach. Nawet bezpieka nagraniami Rosjan się specjalnie nie przejmowała. Magnetofony szpulowe dawały lepszą jakość nagrań, ale były drogie, nieporęczne i w wyraźnym odwrocie, wypierane przez znacznie tańsze, lżejsze i coraz bardziej popularne magnetofony kasetowe. Mój pierwszy magnetofon był tanim kaseciakiem. Szpulowego nigdy nie miałem, czasem udało mi się od kogoś pożyczyć.
– I od tych piosenek wszystko się zaczęło?
J.K.K.: – Sam nie wiem. Może i od nich. One były pierwsze, jakie śpiewałem. Choć miałem też inne inspiracje. Woody’ego Guthriego, Pete’a Seegera, Boba Dylana – póki nie podłączył gitary do elektryczności. Na nich uczyłem się brzdąkać na gitarze. Potem dopiero ośmieliłem się wymyślać własne piosenki. Najpierw śpiewałem znajomym, w schroniskach, w górach, na Mazurach przy ogniskach, na spotkaniach towarzyskich w mieście. Kiedy trochę się ich nazbierało, istniało już jakieś środowisko, powstał KOR.
Był taki salonik u państwa Walendowskich: wnuczki Melchiora Wańkowicza i Tadeusza Walendowskiego. Zapraszali ludzi na wieczory autorskie, odczyty i zaproponowali, żebym przyszedł coś zaśpiewać. Wcześniej taką propozycję dostał Jacek Kleyff. Formuła była taka, że gospodarze to nagrywali na szpulowego Philipsa, a potem goście mogli przychodzić i sobie przegrać. Spytałem, czy ktokolwiek przyszedł po piosenki Jacka. Tadzio powiedział, że owszem: przyszły dwie osoby. Jacek miał wtedy świetne piosenki na spektakle Salonu Niezależnych; ludzie nie mogli się dopchać, a u Walendowskich coś nie wypaliło. To było, o ile pamiętam, pod koniec pierwszego roku działalności KOR-u i towarzystwo ze światka opozycji było tak zalatane, zafiksowane na użeraniu się z komuną, że na przegrywanie piosenek Jacka wyraźnie ani głowy, ani czasu nie miało. Zdałem sobie sprawę, że rosyjska metoda się wyczerpała i za jej pomocą moich piosenek nie spopularyzuję. Potrzebna była kaseta z okładką, tytułem i nazwiskiem. Gotowy towar, który ma się sprzedawać z zyskiem, niezbędnym do tego, by móc zakupić następną partię kaset i nie zbankrutować.
W kwestiach finansowych w życiu kiepsko mi szło. Rozumowanie z ekonomicznego punktu widzenia było w zasadzie poprawne. Z małym wyjątkiem: nie skalkulowane zostały koszty robocizny. Pożyczyliśmy kasę. Taśmę matkę nagrał na pożyczonym Philipsie mój przyjaciel Witek Tuszko. Pozytywy okładek powielił na domowym powiększalniku Jaś Trammer. Jakimś cudem udało się kupić, a potem powielić, 200 pierwszych kaset. Brakowało tylko formuły. W końcu ją wymyśliłem. W kolejnych wersjach trochę się zmieniła, ale odsłuchując kasety, tyle razy ją słyszałem, że bez trudu odtworzę ją z pamięci. Brzmiała mniej więcej tak:
„Jako niezależny twórca działający poza Państwowym Monopolem Rozrywkowym wyceniam wartość moich piosenek na 5 zł 40 gr sztuka. Zastrzegam prawa autorskie i wyrażam zgodę na kopiowanie kasety pod warunkiem wpłacenia tantiem w wysokości 100 zł lub 10 dol. poza krajem na poniższy adres: Jan Krzysztof Kelus; Raszyńska 52 m. 8; 02-033 Warszawa”.
Myślę, że ta właśnie zajawka to był strzał w dziesiątkę. Poszedłem do Walendowskich, zaśpiewałem kilkanaście piosenek i ku mojemu zdumieniu pierwsze dwieście kaset poszło jak świeże bułeczki. Sprzedały się wszystkie i nawet trochę zabrakło.
Mało się nie popłakałam...
Urszula Sikorska-Kelus: – Zostało nam kilka przekazów pocztowych z tamtego czasu. Zobaczcie: to świadectwo tego, ile wówczas było strachu w ludziach. Na przekazach pocztowych trzeba było umieścić nazwisko nadawcy. Początkowo przychodziły więc same anonimy: „Jan Kowalski”, „En Nijaki”, „K. Każdy”, „Przymanowski”, „J. Staszelis” [bohater jednej z piosenek Kelusa – przyp. red.]. Ci nieznani nam ludzie naprawdę mieli poczucie, że powinni zapłacić. Ale się bali. Były horrendalne sytuacje: ktoś puka do drzwi na Raszyńskiej, wchodzą dwa maluchy i mówią, że rodzice prosili, żeby przyniosły sto złotych. My mówimy: „To lećcie szybko, zaproście rodziców. Usiądziemy sobie, pogadamy…”. A one: „Nie, my musimy zaraz wracać, bo rodzice czekają w samochodzie za rogiem”.
Albo innym razem koperta w skrzynce. Adres wyklejony pracowicie z wyciętych z jakiejś gazety drukowanych liter. W środku stuzłotowy banknot z Ludwikiem Waryńskim i orłem bez korony. I na pustej kartce, wyklejone tą samą techniką z gazetowych czcionek słowo „DZIEKUJE”. Ile ten zacny człowiek musiał się najeść strachu, wrzucając do skrzynki ten list? Przecież najwyraźniej zakładał, że bezpieka zna charaktery pisma wszystkich obywateli; jest w stanie rozpoznać każdą czcionkę maszyny do pisania. I nie był odosobniony w tych mniemaniach. A jednak imperatyw moralny okazał się silniejszy.
Mało się nie popłakałam, kiedy przyszły pierwsze przekazy z prawdziwymi imionami, nazwiskami i adresami. W zasadzie dopiero w czasie karnawału Solidarności. Opowiem coś naprawdę wzruszającego. W zeszłym roku, jesienią, na festiwalu NNW w Gdyni jakiś pan powiedział, że jest mu bardzo wstyd, bo wtedy nie zapłacił stówy. I że bardzo prosi o adres, by uregulować stary dług. Albo w tym roku pewien lekarz. Ta sama sytuacja, tylko tym razem prosił o numer konta. Mija kilka dni; przypadkiem loguję się w banku. Przeglądam historię rachunku. Przelał tysiąc złotych.
Muszę działać sam
J.K.K.: – Dobra, dobra, Kuba! Jeden skowronek nie czyni wiosny. Dwa również. Ale i tak się założę, że dłużników mam więcej niż niejeden paskarz od chwilówek. A w kwestii strachu to też tak do końca nie byłem pewny, jak bezpieka zareaguje na tę prowokacyjną zajawkę. Teraz może się ona jawić jako niewinny żart, bardziej wygłup niż coś poważnego, ale w realiach komuny to była wyjątkowa, wręcz ostentacyjna bezczelność. Kpina z cenzury – jednego z głównych filarów, na których opierał się komunistyczny ład. Nic więc dziwnego, że towarzyszyły mi niepewność, niepokój znany każdemu, kto przekracza granice między tym, co wolno, a czego nie wolno, wkracza w szarą strefę niepewności, w której zaczyna go dręczyć odwieczne pytanie: „Co mi zrobią, jak mnie złapią?”.
W takiej sytuacji w normalnym kraju korzysta się z porady adwokata. PRL normalnym krajem nie była, ale po roku funkcjonowania KOR-u jakieś zaczątki normalności najwyraźniej zaczynały kiełkować: po raz pierwszy od wielu lat taki delikwent jak ja mógł się zwrócić do współpracujących z opozycją adwokatów bez obaw, iż składa donos na samego siebie. I w dodatku miał wybór, bo było ich wówczas trzech: Władysław Siła-Nowicki, Witold Lis-Olszewski, Jan Olszewski. No, może jeszcze Stanisław Szczuka jako czwarty, rezerwowy. Luksus.
Wybrałem Jana Olszewskiego. Potraktował mnie bardzo serio, zapoznał się z zajawką na kasecie, zastanawiał się przez chwilę, po czym zadał mi dokładnie to pytanie, z którym do niego przyszedłem:
„Czy były przypadki, że ubecy znaleźli to podczas jakiejś rewizji, i co z tym zrobili?”.
