Tak wygląda kolesiostwo w polskiej kulturze

- Autorka twierdzi, że polskie środowisko sztuki i kultury jest zdominowane przez zamknięty układ personalny.
- Według tekstu mechanizmem utrwalającym ten system jest autorytet „elit kultury”.
- Autorka ilustruje swoją tezę przykładami karier osób związanych z instytucjami kultury.
Metoda na zawstydzanie
Do takich nietykalnych enklaw zalicza się kultura, z pozoru poddana pod osąd „wszystkich”, lecz w istocie onieśmielająca ogół najprostszym zagraniem: nie podoba się, bo pan/pani nie znasz się. Co ty, dziadu, przeczytałeś ostatnio, na jakiej wystawie byłeś? Jak to zinterpretujesz? Eee… No, to wypad. Metoda na zawstydzanie jest w tym przypadku najskuteczniejsza. Tłuszcza kontra kulturalna elita. Oni, sól tej ziemi, powołują się na Mickiewicza, Norwida, Wyspiańskiego, Wajdę, Szymborską czy Tokarczuk – bo wiedzą, że te nazwiska są znane medialnie.
Jednak czołówka twórców sztuk wizualnych – tych najlepiej zarabiających – jest rozpoznawalna dla naprawdę niewielkiej grupy rodaków. A „szary” Polak (proszę zauważyć – określenie z PRL-u, które wciąż funkcjonuje, bo „elita” nadal uważa ogół za bezimienną i pozbawioną wartości szarą masę ludu pracującego) stoi wobec tuzów sztuki oraz ich tworów z otwartą gębą i nie potrafi uzasadnić swych wątpliwości czy zarzutów, gdy mu się coś nie podoba. Na tym wygrywa tzw. merytokracja. Tak się nazwali ci, którzy w latach 90. i następnej dekadzie rozdali karty na poletku sztuki i kultury. Do nich doszlusowali mediaworkerzy, którym wydało się, że ogarniają sprawę, bo mają znajomości. Merytokracja to sprytne – także lingwistycznie – posunięcie: termin kojarzy się z arystokracją i władztwem zależnym nie od pochodzenia, lecz faktycznych kompetencji, wiedzy i zasług. W polskim grajdołku kulturalnym natychmiast zaroiło się od merytokratów. Co zabawne, nikt ich dotychczas nie zweryfikował.
Kulturalne łgarstwo
Czasem jakieś zbyt bezczelne zagranie kogoś z kulturalnej wierchuszki przedrze się do zbiorowej świadomości – jak „spacery dendrologiczne” jeszcze nie ministry Marty Cienkowskiej, jednak żaden jej przekręt nie przebije (w sensie ogólnopolskiej rozpoznawalności) machlojek doktora Kacprzyka. Bo to „niewielka szkodliwość społeczna”. I to właśnie pod tym parasolem ochronnym kwitnie nasza mafia kulturalna. Dekadę temu pojawił się na ekranach włoski film, który zrobił ogólnoświatową karierę i niemal natychmiast doczekał się remake’ów, a scenariusz zaadaptowano na potrzeby teatru: „Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie”.
Mam wrażenie, że tematyka obrazu – choć z pozoru odległa od sytuacji w środowisku, o którym chcę napisać – w pewien sposób ma łącza z układami w naszej sztuce. Bo to rzecz o zakłamaniu i fałszywie pojmowanej lojalności, przyjaźni, uczciwości. O strategii zwanej doktryną Neumanna na poletku sztuki. Tak zwane kulturalne towarzystwo udaje, że jest „demokracja” i każdy ma możliwość „wybić się” jako artysta. W rzeczywistości każdy wie, że tylko podpięcie się pod układ jest trampoliną do bodaj najmniejszego sukcesu.
Jak niepodległość
Znacie? Znamy – to posłuchajcie. W 2019 roku ujawniono prywatne taśmy Sławomira Neumanna, na których zarejestrowano kluczowe słowa:
„[…] pamiętaj: jedna zasada jest dla mnie święta, k***a. Jak będziesz w Platformie, będę cię bronić jak niepodległości. Jak wyjdziesz z Platformy, to masz problem”.
