Karol Gac: Miszalski gra na demobilizację

- Referendum w Krakowie dotyczące odwołania prezydenta Aleksandra Miszalskiego i Rady Miasta odbędzie się 24 maja i może mieć znaczenie ogólnokrajowe.
- Autor zarzuca Miszalskiemu oraz jego środowisku politycznemu hipokryzję, ponieważ wcześniej promowali udział w demokracji, a teraz nawołują do bojkotu referendum.
-
Apel o bojkot jest przedstawiony jako taktyka obniżenia frekwencji, aby referendum nie było ważne i nie doprowadziło do odwołania władz miasta.
Niby polityczna hipokryzja nie powinna nikogo dziwić. Ba, sam dwa tygodnie temu pisałem na łamach „TS” o tym, jak z hukiem (a może właśnie w ciszy?) upadła narracja KO dotycząca neosędziów i Trybunału Konstytucyjnego. Tego samego, którego władza – wiele na to wskazuje – ma zamiar przejąć przy użyciu policji. O tym pewnie też napiszę w jednym z kolejnych felietonów, ale teraz wróćmy do Krakowa.
Nieco zabawne jest obserwowanie wszystkich fikołków i szpagatów w wykonaniu tych, których mądrość etapu zmusiła chwilowo do zaprzeczenia temu, co wcześniej sami głosili. Aleksander Miszalski pod tym względem nie jest ani pierwszy, ani na pewno nie ostatni. Ot, polityka. Nie zmienia to jednak faktu, że warto wypunktować tę polityczną hipokryzję, choćby i dla samej idei.
Referendum w Krakowie staje się coraz poważniejszym problemem dla rządzących. I to nie tylko tych w stolicy Małopolski, ale i tych w Warszawie. Na początku Miszalski próbował z niego kpić, jednak dość szybko dostrzegł, że to nie przelewki. Prezydent Krakowa ruszył więc do desperackiego kontrataku, by z jednej strony wycofywać się z najbardziej kontrowersyjnych decyzji, a z drugiej – pompować swoją propagandę. To jednak nie przyniosło oczekiwanego rezultatu i za kilka tygodni dojdzie do arcyciekawego starcia.
Obrażeni na demokrację
Miszalski czuje, że pętla na jego szyi się zaciska, dlatego zaapelował o zbojkotowanie referendum. I tu przechodzimy do clou. Przez lata słyszeliśmy od niego i jego partii tyrady na temat tego, jak ważna jest demokracja i uczestnictwo w wyborach. Ba, mieliśmy nawet różnego rodzaju akcje profrekwencyjne. Wystarczyło jednak, by referendum dotyczyło odwołania kogoś z KO i nagle pstryk – jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki – zmieniła się cała narracja. Teraz Miszalski mówi o grożącym chaosie i destabilizacji oraz apeluje, by Krakowianie podjęli decyzję w „normalnym procesie wyborczym”. Tu mała lekcja: panie prezydencie, to właśnie referendum jest kwintesencją demokracji i procesu wyborczego.
Argumenty Miszalskiego nie są oczywiście nowe. Podobnych przed laty używała w Warszawie Hanna Gronkiewicz-Waltz i kilku innych włodarzy. To sprytna gra na demobilizację, o trzeba frekwencji na poziomie 3/5 z wyborów samorządowych, by referendum było ważne. W tym wypadku to 155 tys. osób. 24 maja przekonamy się, czy Miszalski ocali stanowisko, czy też nie. Jedno jest jednak pewne – to referendum o znaczeniu ogólnokrajowym. I Donald Tusk doskonale zdaje sobie z tego sprawę.
[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]










