Między ochroną zwierząt a regulacyjnym szaleństwem

- Autor przekonuje, że współczesne regulacje dotyczące zwierząt i przyrody coraz częściej przekraczają granicę między ochroną a ideologicznym radykalizmem.
- Tekst pokazuje historyczną ewolucję podejścia do praw zwierząt.
- Zdaniem autora część nowych inicjatyw bardziej służy interesom politycznym i ideologicznym eksperymentom niż realnemu dobru zwierząt i ludzi.
W ostatnim czasie tej przesady jest pełno. Nie tak dawno bardzo głośno było o zawetowanej przez prezydenta Karola Nawrockiego tzw. ustawie łańcuchowej. Dziś rząd szykuje inne, tak naprawdę narażające i właścicieli, i zwierzęta na niepotrzebny stres i wydatki przepisy tworzące KROPiK (Krajowy Rejestr Psów i Kotów). Nowy rejestr wymagać będzie czipowania psów, również tych już zaczipowanych, a w przyszłości również kotów, co zwierzęta narazi na ból i stres, a właścicieli na poważny dla wielu z nich wydatek. To, czy chodzi o dobro zwierząt, czy wytransferowanie pieniędzy do „krewnych i znajomych”, pozostawię kwestią otwartą. Coraz bardziej absurdalne i niszczące dla leśników i lokalnych społeczności są przepisy dotyczące lasów, o czym wielokrotnie już w „TS” pisaliśmy. Szaleństwo to jednak nie ustępuje. Jego kolejnym, ekstremalnym dla wielu przykładem jest plan nadania osobowości prawnej rzece Odrze.
Święci i zwierzęta
„Jest uprawnione wykorzystywanie zwierząt jako pokarmu i do wytwarzania odzieży. Można je oswajać, by towarzyszyły człowiekowi w jego pracach i rozrywkach. Doświadczenia medyczne i naukowe na zwierzętach są praktykami moralnie dopuszczalnymi, byle tylko mieściły się w rozsądnych granicach i przyczyniały się do leczenia i ratowania życia ludzkiego. Sprzeczne z godnością ludzką jest niepotrzebne zadawanie cierpień zwierzętom lub ich zabijanie. Równie niegodziwe jest wydawanie na nie pieniędzy, które mogłyby w pierwszej kolejności ulżyć ludzkiej biedzie. Można kochać zwierzęta; nie powinny one jednak być przedmiotem uczuć należnych jedynie osobom”
– mówi Katechizm Kościoła katolickiego, w pewnym stopniu wyczerpując temat. Wśród świętych jednak można było zauważyć różnorodność postaw. Najbardziej znany z miłości do zwierząt był oczywiście św. Franciszek z Asyżu, który rozmawiał z nimi jak z braćmi i siostrami w Bogu. Franciszek upominał się o dobre traktowanie zwierząt, ukochał też rośliny, tworząc nawet pierwociny przyszłych rezerwatów. Żyjący trochę później św. Tomasz z Akwinu nie szedł tak daleko, przypominając, że
„przez nieodwołalny nakaz Stwórcy ich życie i śmierć należą do nas”,
równocześnie jednak ostrzegał przed złym traktowaniem innych gatunków, uważając, że może ono mieć niszczący wpływ na człowieczeństwo dopuszczającej się takiego czynu osoby. Z religii monoteistycznych buddyzm i hinduizm wykazują się dużą dawką empatii wobec zwierząt, co często łączy się z wegetarianizmem wyznawców, islam natomiast zezwala na zabijanie niektórych gatunków. Istnieją plemiona, w których zwierzęta mają równy ludziom status jako członkowie gospodarstw domowych – i ten model zdaje się przyświecać niektórym dzisiejszym filozofom, o czym później.
Od prawa do terroru
W świeckiej filozofii zwierząt przełomem było stwierdzenie Jeremy’ego Benthama z 1789 r., że właściwym kryterium w podejściu do istot żywych nie jest zdolność rozumowania czy mowy, lecz cierpienia. Kilka lat później inny Anglik, Henry Salt, po raz pierwszy użył pojęcia „animal rights”. W prawnej pozycji zwierząt punktem zwrotnym był brytyjski Ill-Treatment of Cattle Bill / Martin’s Act z 1822 r., szeroko uznawany za pierwszą nowoczesną ustawę przeciwko okrucieństwu wobec zwierząt, oraz powstanie RSPCA (Royal Society for the Prevention of Cruelty to Animals – Królewskie Towarzystwo Zapobiegania Okrucieństwu Wobec Zwierząt) w 1824 r. Te reformy nie przyznawały zwierzętom praw podmiotowych w dzisiejszym sensie, ale zmieniały ich status z rzeczy całkowicie pozostawionej właścicielowi na istotę, wobec której prawo może ograniczyć władzę człowieka. Jednak już wcześniej istniały pojedyncze, odnoszące się do konkretnych zwierząt i sytuacji przepisy, pierwsze akty prawne zakazujące niektórych form okrucieństwa wobec zwierząt powstały w Irlandii i Ameryce pod koniec XVII wieku.