Odpowiedziałem, że dotąd tego nie wywąchali. Mecenas był pragmatykiem, a nie doktrynerem, wiedział doskonale, że prawem zwiemy klauzule kodeksów i ustaw, ale „law in action” – prawo w działaniu to nic innego niż wiedza o tym, co dany urząd, organ, sąd czy agencja zrobi w konkretnej sprawie i jakie to będzie miało konsekwencje dla klienta. Brak precedensu wyklucza predykcje. Uczciwy adwokat rozkłada wówczas ręce i mówi, że nie wie. Dokładnie tak postąpił Jan Olszewski. Uścisnął mi rękę na pożegnanie, życzył powodzenia i uprzedził, że żaden adwokat niczego sensownego nie doradzi. Muszę działać sam na własną odpowiedzialność.
Tyraliśmy ostro
– Skąd braliście kasety?
J.K.K.: – Trzeba było kombinować. Jak ze wszystkim. Znalezienie w sklepie 60-minutowej, czystej kasety graniczyło z cudem. Komuchy miały instynkt samozachowawczy i wiedziały dokładnie, do czego kaseta może służyć. Podobnie jak papier. Z dystrybucji sklepowej go wycofali. Czasem udało się wykupić nagrane kasety z festiwalu piosenki żołnierskiej czy temu podobnych imprez, wykasować je i na nie nagrywać. Ale takie nie miały standardowej długości i były z tym kłopoty. Potem, w Oficynie, mieliśmy trochę z Zachodu, trochę z przemytu, sporo od Solidarki z wytwórni Stilon – z… Gorzowa, o ile pamiętam.
Na początku to jeszcze nie były wielkie ilości. W naszym mieszkaniu na Raszyńskiej we dwójkę z Kubą – jak już mówiłem – nakręciliśmy w sumie 1200 sztuk. Potem przyszła Solidarność – karnawał – wszyscy mieli ważniejsze sprawy na głowie i na piosenki była posucha. Dopiero pod koniec, kiedy wybuchły strajki studenckie, przez krótki czas dość dużo jeździłem po rozmaitych uczelniach i śpiewałem. Różnie mi to wychodziło. Im mniejsza sala, im bardziej kameralnie, tym lepiej. W Piwnicy pod Baranami jakoś mi poszło nieźle, ale na dużych salach, np. w Teatrze Wielkim, to była tragedia.
U.S.-K.: – Potem był stan wojenny. Nie zdążyli nas zwinąć. Ukrywaliśmy się i przez pierwsze cztery czy pięć miesięcy zakładaliśmy z Czesiem Bieleckim i Marysią – przyszłą żoną Czesia – wydawnictwo CDN; przygotowywaliśmy głównie lokale, skrytki, kooperantów – całą taką potrzebną do rozruchu przedsięwzięcia infrastrukturę. Tyraliśmy ostro przez trzy pierwsze miesiące stanu wojennego, w zasadzie od rana do godziny policyjnej.
CDN
– A maszyny? Przecież to podstawowa rzecz. Wydawnictwo musi mieć na czym drukować.
J.K.K.: – Na początku mieliśmy tylko jakiś powielacz białkowy. Związkowcom i sympatykom Solidarności udało się jednak wynieść i zakopcować na mieście trochę sprzętu. Doszła do nas wiadomość, że jakiś powielacz jest ukryty w piwnicy w blokowisku na Woli. Czesio Bielecki dostał od lokatorów klucz do kłódki i załatwił transport. Mieli to przewieźć związkowcy z Pogotowia Elektrycznego – ekipa do usuwania awarii. Pojechaliśmy na miejsce; okazało się, że to nie powielacz, tylko offset. Duży i ciężki jak wór węgla Gestetner. Związkowcy władowali go do samochodu pogotowia technicznego, dostali kartkę z adresem małego domku na Sadybie… I nagle powiedzieli: „Niech ktoś z nas wsiada z nimi”. W razie przypału powiedzą, że to nie do nich należy – ktoś ich złapał „na łebka”, żeby mu to przewieźli. Padło na mnie. Ruszyliśmy.
To były pierwsze tygodnie stanu wojennego, jakieś czołgi na mieście, patrole, zatrzymywanie samochodów, koksowniki na każdym rogu. Doskonała abstanowka dla tych, którzy lubią adrenalinę. Dojechaliśmy do Czerniakowskiej, kierowca nagle się zatrzymał; wskazał palcem wsteczne lusterko i powiedział do mnie: „Wysiadaj Pan z tym towarem, ktoś nas śledzi”. Okazało się, że to Czesio eskortował nas małym Fiatem. Ale strachu się najadłem. Potem trzeba było ten skarb zabezpieczyć. Łysy wykombinował skądś mistrza z wieloletnią praktyką. Pan… zapomniałem imienia… budował dla AK-a skrytki na broń, radiostacje; potem w Polsce Ludowej obsługiwał handlarzy walut, złota i naprawdę znał się na robocie. Był już starym człowiekiem; sam nie murował, musiał mieć czeladników. Pomagaliśmy mu we dwójkę: ja i mój młodszy przyjaciel Piotr Rackman, ksywa „Małolat”, który drukował na tej maszynie w Regionie i miał to robić potem u nas. Na czym polegała skrytka, zamilczę. Licho nie śpi i nadal nie wszyscy moi rodacy muszą o tym wiedzieć.
"Współzałożyciel" Tusk
U.S.-K.: – Bardzo nas zdumiało, gdy niedawno Janek dostał od przyjaciela telefon z pretensjami, żeby coś zrobił, bo w Wikipedii znajduje się informacja, że w czasie stanu wojennego Donald Tusk był współzałożycielem wydawnictwa CDN. Sprawdziliśmy i rzeczywiście taka informacja została dodana do życiorysu Tuska zaraz po wyborczym zwycięstwie koalicji spod znaku pięciu gwiazdek i tysiąca serduszek. Janek sądzi, że to przekłamanie czy nadinterpretacja i że nieporozumienie wynikło stąd, iż komuś pomyliło się pisemko „CDN”, które rzeczywiście wychodziło w Trójmieście na początku stanu wojennego, ale poza tytułem nie miało ono nic wspólnego z naszym wydawnictwem.
Źródło Wikipedii coś pokręciło. Czy był to przypadek, niechlujstwo czy usłużna hagiografia? Nie sposób orzec. Zadzwoniłam do Czesia Bieleckiego. Nie odebrał. Janek się w końcu do niego dodzwonił, ale co z tego. Czesio zgłosił pełne désintéressement. Jankowi też się nie chce tego sprostować. Mówi, że niezręcznie i może wyjść z tego wrażenie, że się starcy pokłócili o to, kto strzelał do Kutschery, a kto jedynie dał znak kapeluszem, by to uczynić. Obawiam się, że w efekcie informacja o Tusku – założycielu jednego z największych podziemnych wydawnictw stanu wojennego – zostanie wdrukowana przez Wikipedię w miliony mózgów i trwać w nich będzie do końca świata i o jeden dzień dłużej.
J.K.K.: – Nie wyzłośliwiaj się, Kubo. Rzeczywiście mi się nie chce. To powinien sprostować sam zainteresowany. Gdybym znalazł gdzieś swój biogram z informacją, że brałem udział w Powstaniu Warszawskim i na wózku inwalidzkim jeżdżę, bo mnie niemiecki czołg potrącił, to bym raczej sprostował. A gdybym w dodatku był absolwentem wydziału historii, to już na pewno bym tak postąpił. Po to, by nie robić ludziom wody z mózgu, a samemu nie narażać się na śmieszność. Odwiodło nas chyba od tematu przez tego Tuska.
Jakub Broniec
– Co było z Wami potem?
U.S.-K.: – Potem…? Dużo rzeczy się działo. Radio Solidarność nadało pierwszą audycję i podczas niej poleciała zaśpiewana przez Janka piosenka „Ostatnia szychta na KWK «Piast»”. Świetny, dramatyczny tekst Jakuba Brońca, opowieść przedstawiająca realia klęski widziane z perspektywy uczestnika przegranego grudniowego protestu. Bez zbędnego patosu, zdominowana żalem i bezsilnością kogoś, kto wie, że przegrał, lecz w klęsce stara się nie zatracić godności. I to wszystko opowiedziane z taką dbałością o konkret, szczegół, kopalniane realia, że wielu ludzi podejrzewa, że autorem musi być ktoś ze strajkujących górników. Trudno było znaleźć tekst lepiej oddający nastroje, które dominowały w pierwszych miesiącach stanu wojennego.
– Kim był Jakub Broniec?
