Szukaj
Konto

Piotr Skwieciński: To nie ideologia, lecz interesy decydują, czy Zachód nam pomoże

Piotr Skwieciński
Źródło: Tygodnik Solidarność / rys. Barbara Sadowska
Propagandyści rewolucji kulturowej, chcąc skłonić niechętnych tej rewolucji do zaniechania oporu przeciw jej implementowaniu w Polsce, odwołują się często do argumentu pt. Rosja i nasza kompatybilność z Zachodem. Zachodnia Europa – mówią – będzie nas bronić w razie rosyjskiej agresji tylko, jeśli będziemy do niej podobni. Jeśli nasza tożsamość kulturowo-polityczna nie będzie się odróżniać niczym istotnym od ich tożsamości. Aborcja, woke’izm, ekologizm, imigracjonizm, przywileje dla gejów, walczący tranwestytyzm mają szczerze i na trwałe zagościć w naszych duszach i systemie prawnym. Bo to ma być rękojmią, że w razie czego nie zostaniemy sami. Natomiast nierealizowanie tej ideologii ma być gwarancją, że takich wsteczników Zachód uzna za obcych i bronić nie zechce.
Co musisz wiedzieć
  • Autor podważa tezę, że ideologiczne upodobnienie Polski do Zachodu zwiększy gwarancje bezpieczeństwa militarnego.
  • Kluczowym argumentem jest przykład z 1939 roku, pokazujący, że wsparcie Zachodu zależy od jego interesów strategicznych, a nie od rzeczywistej "kompatybilności" ustrojowej czy kulturowej.
  • Główna konkluzja brzmi: o ewentualnej pomocy decyduje wyłącznie kalkulacja interesów i poczucie zagrożenia Zachodu, a nie to, czy Polska jest postrzegana jako "czarna owca".

 

Doprawdy? Serio?

W sierpniu 1939 r., w ostatnim wydaniu przed wybuchem wojny, ówczesna brytyjska kronika filmowa (młodszym Czytelnikom wyjaśniam: to były audycje informacyjne, obowiązkowo wyświetlane na początku każdego seansu kinowego; trudno przecenić ich wagę propagandową w dobie przed telewizją), słynna British Pathé, w materiale pokazującym polskie przygotowania do odparcia niemieckiego najazdu, nazwała nasz kraj "wschodnioeuropejską demokracją". Było to znaczące wydarzenie. A to dlatego, że jeszcze trzy miesiące przedtem, nie mówiąc już o roku czy dwóch, ani Pathé, ani jej francuskie czy amerykańskie odpowiedniki nie określały - i nigdy by nie określiły - Polski jako demokracji.

Nie tylko dlatego że, uczciwie mówiąc, ówczesna Rzeczpospolita demokracją obiektywnie nie była. Pozostawała zawieszona gdzieś pomiędzy jakimś wariantem tak nazywanego systemu a jednoznacznym autorytaryzmem, i więcej wskazywało, że siła przyciągania tego drugiego ustroju ostatecznie przeważy. Także dlatego, że polityka zagraniczna RP (której bynajmniej nie potępiam - opisuję jej odbiór przez Zachód) skłaniała większość obserwatorów do prostej opinii, iż Polska jest de facto partnerem hitlerowskich Niemiec, w dodatku, jak (mylnie) sądzono, zapewne związanym z nimi jakimś tajnym porozumieniem. A i narastający w naszym kraju antysemityzm, moszczący się coraz wygodniej również w polityce państwowej (zgoda na wprowadzanie przez uczelnie getta ławkowego), dokładał tu swoje. Krótko mówiąc, mieliśmy na Zachodzie opinię potężnie zszarganą.

Czarna owca? I co z tego?

Ale przyszedł moment, w którym tamtejsze elity uznały, że Hitler chce za dużo i ufać mu nie można. I trzeba mu się czynnie przeciwstawić, co w danym momencie musiało oznaczać - wesprzeć Polskę.
A skoro Polska miała, jak już mówiłem, opinię zszarganą, to trzeba było jej tę opinię w swoich społeczeństwach na gwałt poprawiać. I tak w materiale British Pathé staliśmy się ni z tego, ni z owego "wschodnioeuropejską demokracją". No bo przecież konflikt z Hitlerem - to konflikt w obronie demokracji. I tak, mimo wieloletniego statusu czarnej owcy, zyskaliśmy przynajmniej to, że atak na nas spowodował wojnę światową.

Tymczasem rok wcześniej Czechosłowacja, mająca na Zachodzie - w odróżnieniu od nas - opinię demokracji wzorcowej i odbierana w Londynie i Paryżu jako kompatybilna kulturowo, została oddana Hitlerowi bez mrugnięcia okiem. Choć była naprawdę poważana i szanowana, została oddana - ot tak. I podobnie będzie i teraz. Jeśli moskiewska agresja rozszerzy się na nasz obszar, a klasyczny Zachód uzna to za zagrożenie dla swych fundamentalnych interesów, najlepiej zaś poczuje się sam tym zagrożony - to nam pomoże. A jeśli nie uzna i się nie poczuje - to nie pomoże.

I tego równania nie zmieniłoby ani ogłoszenie Polski Ekologiczną Transrzeczpospolitą Woke’istowską, ani - w drugą stronę - uczynienie jej konserwatywnym piekłem w rodzaju tych, którymi progresywistyczni amerykańscy reżyserzy straszą widzów w swoich antyutopiach. Bo tej zasady nie zmieni nic. Po prostu nic.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 1
Data publikacji: 20.03.2026 21:56
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 11/2026