W kolejnym stuleciu odpowiednie prawodawstwo pojawiało się w kolejnych państwach. Na przyrodę coraz łaskawiej patrzyli też filozofowie, choć jeszcze niedawno Immanuel Kant widział w niej maszynę. Bardzo ważnym, choć niezbyt wygodnym z punktu widzenia dzisiejszych ekologów przełomem, do dziś nie znajdującym następstwa w skali upodmiotowienia zwierząt, były przepisy III Rzeszy, które poszczególne gatunki stawiały w hierarchii praw gdzieś na osi między Aryjczykami a nacjami uważanymi za podludzi.
Radykalizacja
Po drugiej wojnie światowej nastąpił pewien regres w podejściu do wykorzystywania zwierząt, choć już rewolucja obyczajowa i ruchy hippisowskie zaczęły częściowo zmieniać społeczne nastawienie do tematu. W 1975 roku ukazało się „Wyzwolenie zwierząt” australijskiego filozofa Petera Singera, pozycja, która pchnęła myślenie o tej kwestii na dużo radykalniejsze tory, de facto zrównujące w swej optyce prawa i potrzeby ludzi i innych gatunków. Praca Singera spowodowała gwałtowny wzrost zainteresowania tematem innych naukowców. Jednak sam filozof tyle samo osób przyciągnął, co odepchnął swoim radykalizmem. Powiedzmy tylko, że w swoich rozważaniach popierał on aborcję i eutanazję. Nie potępiał też, co na pewno zainteresuje część polskiej klasy politycznej, zoofilii.
Pod koniec lat 70. w Wielkiej Brytanii powstał Animal Liberation Front (Ruch Wyzwolenia Zwierząt), organizacja często posługująca się przemocą i tolerująca akty wandalizmu wobec wszelkich osób czy instytucji zajmujących się w ich odczuciu krzywdzeniem zwierząt. ALF pojawił się w czasach eksplozji punk rocka i wzrostu popularności anarchizmu wśród młodzieży na Wyspach, szybko zaczął też rekrutować aktywistów ze środowisk młodych punków. Sympatia ta w niektórych środowiskach trwa do dziś.
„Można działać samemu/ Przecinaj opony, zaklejaj zamki/ Rzeźnicy, bary z burgerami, handlarze futer/ Wybijaj szyby, doprowadzaj ich do bankructwa/ Oblewaj farbą sklepy i domy/ Środek do usuwania farby świetnie działa na samochody/ Guma do żucia dobrze przykleja się do futer/ Zatarty silnik po prostu nie odpali/ Piasek w baku sprawi, że dostawa nigdzie nie dojedzie!”
– wykrzykiwał w 1986 roku wokalista zespołu Conflict w utworze „This is the A.L.F.”.
„Mówią, że nie obchodzą nas ludzie. My mówimy: wszystkie czujące istoty – zwierzęce i ludzkie – mają prawo żyć wolne od bólu, tortur i cierpienia”
– tłumaczyła radykalne wezwania popularna w swoim czasie i ważna dla całego gatunku kapela.
„Hej, ludzie, gdzie wasze sumienia/ Jedzenie mięsa udział w zbrodni ma/ Kto zabija nawet małe życie/ Nie zasługuje na to, by dalej żyć”
– śpiewał niewiele później polski Zakon Żebrzących. W Polsce jeszcze od końca PRL pojawiło się sporo zielonych radykalizmów, a w obecnej kadencji znalazły one nawet swój przyczółek w rządzie.
Małpa i pies na łańcuchu
W okresie ostatnich trzydziestu lat w wielu krajach uchwalono przepisy przesuwające granicę w ochronie zwierząt, wciąż jednak mamy do czynienia raczej z ochroną przed cierpieniem niż zrównywaniem ich z ludźmi. Idąca jak zawsze bardzo daleko w lewo Hiszpania już od prawie 20 lat zastanawia się jednak nad przyznaniem częściowych praw obywatelskich, czy raczej ludzkich, niektórym małpom człekokształtnym. Temat, który jako przykład ekowariactwa rozgrzewał już kilkanaście lat temu prawicowe media, od dwóch lat ponownie jest przedmiotem prac hiszpańskiego parlamentu.
Jak wspomniałem, w Polsce debata dotycząca zwierząt nie idzie dziś tak daleko, budzi jednak bardzo duże emocje. Kilka miesięcy temu prezydent Karol Nawrocki był bardzo mocno atakowany za zawetowanie ustawy, która w teorii miała wpływać na lepsze warunki bytowe zwierząt, mogła jednak dokonać więcej szkód niż pożytku.