J.K.K.: – To był jego pseudonim artystyczny. Powiedział mi, że w stanie wojennym posłużył się pseudonimem wujka z Szarych Szeregów. Naprawdę nazywał się Jan Zazula, wśród przyjaciół miał ksywę Jaśko. I tak się często przedstawiał. Nie był górnikiem, tylko fizykiem teoretycznym; mieszkał w Krakowie, chodził po górach, grał na trąbie, pisał świetne teksty. Odnalazł mnie, gdy wyszedłem z interny po tym przypale z „Ostatnią Szychtą”, dał mi plik tekstów i upoważnił do zrobienia z nich stosownego użytku. Co uczyniłem. Przedtem go nie znałem. Na tekst „Ostatniej Szychty” trafiłem na jakiejś ulotce w pierwszych miesiącach stanu wojennego… chyba w styczniu. Skleciłem melodię, nagrałem piosenkę na jakimś przypadkowym kaseciaku.
Następnego dnia spotkałem na mieście Zbyszka Romaszewskiego, który też się ukrywał. Prócz sfałszowanego przez Tomka Michalaka dowodu osobistego dałem Zbyszkowi kasetę z „Ostatnia Szychtą”, żeby ją sobie odsłuchał. O tym, że razem z Zośką zakładają podziemne radio, nie miałem zielonego pojęcia. Do momentu, gdy w trakcie audycji rozpoznałem głos Zosi. A Jakub Broniec wyjechał na stypendium naukowe do jakiegoś niemieckiego instytutu. Potem był we Francji i w Szwajcarii. Zginął w masywie Mont Blanc w lawinie seraków [duży blok lodu znajdujący się na lodowcu – przyp. red.].
Spryt bezpieki
– A jak to było z tą wpadką? Gdzie Was zwinęli?
U.S.-K.: – Jak to gdzie? W łóżku. O szóstej zwykle człowiek śpi, goły jak turecki święty i jak zwykle… któryś raz z rzędu… Budzisz się, a tu pokój pełen łapsów… a tym razem w dodatku dzielnych wojaków z kałachami – bo stan wojenny. Stoją nad łóżkiem, gapią się… Dla kobiety to bardzo niekomfortowa sytuacja. A uściślając, to w jednym z mieszkań, w których się melinowaliśmy. U Sławka Bobuli. I tym razem, o ile pamiętam, spaliśmy na materacu na podłodze, bo drugiego wyrka w mieszkaniu nie było. Po tej audycji Radia Solidarność ustaliliśmy z Łysym – taka była ksywa Bieleckiego – że Janek ma zakaz opuszczania okrętu. Z powodu tej audycji bezpieka mogła przypuszczać, że ma coś wspólnego z inicjatywą Romaszewskich. W końcówce karnawału był dość aktywny i po tych pośpiewankach na strajkach studenckich znało go, choćby z widzenia, sporo ludzi, w tym również tajniaków. Jeśli nadal będzie latał po mieście, załatwiając nasze interesy, to węszący za radiem ubecy go przyskrzynią. Do radia się przez to nie dobiorą, ale przy okazji mogą skaleczyć nasze wydawnictwo, zanim jeszcze zacznie na serio funkcjonować.
– Posłuchał Was?
U.S.-K.: – Tak. Daliśmy mu nawet zajęcie, żeby się nie nudził. Miał przygotować do wydania teksty swoich piosenek z chwytami gitarowymi. Wysiedział tydzień czy dziesięć dni, zaczął się wiercić i… Skończyło się tak, jak było do przewidzenia…
J.K.K.: – No dobra – przepraszam, że przerwałem. Logicznie biorąc, mieliście rację. Ale zastanów się, jak długo miałem nie wychylać nosa z tego mieszkania „Pasiastej”? Czekać, aż bezpieka zwinie Romaszewskich, zbierze materiały śledcze i się ode mnie odczepi? A może do końca stanu wojennego? Do amnestii? Do końca komuny – w który nikt wówczas na serio nie wierzył? Jeśli ma się trochę kasy, jakieś środki na przetrwanie, przyjaciół, słowem… co jeść i gdzie spać, to ukrywanie się nie jest wielkim problemem… no… może pewną niewygodą. Ale pod jednym warunkiem: wtedy, gdy jesteś aktywna i nie rezygnujesz z tego, czym jako wolny człowiek się zajmowałaś. Bierne ukrywanie się dewastuje psychicznie. Człowiek staje się więźniem własnego strachu. To są przemyślenia z własnych doświadczeń. Po marcu 1968 roku oboje ukrywaliśmy się przed gliną przez pół roku.
U.S.-K.: – Posłuchajcie dobrej rady wujka Janka: Złodziej, gdy się ukrywa, powinien dalej kraść. Konspirator konspirować. Lepiej dać się od razu zamknąć, niż trwać w kryjówce ze strachu przed zamknięciem. A tak na serio to on ma rację, ale za wcześnie wylazł na miasto.
J.K.K.: – Tę pierwszą audycję Radia Solidarność bezpieka zlekceważyła. Pomimo tego, że musiała o niej wiedzieć, bo na mieście krążyły ulotki z jej zapowiedzią. Nie namierzyli nadajnika i nawet nie próbowali audycji zagłuszać. Podejrzewam, że nie przewidzieli dwóch rzeczy: tego, że emitowana była w paśmie UKF i takim zasięgu. A zasięg emitera zaskoczył wszystkich, z konstruktorem nadajnika włącznie. Ale potem wzięli się na serio do roboty. Wypada przyznać, dość sprytnie.
Żeby wywabić mnie z nory, podsunęli mi, by tak rzec, spersonalizowaną przynętę. Wiadomość od faceta, który pracował w biurze Regionu Mazowsze jako operator szybkich kopiarek kasetowych (daru od jakiejś francuskiej centrali związkowej). Gościa znałem z widzenia. Informował, że udało się uchronić przed rekwizycją jedną kopiarkę. Jak przyniosę upoważnienie z podpisem Bujaka, to mi ją wyda. Podziałało. Jakieś gadżety do charakteryzacji podrzucili mi zaprzyjaźnieni aktorzy z Teatru Dramatycznego, który w czasie karnawału wystawiał spektakl z moimi piosenkami. Przykleiłem sobie wąsy, przywdziałem pierwszy raz od matury dwurzędową marynarkę, ruszyłem na miasto. Gdy wysiadałem z tramwaju, jakiś chłopak w studenckiej czapce klepnął mnie w ramię i powiedział: „Ale przywaliłeś!”. No, niedobrze – pomyślałem i natychmiast zawróciłem. Trzeba było inaczej.
Obserwacja była perfekcyjna
Pożegnaliśmy się z żalem z „Pasiastą”, u której mieszkało nam się bardzo dobrze, i przenieśliśmy się do Sławka Bobuli. Sławek miał samochód i zaczął mnie wozić, żebym się nie szwendał po mieście. Pojechaliśmy do faceta od kopiarki. Ma nie zawracać d*py, żadnego kwitu od Bujaka nie dostanie, co najwyżej pokwitowanie z moim podpisem. Lepiej niech poda miejsce i godzinę do odbioru maszynki. Zaczął się wahać, czy może ją wydać; musi przekazać, komu wydaje… Umówiliśmy się na następne spotkanie. Wreszcie się zgodził. Do odbioru mieliśmy dwa dni. Trzeba było znaleźć bezpieczne miejsce na przechowanie maszynki. Kolejny dzień jeżdżenia po mieście. Obserwacja była perfekcyjna. Gapiłem się cały czas we wsteczne lusterko, wieczorami sprawdzałem, czy wokół mieszkania Sławka nic się nie dzieje. Nic niepokojącego. A wydawało mi się, że mam spore doświadczenie. Na ogół potrafiłem się dość szybko zorientować, że jestem śledzony. Ale to były doświadczenia kogoś, kto ani nie miał samochodu, ani nie poruszał się nim po mieście. Musieli użyć bardzo dobrej ekipy z kilkoma samochodami, a obserwację naszej chwilowej meliny u Sławka odpuścić.
Potem okazało się, że zlokalizowali większość miejsc, które odwiedziliśmy, choć nie wszędzie za nami trafili. By nas nie spłoszyć, na klatki schodowe czy do windy za nami nie wchodzili. I potem dopiero robili rewizje w mieszkaniach, które wydały im się podejrzane. Straty w sprzęcie były niewielkie. Zwinęli kserokopiarkę, maszynę do pisania, kilka szpul taśmy magnetofonowej. Znacznie później dowiedziałem się, że operator kopiarki miał chorego dzieciaka, jakieś możliwości leczenia w Szwecji, starał się o paszport. Dostał propozycję nie do odrzucenia. Wstrzymuję się od osądu, bo nigdy nie byłem w takiej sytuacji. Nie miałem dziecka.
Skarga do WRON
– Wylądował Pan w areszcie czy w internacie?