Inaczej mówiąc, za wiernymi sługami partii stanie sztab prawników, niezależnie od stawianych im zarzutów. I znajdą paragrafy oraz argumenty, żeby swojaków wybronić. Ale jeśli, człowieku, pękniesz, to martw się sam o siebie. Ojciec chrzestny w polskiej wersji. À propos – na polski grunt mafijne struktury zostały przeniesione w potransformacyjnych latach 90., kiedy MO, przekształcona w Policję, nie dawała rady zwalczyć świetnie zorganizowanej, „innowacyjnej” polskiej przestępczości. Działo się! Jak w Ameryce gang pruszkowski toczył krwawe wojny z konkurencją z Wołomina i tak było przez dobre dziesięciolecie. Przypominam tę naszą „dziką transformację”, bo wtedy formatowały się także inne nieokiełznane prawnie układy. Mniej spektakularne i zupełnie bezkrwawe, ale również mordercze.
Bezkrwawa gangsterka
To wtedy sadowiły się i zaczynały rozdawać karty pewne persony na arenie sztuki; wtedy zaczęto grę ze światowym rynkiem sztuki, wtedy zaczęto eliminować „nieswoich” – nie takich, którzy pasowaliby do obowiązujących mód. Powstające w przyspieszonym tempie prywatne galerie (z których większość już nie istnieje lub została zmarginalizowana) dobierały sobie grono współpracujących artystów, licząc na ich lojalność. O co w tym przypadku chodziło? Żeby twórcy nie sprzedawali prac na lewo, czyli „z tapczana”, biorąc kasę bezpośrednio do ręki, bez pośrednictwa galerystów, którzy starali się pozyskać klientów.
No właśnie – wylansowanie zespołu autorów przynależących do „stajni” galerii wymagało solidnej pracy: organizowania wystaw, nawiązania kontaktów oraz wejścia do mediów. W latach 90. byliśmy pod każdym względem – także w odniesieniu do sztuki – ziemią niczyją. Skorzystała z tego grupa (sekta?) merytokratów kulturalnych, od opinii których zależał byt/niebyt twórcy. A nie, przepraszam. Tak do lat dwutysięcznych, szczególnie do momentu przystąpienia RP do UE, jeśli chodzi o sprzedaż, liczył się vox populi. Na aukcjach rekordy cenowe biły prace Jerzego Dudy-Gracza, Zdzisława Beksińskiego, Igora Mitoraja oraz malarzy realistów z końca XIX i początku XX wieku. Wszystko musiało być figuralne, sprawnie wykonane, trafiające w czułe struny polskich sentymentów. Ale sztuka najnowsza, powstająca na bieżąco była do zagospodarowania. I wtedy stworzył się układ, który trwa do dziś, niewidoczny dla ogółu.
Matuzalemy
Skąd kasa dla kultury płynie najszerszym strumieniem? Z kas publicznych. Dostęp do nich zależy od ustawek na linii urzędy/samorządy oraz związani z nimi artyści. Ci zaś mają wejścia poprzez zaprzyjaźnionych urzędników/samorządowców. Gdyby te układy rozebrać na czynniki pierwsze, wyszłoby jak w Szpitalu Południowym. Tyle że, jak pisałam na wstępie, mało komu to szkodzi, mało kogo obchodzi. Czasem dotacje pochodzą ze źródeł prywatnych – i w tym przypadku publiczne finanse nic do tego nie mają – czego przykładem otwarcie 6 czerwca br. Museo Mitoraj w Pietrasanta. (Chodzi o upamiętnienie dokonań naszego artysty Igora Mitoraja związanego wieloletnią pracą i pobytem w Toskanii). Nikt z nas za ten budynek i popularyzację rzeźbiarza nie płaci!