„To nie jest weto przeciwko zwierzętom. To jest weto przeciwko złemu, szkodliwemu dla ludzi i zwierząt nieżyciowemu prawu”
– tłumaczył decyzję głowy państwa szef Kancelarii Prezydenta Zbigniew Bogucki. I rzeczywiście, ustawa, w mediach i propagandzie sprowadzająca się do zakazu trzymania wiejskich psów na łańcuchach, tak naprawdę forsowała stworzenie dla zwierząt warunków bytowych trudnych lub niemożliwych do spełnienia, co skutkowałoby zapewne falą porzuceń i związanych z nimi dramatami zwierzaków i ich właścicieli.
Symboliczne w nowych przepisach było to, że zapewniały one zwierzętom domowym większą przestrzeń życiową niż ta, którą często dysponują dziś ludzie wynajmujący kawalerki. Ustawa nie nakładała natomiast podobnych wymogów na schroniska, co pozwalało zaryzykować stwierdzenie, że bardziej niż o los czworonogów chodziło w niej o odblokowanie nowych możliwości zarabiania na styku samorządów, organizacji pozarządowych i schronisk, a więc w miejscu, gdzie pełno jest nagłaśnianych przez media patologii i gdzie nie wszyscy kierują się wyłącznie empatią wobec braci mniejszych. Sprawa była mocno wykorzystywana medialnie, jednak faktyczne intencje polityków pokazuje fakt, że wolny od problematycznych przepisów projekt prezydencki utknął w Sejmie.
W imieniu rzeki Odry
Jeszcze ciekawsze intencje zdają się przyświecać ustawie, która nadać ma osobowość prawną rzece Odrze. Nie jest to polski wynalazek, kilka rzek na świecie ma już podobny status, często przyjmowany po to, by zahamować rabunkową i niszczycielską eksploatację. Ta jednak Odrze nie grozi, władze dbają o to, by Polska miała z niej jak najmniejszy pożytek. Dziwnym trafem jest to zbieżne z interesem Niemiec, dla których żegluga tą rzeką stanowiłaby sporą konkurencję. Rzekom, które na gospodarkę sąsiada wpływu nie mają, nikt nie proponuje nadawania statusu blokującego inwestycje, pogłębianie, regulację i utrudniającą nawet inwestycje przeciwpowodziowe. W zamian dostajemy nową biurokrację mającą w kilku działających równolegle instytucjach reprezentować podmiot, który sam swojego zdania nie wyrazi.
To ciekawy problem prawny i filozoficzny: rzeka traktowana jest jak ktoś mający bardzo duże możliwości działania a zarazem ubezwłasnowolniony. Reprezentacja złożona z urzędników, naukowców i prawników wybrana zostaje autorytatywnie i na drodze uzurpacji – Odra nie ma przecież możliwości wpływu na wybór i prace swoich samozwańczych przedstawicieli. Chyba że pozalewa im wszystkie biura. Co więcej, ustawa nie określa zbyt ściśle obszaru swego zainteresowania, obejmując również obszary zalewowe, osady denne, a także faunę i florę. W proponowanych przepisach absurd goni absurd, a generowany przez nie chaos pod pretekstem ekologii blokuje rozwój i konkurencyjność dużej części kraju.
„Mam w sercu wodę i ogień, zdrowe to, żywe. Zostaję przy rzece z jasnością, że jest żywa i posiada swego ducha. […] Dziękuję Plemieniu Odry, studentkom i studentom Szkoły Szamanizmu, ekipie Fundacji Osoba Odra i każdej osobie, która rozpoznała rzekę jako żywą i zdecydowała się zabrać w jej imieniu głos. […] dziękuję nauczycielce, starej smoczycy, rzece Odrze”
– pisze na Facebooku zaangażowany w prace nad ustawą aktywista i pisarz Robert Rient.
Zwierzęta prof. Środy
Kończąc to krótkie podsumowanie historii praw przyrody, nie można wspomnieć o niedawnej propozycji prof. Magdaleny Środy. Wydają się one karykaturą myślenia pierwszych myślicieli, którzy upomnieli się o los zwierząt, a zarazem naturalną konsekwencją fanatyzmu Singera.
„Zwierzęta udomowione powinny mieć obywatelstwo
– mówiła filozof w studiu TVP.
– Zwierzęta mogą mieć swoją reprezentację. Znamy na świecie już cztery rzeki, które mają swoje polityczne reprezentacje, bo są traktowane jako osoby prawne. Zwierzęta liminalne powinny być traktowane jak uchodźcy, natomiast zwierzęta dzikie powinny być traktowane jako obywatele państw suwerennych”.
Po odebraniu dzieciom dzieciństwa poprzez seksualizację liberalny system odbierze zwierzętom zwierzęcość przez fałszywe upodmiotowienie?
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Kaczyński: Przyszedł moment, w którym możemy poważnie zająć się kwestią... ochrony zwierząt

Ardanowski: powstaje lista organizacji, które z odbierania "maltretowanych" zwierząt zrobiły biznes

[Kliknij aby zobaczyć całość] Nowy rysunek Krysztopy: "Ja bym wolałbym mięso..."
Piotr Skwieciński: Radosna likwidacja państwa

Rozliczenia PiS – analiza efektów i błędów strategii