J.K.K.: – Początkowo trudno się było połapać. Zawieźli mnie do Pałacu Mostowskich, odmówiłem jakichkolwiek zeznań, zwieźli mnie na dołek, do celi, w której mieli agenta. Agent przedstawiał się jako złodziej diamentów, znał doskonale środowisko zakopiańskie, przemytników od złota (taką legendę wkleili kapusiowi z powodu rozpracowania mojej osoby w „procesie taterników”). Kolejne audycje podziemnego radia nadawane były co tydzień. Niestety, zaczęły być bardzo skutecznie zagłuszane. Mobilne pelengatory namierzały orientacyjną lokalizację nadajnika. Margines błędu był spory: kilka bloków mieszkalnych, wycinek ulicy. Bezpieka zatrzymywała mieszkające w tym rejonie osoby, które wydawały się podejrzane. Agent miał obserwować, czy się znamy.
Kto padał ofiarą tych czterdziestoośmiogodzinnych aresztów wydobywczych? Podam przykłady: krótkofalowiec albo radioamator – mieszka na jedenastym piętrze. Albo docent – pracował kiedyś w Instytucie ze Zbyszkiem Romaszewskim. Student – wlazł na dach wieżowca, twierdzi, że chciał się opalać. Takie kryteria. Szło im to śledztwo jak orka na ugorze, a ja, korzystając z okazji, mogę teraz podziękować młodemu (wówczas) chłopakowi, który udawał ciężko przestraszonego, ale zdołał w sposób nadzwyczaj dyskretny przekazać mi wiadomość, że Kuba nie siedzi, tylko melinuje się w szpitalu Przemienienia na oddziale mamy Janka Walca i że nic złego się z nią nie dzieje.
Odsiedziałem na Mostowie cztery dni, byłem prawie pewien, że mam sankcje, ale nagle przewieźli mnie na Białołękę, do obozu dla internowanych. Po czym, po trzech dniach, znowu mnie stamtąd wygarnęli i zapuszkowali w tej samej celi w areszcie Komendy Miasta. Był tam oczywiście „złodziej diamentów z Zakopanego”. Widocznie czekali, aż odłowią kolejnych podejrzanych o konszachty z Radiem. I rzeczywiście – zaczęli ich podstawiać do rozpoznania. Wyglądało na to, że będą mnie „wypożyczać” z internatu na każdy weekend, dopóki Radio będzie nadawać. Poprosiłem o coś do pisania, bo chcę złożyć oświadczenie. Trochę ich oszukałem, bo napisałem skargę do Wojskowej Rady Ocalenia Narodowego, donos właściwie, traktujący o tym, że doszło do jawnego pogwałcenia postanowień Dekretu o stanie wojennym, według których osoba internowania powinna przebywać w Ośrodku dla internowanych, a nie w areszcie Komendy Miasta. Pomogło.
Chyba nie czekali na odpowiedź. Po godzinie zabrali mnie na Białołękę. Ale tym razem nie tam, gdzie byłem przedtem, tylko do Pawilonu Czwartego, w którym siedziała Krajówka. Nie wiem, czy tak… po złości, czy dlatego, że trudniej było tam o kontakt z miastem. W Pawilonie siedziało się jak w normalnym więzieniu, tyle że towarzystwo było doborowe. Zakwaterowali mnie w celi z Heniem Wujcem i Januszem Onyszkiewiczem, a po sąsiedzku siedział Jacek Kuroń i… już zapomniałem kto. Można sprawdzić na zdjęciu, które udało mi się wyreżyserować i pstryknąć dzięki temu, że na spacerniak wyprowadzali nas razem z lokatorami z sąsiedniej celi.
W kraju po raz pierwszy zdjęcie ukazało się w albumie wydanym przez CDN, w którym zatytułowane zostało „Pięciu Wspaniałych”. Potem na okładce anglojęzycznego „Newsweeka” i w dziesiątkach gazet na całym świecie. Wyszło świetnie. W kadrze zmieściły się rekwizyty zniewolenia – mury i siatka odgradzająca spacerniak od reszty świata – a przywódcy związkowi nie wyglądali na załamanych więźniów i rzeczywiście przypominali bohaterów z westernu Johna Sturgesa. Prawdziwe zdjęcie ku pokrzepieniu serc. Dzięki niemu mam poczucie, że warto było odsiedzieć te parę miesięcy na Białołęce.
Autorstwo
– Był Pan autorem tego zdjęcia?
J.K.K.: – Nie. Co najwyżej pomysłodawcą i wykonawcą. W tym wypadku należałoby stosować prawnokarną formułkę: „Działając wspólnie i we wzajemnym porozumieniu”.
U.S.-K.: – Dodam do tego swój przysłowiowy – na szczęście jeszcze nie wdowi – grosz. Janek napisał mi w grypsie, żebym podesłała na Białołękę jakiś mały aparacik fotograficzny. Komórek ani cyfrowych małpek wtedy na świecie nie było. Nikt z przyjaciół niczego pasownego nie miał. Poszłam do Joanny Jaraczewskiej – przyszłej żony Onyszkiewicza. Powiedziała, że coś wykombinuje. A co do praw autorskich, to w przypadku fotografii reguła jest prosta. Powstają automatycznie w momencie zrobienia zdjęcia i należą do tego, kto nacisnął wyzwalacz migawki. Tyle że oboje z Jankiem uważamy, że w przypadku nielegalnie wykonanych zdjęć z więzienia takie kryterium jest absurdalne i wręcz nieuczciwe. Dodam od siebie, że każdy, kto przypisuje sobie autorstwo tego zdjęcia, popełnia grzech pychy. A jeśli w dodatku odniósł z tego tytułu jakieś korzyści finansowe, to jest nieuczciwy. Autorstwo jest w tym przypadku zbiorowe, należy do Związku, a beneficjentem powinna być jedynie Solidarność.
J.K.K.: – Okoliczności, w jakich negatyw trafił na Zachód, nie są do końca jasne, ale zostawmy to, bo znowu się zaczną klasyczne u kombatantów kłótnie o to, kto miał jaki udział w zamachu na…
Czuliśmy się zwierzyną łowną
– I co było potem, gdy Pana wypuścili?
J.K.K.: – Na prośbę Jacka Kuronia pojechałem do Łodzi, żeby przesłać mu informacje o zdrowiu jego żony, która leżała na oddziale Marka Edelmana. Przesłałem Jackowi gryps z listem od Gajki i pojechałem do pasieki.
U.S.-K.: – Mieliśmy wtedy ponad sześćdziesiąt uli i odkąd Janka wyrzucili z pracy w Akademii, sprzedaż miodu stanowiła dla nas główne źródło utrzymania. Było naprawdę sporo roboty i gdy Janek siedział, a ja wyszłam ze szpitala, pomagał mi Sławek Bobula. Jeździliśmy razem do pasieki, a ubecka ekipa, stale w tym samym Fiacie o numerach, które znaliśmy na pamięć, odprowadzała nas do granic województwa. Nigdy dalej. Taka widać była pragmatyka służbowa. Na miejscu lokalna bezpieka zadbała o założenie nam wsiowej obserwacji: w sąsiadującym z pasieką popegeerowskim budynku zainstalowali złodziejaszka, który miał mieć na nas baczenie, a koło łowieckie komendy MO w Olsztynie wynajęło tam osobny pokoik dla „myśliwych”.
Nic dziwnego, że czuliśmy się trochę zwierzyną łowną i traktowaliśmy jak idiotów naszych miejskich znajomych, którzy przyjeżdżali do nas z propozycjami typu: „Słuchajcie, tak tu u was spokojnie i cicho. Przyjęlibyście tu kogoś, kto się ukrywa, np. Zbyszka Bujaka?”.
J.K.K.: – Kuba nie zmyśla. Podała konkretny przykład. Sam to słyszałem. Ludzie kompletnie nie znają realiów wiejskich. Ukrywać się jest znacznie łatwiej w wielkim mieście. A partyzantka inna niż miejska – no może z wyjątkiem wysokich gór – też jest w obecnych czasach w zasadzie niemożliwa. Jesienią wróciliśmy do miasta, CDN zdążył wydać album ze zdjęciami z Białołęki w nakładzie, o ile pamiętam, tysiąca egzemplarzy i książeczkę z moimi piosenkami. Dołączone do nich były teksty piosenek, które wymyśliłem i przesłałem w formie grypsów z Białołęki. Miałem sporadycznie obserwacje i żeby nie narażać dzieciatych, nowe piosenki nagrała mi Małgosia Jaworska. W taki dość nietypowy sposób spędziłem w jej towarzystwie sylwestra.