Za to w środowisku ludzi ekscytujących się sztuką od trzech dekad (lub więcej) rolę „wyroczni” odgrywa Anda Rottenberg, wpływowa kuratorka wystaw itp., itd. Aż mnie mdli, kiedy mam to wymieniać, każdy może sobie sprawdzić. Trafił jej się jednak zły czas pisiorstwa, kiedy wydawało się, że Anda utraci wpływy. I wtedy w 2018 r. pojawił się na naszym rynku magazyn „Vogue” (redaktorem naczelnym był Filip Niedenthal, syn znanego fotografa), w którym Rottenberg pełni funkcję szefowej działu kultury polskiej edycji. Ale, ale – jeszcze wcześniej, bo ok. 2008 r., w Tok FM pojawił się program „Andymateria”, którego tytuł nie był przypadkowy – odkreślał i uwieczniał imię „carycy sztuki”. Idolatria na miarę lewicy.
Podaj mi dłoń
Ci, którzy tworzyli układ zamknięty w sztuce w końcu lat 90. i na początku kolejnej dekady, zawsze byli sobie pomocni. Zacznijmy od Doroty Jareckiej, dziś mało istotnej postaci, jednak przez jakiś czas wpływowej krytyczki „Gazety Wyborczej”. Kiedy gazeta limitowała zatrudnionych, wyrok padł na dział kultury i Jarecka została bez pracy. Wtedy przyszedł jej w sukurs niewidoczny dla ogółu „konkurs” na dyrektora Galerii Studio, z ustawieniem pod „kandydatkę”. I oto od 2016 r. Jarecka pełni funkcję kierowniczki Galerii Studio podległej miastu Warszawa (czytaj: Rafałowi Trzaskowskiemu), która to galeria praktycznie nie funkcjonuje w świadomości odbiorców. Jeśli zdarza mi się ją odwiedzać, jestem samotnym widzem. Ale czasem po prostu zastaję salon zamknięty. Za to kasa leci. To oczywiście żaden raj ani żaden wpływ. Bardziej dochodowe i eksponowane medialnie koła ratunkowe rzucane były każdemu z układu podporządkowanemu… dobrze, pomińmy nazwę/nazwisko milczeniem. To jednak przypomina działalność mafii – z gatunku „swoim pomagamy”. Aż trudno wymieniać te wszystkie funkcje, które nikomu nic nie mówią, ale comiesięcznie zaznaczają się na koncie wpływami.
Oto Piotr Rypson, za czasów dyrektor Agnieszki Morawińskiej „wicek” w Muzeum Narodowym, zwolniony w 2018 r., ale już w 2019 r. przewodniczący Polskiego Komitetu Narodowego w Międzynarodowej Radzie Muzeów, a od stycznia 2024 r. szef Departamentu Dziedzictwa Kulturalnego w Ministerstwie Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Inny, równie skandaliczny przykład kolesiostwa, to przypadek Hanny Wróblewskiej. Wieloletnia dyrektorka Zachęty (od 2010 do 2021 r.), była ministra kultury, na początku czerwca br. została mianowana pełnomocnikiem ds. sztuki współczesnej na Wawelu. Zarówno Rypson, jak i Wróblewska, w krótkich przerwach między ważnymi funkcjami, byli zatrudniani w mniej prestiżowych, lecz wpływowych instytucjach: pierwszy z wymienionych w Żydowskim Instytucie Historycznym, druga w „przerwie” została zatrudniona jako wicedyrektor ds. naukowych w Muzeum Getta Warszawskiego. Powyższe przykłady to kazus Kacprzyka w Szpitalu Południowym – niby to widoczne, ale bez medialnego nagłośnienia nic nieznaczące. A mnie mdli od kolesiostwa w sztuce. Sprzyjają temu media z wiadomego nurtu. Natomiast te z opozycji w ogóle tym się nie zajmują. I tak tym pięknoustym dobrze się kłamie w swoim towarzystwie. Bezkarnie.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Monika Małkowska: Wiedza komunikacyjna
Monika Małkowska: Indoktrynacja przez sztukę

Kamień – byt wieloznaczny