Pamiętam ją także, kiedy zasłabła przy okazji nagrywania „Sentymentalnej Panny S.”. Nagrywaliśmy w mieszkaniu, które stało puste po śmierci jakiejś mojej dalekiej krewnej. Nagranie trwało trochę długo. Małgosia miała cukrzycę i źle się poczuła. Zbyt długo nic nie jadła, cukier jej zleciał. W mieszkaniu nie było kompletnie nic do jedzenia. Poleciałem na miasto po jakąś bułkę, w strachu, czy po powrocie zastanę ją przytomną. Na szczęście wszystko się dobrze skończyło. I to był pierwszy i jedyny raz, kiedy zaśpiewałem „Sentymentalną Pannę S.”. Jedyną osobą na świecie, która słyszała mnie śpiewającego tę piosenkę na żywo, była Małgosia w stanie bliskim hipoglikemicznej zapaści, w pustym mieszkaniu po zmarłej. Wszyscy inni znają mój głos tylko z kaset. Przyszła wiosna; wydawnictwo CDN działało i miało rozliczne plany. Przed wyjazdem do pasieki rozwiedliśmy się.
Rozwód odbył się kulturalnie
– Rozwiedliście się ze sobą?
U.S.-K.: – Nie. Z tym byłby kłopot, bo wtedy nie byliśmy jeszcze małżeństwem. Rozeszliśmy się z CDN-em, to znaczy z Czesiem Bieleckim.
– Dlaczego odeszliście z CDN-u?
J.K.K.: – Każde z nas miało trochę różne powody. Bieleckiemu zależało głównie na druku i zaczęło być jasne, że do produkcji kaset nie przywiązuje i nie będzie przywiązywał większego znaczenia. W dodatku wdał się w bardzo ryzykowne naszym zdaniem przedsięwzięcie – jakąś akcję agitprop nakierowaną na wojsko. Wściekłem się i powiedziałem mu, że wydawnictwu nie jest potrzebne zainteresowanie kontrrazwiedki całego Paktu Warszawskiego, a ja za ewangelizowanie trepów z LWP nie mam zamiaru nawet tygodnia w pierdlu odsiedzieć. Niech się w to wkręca sam, tylko uważa, bo może wypaść dłużej niż tydzień. Jak się okazało, niestety, miałem rację.
To była jedyna awantura; co zaś do samego rozwodu, to odbył się bardzo kulturalnie. Podzieliliśmy lokale: zostali ze mną ci, którzy pracowali przy edycji pierwszej kasety, drobne środki, które wpłynęły z kolportażu i logo z małą modyfikacją. Ustaliliśmy z Łysym, że nadal działamy pod szyldem „Oficyna Fonograficzna CDN”. Kolportaż mamy osobny, finanse również. On się nie wtrąca do nas, my do niego. Ubecja niech się głowi nad tym, czy chodzi o jedno, czy o dwa wydawnictwa. Rozstaliśmy się w przyjaźni. Nie pamiętam dokładnie, czy nad tekstem „Małego Konspiratora” pracowaliśmy we trójkę przed czy po rozwodzie.
U.S.-K.: – Nadal się przyjaźnimy. Ostatnio nawet różnice w sympatiach politycznych specjalnie nas nie skłóciły. Cieszę się z tej naszej wspólnej przygody przy zakładaniu wydawnictwa. Odeszłam bez żalu, w poczuciu, że CDN został w zasadzie zorganizowany i da sobie beze mnie radę. Jankowi w interesie kasetowym też już nie musiałam pomagać; miał innych pomocników. Wróciłam do tego, czym zajmowałam się przedtem – do prowadzenia filii Latającej Biblioteki. Do moich dzieciaków z warszawskich szkół i uczelni.
J.K.K.: – Kuba prowadziła ten interes od 1977 roku. Z rezultatem. Kilkoro z jej podopiecznych miałem okazję spotkać na spacerniaku w Białołęce.
Oficyna
– O Oficynie Fonograficznej CDN niewiele wiadomo.
J.K.K.: – Niewiele? Prawie nic. Nie licząc bredni, którą ktoś nakarmił sztuczną inteligencję. Trochę w tym mojej winy. Po transformacji Łysy zaproponował mi, żebym coś napisał o początkach wydawnictwa i o oficynie, ale odmówiłem. Nie podobało mi się to, że opracowanie historii CDN-u zlecono facetowi za pieniądze ludzi z CDN-u. Podejrzewałem, choć dotąd pewności nie mam, czy nie głównie za pieniądze Łysego. Wydało mi się to receptą na zlecenie hagiografii czy panegiryku. Odmówiłem. Facet zebrał relacje kooperantów i na nich oparł swe dzieło. Nudne jak większość wspominków o opozycji. Czy rzetelne? Nie wiem, pozostawiam ocenę historykom. W każdym razie zrobił na tym doktorat. Morał z tego taki, że jakby komuś chciało się opracować historię Oficyny Fonograficznej CDN, to… no może nie na doktorat, ale na magisterium ma gotowca. Z tym że ja nadal – z powodów podanych powyżej – za to zapłacić nie zamierzam.
– Opowie Pan kilka słów o Oficynie, zanim chętny się znajdzie?
J.K.K.: – Trudno w kilku słowach zamknąć to, co wypełniało miejską część mojego życia – okresy od późnej jesieni do wczesnej wiosny – spędzane przez nas w mieście – kiedy to główna moja opozycyjna działalność dotyczyła Oficyny. Wydaliśmy trochę ponad 20 tytułów, w sumie trochę ponad 20 tysięcy egzemplarzy. Jak na kilka lat to mizerny rezultat. Tempo było ślimacze, gdyż stały problem stanowiły zdobywanie kaset i brak kapitału obrotowego. Zmuszeni byliśmy czekać, aż spłyną pieniądze z kolportażu. Często otwierała się okazja na kasety, a my nie mieliśmy pieniędzy albo odwrotnie – one były, ale nie mieliśmy skąd wziąć kaset. Po zamordowaniu przez ubeków księdza Jerzego Popiełuszki było ogromne zapotrzebowanie na jego kazania.
To był jedyny raz, gdy wystąpiliśmy o pożyczkę z Funduszu Kultury Niezależnej. Pożyczyliśmy milion, nakręciliśmy pięć tysięcy kaset, zwróciliśmy pieniądze. Teresa Bogucka po otrzymaniu tego zwrotu sprawiała wrażenie osoby miło zaskoczonej takim obrotem wypadków. Pomagał nam także Mirek Chojecki. Wysyłaliśmy mu taśmy matki kolejnych edycji i negatywy okładek. Kasety nagrywane były w jego firmie Kontakt. Choj sprzedawał je spragnionym pamiątek z kraju emigrantom, kasował 10 dol. od sztuki, potrącał połowę na pokrycie kosztów własnych i resztę przesyłał w dolcach. Teraz wydaje się, że dużo tego nie było, ale zważywszy, że pensje w przeliczeniu rzadko przekraczały wówczas 20–30 dolarów, forsa od Choja łatała nam budżet i pozwalała kupować w Peweksie dobrej jakości taśmy, z których Makowscy robili matki. Choj przysłał nam także kilka zachodnich magnetofonów z dobrej jakości dźwiękiem i możliwością przegrywania kaset z opcjonalnie dwukrotnym przyśpieszeniem. Potem jeszcze sami dwa takie egzemplarze dokupiliśmy.
Od strony technicznej wyglądało to tak, że po pierwszych próbach korzystania z szybkiej kopiarki (już nie pamiętam skąd; przyjaciele w trakcie mojego pobytu na Białołęce ją zdobyli) ustaliliśmy, że nadaje się ona co najwyżej do jakiegoś ględzenia, ale na pewno nie do piosenek. Kazania księdza Popiełuszki, w trosce o jakość, przegrywaliśmy też wyłącznie na dobrych magnetofonach. Trwało to długo, ale z rezultatów byliśmy zadowoleni. Powielaczy taśm zwaliśmy „krętaczami”. Byli oni płatni. Szlaki zostały przetarte przez Chojeckiego w Nowej, który odkrył, że bez płacenia drukarzom poważne podziemne wydawnictwo nigdy nie powstanie. Ludzie muszą przecież z czegoś żyć. Autorom płaciliśmy tantiemy, chyba że ktoś, tak jak Jacek Kaczmarski w kraju, z nich zrezygnował.
Oficyna przetrwała do końca komuny w zasadzie bezawaryjnie. Raz tylko bezpieka wywęszyła nasze, zakopcowane w pustym mieszkaniu kasety. Głównie czyste, w sumie z tysiąc sztuk. Zrobili kocioł, czekali wewnątrz tydzień, nikt się nie zjawiał. Zaczęło im się nudzić i wyszli pewnie na piwo, bo gdy w pewnym momencie wdepnął tam Sławek, nikogo wewnątrz nie było. Sławek zorientował się, że ktoś grzebał w kasetach i się ulotnił. Tylko kasety przepadły. Takie małe jaczejki, dość hermetyczne, złożone ze starych przyjaciół z dodatkiem rodzin są dla policji politycznej najtrudniejsze do rozpracowania. Chyba że przez kolportaż. W kilku partiach wydaliśmy kolejne edycje moich piosenek. Przyśpiewki internowanych ze Strzebielinka, dwie edycje piosenek Jacka Kaczmarskiego, piosenki Jacka Kleyffa, Stefana Brzozy, Tadeusza Sikory, Antoniny Krzysztoń, Teatr Ósmego Dnia i… jeśli kogoś przegapiłem, to przepraszam, ale… gdy myślę o Oficynie, to nie o nakładach, wydanych pozycjach czy buchalterii.
To wszystko zostawiam dla historyka. Myślę tylko o przyjaciołach, z którymi byliśmy wtedy razem. Oni już nie żyją. Nam też już niewiele czasu zostało… i to o nich powinienem przede wszystkim opowiedzieć. O Sławku Bobuli, który – gdy mnie u niego nakryli – był studentem medycyny, a przez ten czas, gdy funkcjonowała Oficyna, zdążył zdobyć dyplom, ukończyć specjalizację i pracować jako diagnosta w Szpitalu Onkologicznym na Wawelskiej. Potem, w tzw. wolnej Polsce, jako szef firmy Altmaster zrobił mi prezent w postaci przełożenia moich piosenek na zapis cyfrowy i wydania ich na płytach CD, co na pewien czas uchroniło te piosenki od totalnego zapomnienia. Sławek powtarzał, że na przykładzie naszej Oficyny nauczył się prowadzić kapitalistyczną firmę, mimo iż działo się to w otoczeniu komunistycznej zgnilizny.
Jan Bartyś
I o Jasiu Bartysiu, którego życie strasznie doświadczyło, odbierając mu w wieku sześciu lat zdolność chodzenia. Uboczne skutki szczepionki przeciw chorobie Heinego-Medina w jego przypadku okazały się gorsze niż paraplegia. Prócz nóg niewładne miał także ręce. Chwytny – jeśli można to nazwać chwytnością – pozostał mu jedynie opadający grawitacyjnie kciuk prawej dłoni. Pisał na maszynie, trzymając w zębach gumowy pręt. Do „ręcznego” pisania używał innego, także trzymanego w zębach grafitowego ołówka z gumką. Poruszał się na wózku inwalidzkim, który zwał rydwanem, a na którym bracia albo przyjaciele wnosili go na drugie piętro, bo nie było windy.
Miał kochaną mamę, trzech braci, siostrę i bandę przyjaciół. Ukończył prawo, pływał po Mazurach na pychówce z zaburtowym silniczkiem, prowadził kolejno dwie firmy polonijne, kolekcjonował białą broń, samowary i zegary ścienne, grał na wyścigach, palił, klął i upijał się, ale tylko w soboty. Prowadził księgowość Oficyny i zawiadywał częścią kolportażu. Kochał ludzi i ludzie go kochali. Wychował bratanka, który pomagał nam w Oficynie i z którym dotąd nadal się przyjaźnimy. Kiedyś zwierzył mi się, że przerażała go perspektywa aresztowania:
„Co bym zrobił, gdyby jakiś skurwysyn zrzucił mnie z rydwanu? Musiałbym pełzać”
– powiedział.
Od tej pory jeszcze bardziej staraliśmy się go chronić. Zrezygnowaliśmy z odwiedzin bezpośrednio z naszego mieszkania. Mieszkał zbyt blisko, by móc ocenić, czy nie jest się obserwowanym. Oficyna to w moim pamiętaniu głównie oni. Przyjaciele, którzy odeszli. Zasługują na więcej niż na kilka słów zdawkowego napomknienia…
Postać dość odrażająca
– Różnie można wspominać przeszłość. Władze Radomia otwarcie rocznicowych obchodów Czerwca ’76 uświetniły „Potańcówką w stylu PRL-u”, na której leciwe ofiary represji mogły się poprzytulać do osiłków przebranych za zomowców. Jak to skomentować?
U.S.-K.: – Najkrótszy komentarz znalazł się pod zdjęciem wiceprezydent Marty Michalskiej-Wilk wdzięczącej się do zomitów [zomowców – przyp. red.] na tle hasła obchodów: „ZACZĘŁO SIĘ W RADOMIU”. Jakiś internauta napisał krótko: „I TRWA NADAL”. Nic dodać…
J.K.K.: – Wiesz co, Kuba… przepraszam, że przerwałem, ale Pani… jakaś tam Wilk… bo zapomniałem całego nazwiska… ani mnie specjalnie nie zdziwiła, ani nie oburzyła. Nie wiem, czy urodziła się w Radomiu, nie wiem, kim byli jej rodzice, kto uczył ją historii, jaki przekaz o represjach Czerwca do niej w życiu dorosłym dotarł… Broń Boże niczego nie sugeruję, po prostu nic poza tym, że jest aparatczykiem KO, o niej nie wiem. I jako aparatczyk jak w wierszu noblisty: „gromadę błaznów koło siebie mając”, wymyśliła imprezę „na pomieszanie dobrego i złego”. Spektakl, który od Okrągłego Stołu stale trwa. Raczej niecenzuralnie nazywam go „Pojednanie D*PY z BATEM”. Piszcie dużymi literami, żeby lepiej wybrzmiało.
Znacznie bardziej godna napiętnowania jest dla mnie niejaka pani Hetman… tym razem imienia zapomniałem – prezes Stowarzyszenia Ofiar Czerwca ’76. Postać dość odrażająca. To ona właśnie w imieniu ofiar zaakceptowała scenariusz imprezy, wdzięczyła się do tych ZOMO-przebierańców, później, gdy podniósł się szum, broniła potańcówki jak niepodległości, jeszcze później, po tym, jak szum narastał, z uwagi na stan zdrowia zrezygnowała z prezesowania… ale gremium ofiar uznało, że dla dobra Stowarzyszenia powinna reprezentować je nadal do końca obchodów 50. rocznicy wydarzeń… więc nagle zmieniła ton i zaczęła opowiadać o strasznych represjach, których doznała, próbując wpychać się wszędzie, gdzie ją chciano i gdzie jej nie chciano…
U.S.-K.: – Przestań się nad nią znęcać, Janek. Przecież wiesz, jak to działa. Stowarzyszenie jest w pełni uzależnione od samorządu. Raz na rok mają swoje pięć minut, wystawia się ich na pokaz jak paprotki, bo co roku obchodzona jest rocznica Czerwca. Poza tym czasem może jakaś wycieczka, lokal od miasta. Trwają tak, łaskawie tolerowani. I tyle mają swobody co AK-owcy w komunistycznym ZBOWiD-zie.
Osładzanie PRL-u
– Minęło pół roku. Kulminację obchodów i okrągłą rocznicę mamy już za sobą. Kto, patrząc z perspektywy czasu, na tym zyskał, a kto stracił?
J.K.K.: – Za krótko, by orzec. Nie wiem, jak Kuba, ale ja czuję się przegrany. Po raz trzeci nasze życiowe ścieżki zderzyły się z czymś, co wydarzyło się w Radomiu i przeciw czemu próbowaliśmy się awanturować. Liczyliśmy z przyjaciółmi na to, że korzystając z naszych kontaktów z Radomiakami, uda nam się nakręcić jakąś sporą akcję protestacyjną. Wywiesić billboardy, zasypać miasto ulotkami, zdjęciami miejskich notablic – pozwolę sobie po raz pierwszy na użycie feminatywu – tulących się do ZOMO-przebierańców.
Mieliśmy gotowca: Zdjęcia „ofiar Czerwca” gapiące się na inscenizowane sceny pałowania – całą tą pornografię polityczną opublikowaną jako dokumentacja imprezy. Wszystko na wyciągnięcie ręki. Bez słów, samymi obrazkami, które tamci sporządzili, można było ich kompromitować. Trzeba było tylko grzać temat, póki świeży. Może przygotowałoby to grunt pod referendum, pomogło podważyć wszechwładzę KO choć w jednym mieście? No i co… Para poszła w gwizdek. Takich rzeczy nie da się organizować przez telefon. Gdybym poruszał się na własnych nogach, a nie na wózku… i miał trochę więcej energii, to może coś…
U.S.-K.: – Dla Janka jak zwykle: szklanka jest w połowie pusta. Rozumiem jego reakcje, tym bardziej że od jakiegoś czasu towarzyszy mi przypuszczenie graniczące z pewnością, że nie tylko władze Radomia chętnie urządziłyby w swoich miastach podobne widowiska. Osładzanie obrazu PRL-u, przemilczanie komunistycznych zbrodni, apelowanie, by ofiary pojednały się z oprawcami bez wcześniejszego wyznania win i zadośćuczynienia – wszystko to trwa nieprzerwanie od Okrągłego Stołu czy raczej od fraternizacji z czerwonymi w Magdalence. No i ostatecznie zaowocowało tym groteskowym balem. Zastanawiam się czasem, czy w zamyśle władz nie był on – a raczej reakcja, jaką wywołał – ostatecznym sprawdzianem tego, czy społeczeństwo jest już całkowicie zmanipulowane i można posunąć się jeszcze dalej. Ciekawe, jak oni to oceniają.
Dodatkowo uważam, że dobrze się dzieje, gdy pewne słowa tracą w języku codziennym swe emocjonalnie obojętne znaczenia i nagle nabywają nowych, zawierających w sobie cały zbiór naładowanych emocjami znaczeń. Tak jak kiedyś określenie „ścieżki zdrowia” przestało kojarzyć się z rekreacją na świeżym powietrzu i wywoływać zaczęło łańcuch skojarzeń takich jak: Radom – policyjny terror – bicie bezbronnych, tak teraz „bal z ZOMO” służyć będzie jako groteskowy symbol tego, co Janek nazywa pojednaniem tyłka z… Łatwiej się będzie dogadać z tymi, co zaczynają myśleć podobnie.
J.K.K.: – Kuba jest taką optymistką jak mój kolega z gór, o którym krążyła opowieść, że gdy wisiał na asekuracji po odpadnięciu ze ściany, krzyknął do partnera: „Wybiłem sobie oko”. A po chwili pocieszył go: „To nic, mam drugie”.
"Struktury" zrobiły w portki
– Mówił Pan o trzech Waszych zetknięciach z Radomiem. Cofając się do prehistorii, drugie to akcja pomocy w ’76 roku, a trzecie?
J.K.K.: – Dajmy sobie spokój z numeracją, bo się pogubimy. Licząc wspak, przed balem był protest pod radomskim więzieniem, w którym koalicja pięciu gwiazdek i tysiąca serduszek zapuszkowała Mariusza Kamińskiego. Ja byłem tam właściwie tylko raz, częściej w Przytułach pod Ostrołęką, gdzie siedział drugi głodówkarz – Maciek Wąsik. Kuba ma więcej do opowiedzenia, bo z grupką naszych przyjaciół odstała tam bite dwa tygodnie.
Wspomnę jedynie o tym, jak bardzo zaskoczył mnie stosunek lokalnych działaczy PiS do tego zdarzenia. Tak zwanych struktur. Gdybym był taką „strukturą” i w moim mieście pojawiłaby się grupka ludzi, która spontanicznie, bez niczyjego wezwania, skłonna jest stać na mrozie przez dwa tygodnie w proteście przeciw bezprawiu, to pomyślałbym, że z nieba mi spadli. Nagle, bez mojego udziału, narodził się jakiś ruch oddolny. Na tych ludzi trzeba chuchać i dmuchać, przygarnąć, otoczyć opieką, bo jutro mogą być potrzebni do czegoś, czemu sam nie sprostam, nie udźwignę. A tam była nieufność, niechęć. Niemal wrogość.
U.S.-K.: – No nie. Bądź sprawiedliwy. Suski przyzwoicie stał każdego wieczoru. Odstał swoje w tej swojej czapce uszance. Jego również nie wypłoszyły mrozy, zadymki czy śnieg z deszczem.
J.K.K.: – Może i odstał. Ja mówię o tym, co było potem. Raz już zresztą oboje to przerabialiśmy. Na naszym podwórku. Tu, w Szczytnie, ktoś nas poprosił, żebyśmy pomogli zredagować ulotkę przed jakimiś wyborami. Ulotka wydała nam się beznadziejna, napisaliśmy własną. Spotkaliśmy się z lokalnymi działaczami, żeby im ją przekazać. I po chwili odnieśliśmy wrażenie, że „struktury” zrobiły w portki. Natychmiast pewnie zaczęli kombinować, czy ktoś przypadkiem im nie podesłał jakichś podejrzanych ludzi, obgadają ich, gdzieś, naskarżą na nich, że agitki napisać nie potrafią, może wygryźć spróbują… Smród się rozszedł na kilometr.
U.S.-K.: – Daj spokój, przecież wiesz, jak tu jest w tym miasteczku. Uczelnia, która zawsze wychowywała swoich: całe rodziny, dziś nazywa się „policyjna”. Stare Kiejkuty obok. Miejscowa celebra…
J.K.K.: – A co to ma wspólnego z Kiejkutami? Przecież to byli działacze PiS-u. Te struktury. Całe szczęście, że stanie pod więzieniem pokazało mi również, ilu jest naprawdę wspaniałych ludzi, którzy niczego nie chcą, nie kombinują, żeby budować na tym jakieś kariery. Po prostu, gdy się wk***ią, czują, że muszą coś zrobić. I robią. Bardzo łatwo obśmiewać, że przyszły babcie z krzyżem, a tam byli… Spotkałem na przykład dwoje starszych ludzi, którzy dzień w dzień przyjeżdżali pod więzienie w Przytułach z Bartoszyc, spod ruskiej granicy, trzema kolejno autobusami, bo nie mieli samochodu. Świetni ludzie. To tak ku pokrzepieniu serc.
Pełne poczucie bezkarności
– Mają Państwo kontakt z osobami, którym pomagaliście po represjach w 1976 roku?
U.S.-K.: – Nie. Przecież nikt z nas się w Radomiu nie przedstawiał. Pomogliśmy tym ludziom przetrwać te kilka pierwszych najtrudniejszych dla nich miesięcy. Potem była amnestia, aresztowani wrócili do swoich rodzin, pobici jakoś się pozbierali, ktoś znalazł w końcu pracę, ktoś wyjechał, ktoś umarł. Miasto wracało do starej biedy. My po latach też nie pamiętamy ich adresów, nazwisk, twarzy. No… może z małymi wyjątkami. Ja na przykład zapamiętałam personalia i dramatyczną historię chłopca bestialsko pobitego przez milicję…
Kilka lat temu skontaktował się ze mną prokurator IPN. Wznowione zostało śledztwo; prosił, żebym złożyła zeznania. Przy okazji opowiedział mi, jak wyglądały rozprawy, w których oskarżał. Cóż z tego, że IPN-owscy prokuratorzy przedstawiali twarde dowody, relacje ofiar i świadków. Winnych z reguły nie udawało się skazać. I oni doskonale o tym wiedzieli. Sprawcy nie przyznawali się do winy, kryli się wzajemnie, mataczyli. Mieli pełne poczucie bezkarności; kpili z ofiar, a nawet im grozili. A obok siedzieli ci, których te bydlaki kiedyś tłukły, a z których teraz mogli wyśmiewać się i szydzić. To była masakra.
Fotka z ZOMO
– Co to za historia z tym chłopakiem z Radomia?
U.S.-K.: – Nie lubię o tym opowiadać. Pozwólcie, że odgrzebię w necie i przeczytam fragment postu, który zamieściłam na platformie X. Adresowany był do wiceprezydent Michalskiej-Wilk i napisany bezpośrednio po tym, gdy dowiedziałam się o balu z ZOMO:
„[…] chłopiec, do którego dotarłam, był bardzo młody, prawie dziecko – cichy i nieśmiały. Nie brał udziału w proteście. Został zatrzymany całkowicie przypadkowo, gdy wracał ze szkoły. Nie bardzo wiedział, co od niego chcą. Nie odpowiadał na pytania. Przykutego do kaloryfera skatowali do tego stopnia, że miesiącami schodziły mu paznokcie ze stóp. Co prawda nie zrywali mu paznokci jak ich poprzednicy ze stalinowskiego UB, tylko celnie tłukli pałkami tam, gdzie najbardziej boli. Dotarłam do niego dopiero po paru miesiącach od tego zdarzenia. Oboje z matką byli kompletnie bezradni i przerażeni. Chłopiec w szoku pourazowym chował się pod łóżko, gdy w ich małym mieszkaniu zjawiał się ktoś obcy. Poranione stopy ropiały, nie chciały się zagoić i były w takim stanie, że konieczna okazała się pomoc specjalisty. I tu mam kilka pytań do pani wiceprezydent. Czy miałaby Pani dość śmiałości (lub bezczelności), by temu, obecnie już niemłodemu, mężczyźnie zaproponować zrobienie sobie fotki z ZOMO? A może zwróciłaby się Pani z tą propozycją do mnie, wtedy młodej kobiety, której do dzisiaj śni się nocą to, co przeżywała, jeżdżąc do Radomia”.
Na nas przecież również polowano. Nie mogliśmy posługiwać się zwykłą komunikacją. Najbezpieczniej dojechać dało się szosami, korzystając z tak zwanej okazji. Miasto, dworce obstawione milicją i tajniakami; trudno się było po nich swobodnie poruszać. Każde zatrzymanie mogło się skończyć tak jak w przypadku Mirka Chojeckiego, który został dotkliwie pobity na samym początku akcji pomocy w Radomiu. Baliśmy się, ale przecież nie można było tych skatowanych, bezbronnych ludzi zostawić samym sobie. Strach strachem, ale jeździć było trzeba.
– Czy przypadek tego chłopca to najbardziej dramatyczna historia, z jaką się Pani zetknęła?
U.S.-K.: – W pewnym sensie tak. Choć właściwie… każda ze zlecanych nam spraw to był jakiś dramat. Uwięziony ojciec, matka wyrzucona z pracy, niedożywione dzieci, zimne, niedogrzane mieszkanie. Beznadzieja i strach. Nieustanne wizyty tajniaków, którzy ostrzegali, żeby dać natychmiast znać, jeśli zjawią się u nich ludzie oferujący im jakieś pieniądze. To niemiecki wywiad; chce z nich zrobić szpiegów i zdrajców ojczyzny. Tak nas przedstawiano.
Bywało, że z tajniakami mijaliśmy się niemal w drzwiach. Mieliśmy często świadomość, że ci ludzie po prostu się nas boją; stanowimy dla nich zagrożenie, lecz mimo to korzystają z naszej pomocy, bo nie mają wyjścia. My z kolei nie mieliśmy powodu, by ufać bez reszty, że nas nie zdradzą. Trudno było przełamać te lody obopólnej nieufności i często nasze wzajemne relacje nie były zdominowane pozytywnymi emocjami.
Zaczęło się zupełnie gdzie indziej
– Byliście Państwo zapraszani do Radomia w rocznice wydarzeń Czerwca ’76?
J.K.K.: – No nie. Z jakiego tytułu mielibyśmy być zapraszani? W czerwcowym proteście nie braliśmy udziału. A w akcji pomocy… byliśmy tylko jak dwa trybiki w całej tej maszynerii. Jedni zbierali pieniądze, inni jeździli jako obserwatorzy procesów; nie wiemy, ilu takich jak my emisariuszy jeździło do Radomia. O Ursusie to w ogóle nic nie wiemy. Nam zwykle przypada coś tam powiedzieć o Radomiu z powodu „Szosy E-7”. Sami do tablicy się nie wyrywamy, bo to czasem wręcz głupio gadać o swoim jeżdżeniu, kiedy się wie, że na przykład Konrad Bieliński jeździł tyle samo co my, Kleyff jeździł… Każdy z nich ma swoją opowieść.
U.S.-K.: – Zosię i Zbyszka chyba zapraszano. Choć nie wiem, nie pytałam. W Radomiu jest ulica Romaszewskiego… A tym „ofiarom Czerwca” coś się w tym roku przypomniało: skołowali skądś namiar na mnie, zadzwonili z pytaniem, czy mogą do nas przyjechać, bo chcą nas na samo gęste tych obchodów zaprosić. Sprawdziłam, że to ludzie, którzy bawili się świetnie na potańcówce z zomowcami, i powiedziałam im, że każdego gościa, który przyjeżdża taki szmat drogi, zwykle zapraszam na filiżankę herbaty i pogadanie, ale nie ręczę za to, jak zachowa się Janek, bo on bywa nieobliczalny. Więcej nie dzwonili.
J.K.K.: – Ten czerwcowy protest był w pełni spontaniczny, nie było żadnej organizacji, przywódców, motywów innych niż ekonomiczne. To był odruch bezwarunkowy, samoobrona przed zepchnięciem w nędzę. Skuteczny, gdyż komuniści wycofali się z podwyżek. Brutalne represje, które potem nastąpiły, były równie spontaniczne, przypadkowe i nieprzemyślane jak sam bunt. Miały za zadanie spacyfikować, napiętnować Radom jako miasto warchołów, odstraszyć od naśladownictwa.
Kolejny odruch bezwarunkowy – tym razem w obronie monopolu komunistycznego wszech panowania. Czy skuteczny? Częściowo tak. Lokalnie wszystko poszło zgodnie z planem. Miasto zostało całkowicie spacyfikowane. Ludzie sparaliżowani strachem, bezsilni, niezdolni do jakichkolwiek form oporu czy choćby świadczenia sobie wzajemnej samopomocy. Komuchy nie przewidziały jedynie tego, że represje – nie bunt – tylko represje, które po nim nastąpiły, wywołają gdzieś daleko od Radomia lawinę działań, które doprowadzą w efekcie do implozji realsocjalizmu w wydaniu PRL. W tym sensie slogan „Zaczęło się w Radomiu” nie ma większego sensu. Zaczęło się zupełnie gdzie indziej.
U.S.-K.: – Myślę, że Stowarzyszeniu Ofiar Czerwca 76, którego cele statutowe są takie – pozwolicie, że zacytuję – „Udzielanie wszechstronnej pomocy (prawnej, materialnej, duchowej itp.) osobom biorącym udział w wydarzeniach czerwca 76 oraz ich rodzinom; Jak również pielęgnowanie pamięci historycznej o tamtych wydarzeniach ze szczególnym naciskiem przekazywania prawdy o tamtych dniach młodemu pokoleniu polaków” (pisownia oryginalna), niespecjalnie potrzebne są osoby, które robiły z grubsza to samo, tylko trochę wcześniej. Jest też coś, co nie najlepiej świadczy o nas, ludziach. Taka nasza ludzka przywara… Często unikamy tych, którzy pomogli nam w biedzie. Oni nam jakoś, mimo woli, samą swą obecnością przypominają czas, gdy byliśmy bezradni i sami nie mogliśmy sobie w życiu poradzić.
Człowiek nie wybiera czasu
– Naprawdę w Radomiu nie powstały żadne formy samoobrony po represjach? Jakaś opozycja?
J.K.K.: – Do czasów Solidarności o niczym takim nie słyszałem. A i Solidarność Ziemi Radomskiej, ta od Sobieraja, też zawiązała się relatywnie późno… chyba dopiero w połowie października ’80 roku.
U.S.-K.: – Janek Lityński próbował zorganizować jakąś komórkę oporu złożoną z ofiar czy może członków rodzin represjonowanych. Potem okazało się, że do tej jego czteroosobowej jaczejki bezpieka wkleiła trzech TW. Zgodnie z pragmatyką służbową nic jeden o drugim nie wiedział i nawzajem pisali na siebie donosy.
J.K.K.: – Naprawdę tam była pełna bezradność. Szybko zorientowaliśmy się, że o tym, że jesteśmy z jakiegoś KOR-u, często nie warto wspominać, bo o jego istnieniu mogli wiedzieć tylko ci, którzy słuchali Wolnej Europy. Lepiej było przedstawiać się jakoś ogólnikowo: „Wiecie, jacyś ludzie w Warszawie dowiedzieli się, że tu was prześladują, zebrali pieniądze dla was…”. Na samym końcu nie wiem, co oni o nas myśleli, co z tego wszystkiego do nich dotarło. Zapamiętałem moment, gdy wychodziłem z jakiegoś mieszkania. W ciasnym przedpokoju zastąpił mi drogę stary człowiek i cicho, by nie usłyszeli go inni domownicy, szepnął: „Wy jesteście od «Szarego»”.
– Podporucznik „Szary” – prawdziwe nazwisko Hada. Legendarny dowódca AK, potem WiN, który przeprowadził akcję odbicia więźniów z ubeckiego aresztu w Kielcach w 1946 roku.
J.K.K.: – No właśnie. Z „Szarym” na życiorys bym się chętnie zamienił. Na pierwsze cztery cyfry numeru PESEL… raczej nie.
U.S.-K.: – Nie potrafię dokładnie przytoczyć słów pana Andrzeja Poczobuta, ale sens był chyba taki: „Człowiek nie wybiera czasu, w którym przyszło mu żyć, ale to, jak ten czas przeżyje, zależy od niego”.
[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
50. rocznica Czerwca 1976 w Radomiu. Piotr Duda: Dziękuję, że nie staliście z boku

„Czerwony Radom pamiętam siny”. Dziś 50. rocznica Czerwca 1976

Posłowie PiS weszli do „Łucznika”. Chcą wyjaśnień w sprawie przyszłości fabryki

Łukaszenka zaatakował białoruską opozycję. Wspomniał także o Polakach








