Koalicja na równi pochyłej. Potrzebna pilna reanimacja

- Afera wokół Szpitala Południowego oraz problemy w ochronie zdrowia mają według autora pogłębiać kryzys koalicji rządowej.
- Tekst stawia tezę, że Donald Tusk ma stanąć przed koniecznością rekonstrukcji rządu.
- Słabnąca pozycja KO oraz problemy Polski 2050 i PSL mają skłaniać koalicjantów do szukania nowych politycznych układów.
Afera wokół Warszawskiego Szpitala Południowego oraz narastające, systemowe problemy ochrony zdrowia wywołują coraz potężniejsze tąpnięcia na szczytach władzy. Mówiąc wprost i bez znieczulenia: po ujawnieniu patologii na zatrważającą skalę – w tym porażających, makabrycznych faktów dotyczących funkcjonowania tamtejszego prosektorium, w którym handlowano ciałami zmarłych – sprawa przestała być lokalnym problemem warszawskiej Platformy Obywatelskiej czy wizerunkowym kłopotem partii Donalda Tuska. Ta afera ciągnie w dół cały obóz rządzący, uderzając rykoszetem w mniejszych koalicjantów.
Szpital Południowy zatruwa całą koalicję
Koalicjanci zdają sobie sprawę, że gniew oszukanych i przerażonych pacjentów uderzy również w nich. Stąd coraz głośniej i natarczywiej domagają się pilnych, chirurgicznych wręcz cięć oraz systemowych reform, ze szczególnym uwzględnieniem natychmiastowej zmiany zasad wynagradzania lekarzy. Pytania o fundamentalnym znaczeniu, jak to: „Czy Polacy naprawdę chcą piątego rządu Donalda Tuska?”, nie są już zadawane wyłącznie w kuluarach, lecz publicznie przez szefową Polski 2050 Katarzynę Pełczyńską-Nałęcz, która bez ogródek punktuje ostro i bezlitośnie gabinet, w którym sama zasiada jako minister.
W podobne, niezwykle ostre tony uderza Anna Maria Żukowska z Lewicy. Nazwała ona ostatnio premiera „kunktatorem”, który od wielu miesięcy zwleka z podjęciem jakichkolwiek odważnych decyzji w kwestii ochrony zdrowia. Żukowska wprost ostrzegła Tuska, że brak natychmiastowych działań będzie kosztować całą koalicję utratę mandatu w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Jej apel:
„trzeba się tym zająć, bo inaczej pan przegra wybory i nie będzie pan premierem”,
to jasny dowód na to, że w szeregach większości rządzącej zagościł autentyczny strach przed utratą władzy, który po raz pierwszy stał się tak namacalny.
Nawet Polskie Stronnictwo Ludowe, które tradycyjnie stara się w tej sprawie kluczyć i nie zabierać jednoznacznego głosu, czuje pętlę na szyi. Ludowcy milczą głównie z obawy przed ujawnieniem skali nepotyzmu – masowego udziału działaczy PSL w radach nadzorczych warszawskich i mazowieckich szpitali oraz innych instytucji, która ma być po prostu porażająca. Jednak nawet oni, przyparci do muru, nie gryzą się w język: w tej sprawie „powinny polecieć łby” i to w trybie natychmiastowym.
Rząd potrzebuje pilnej reanimacji, której nikt nie chce przeprowadzić
W zasadzie wszyscy koalicjanci oczekują od Donalda Tuska podjęcia głębokich reform, na które rzekomo nie było czasu lub chęci przez ostatnie prawie trzy lata trwania obecnego układu politycznego. Przekaz jest jasny: na micie „ciepłej wody w kranie” nie da się już dłużej dryfować, a tym bardziej obronić władzy przed zdeterminowaną opozycją. Problem polega na tym, że w realne, systemowe reformy nikt wewnątrz koalicji już nie wierzy. Gdyby intencje były czyste, zmiany wdrażano by od pierwszych tygodni po zaprzysiężeniu rządu. Dziś chodzi już tylko o prymitywne zarządzanie kryzysem wizerunkowym – o pokazanie wyborcom, że gigantyczna afera dała impuls do jakiejkolwiek zmiany, którą można ładnie opakować wizerunkowo. Stąd nagłe pomysły ograniczenia bizantyjskich zarobków lekarzy, by nie zarabiali oni milionów złotych na publicznym systemie, czy powracający jak bumerang postulat odpolitycznienia rad nadzorczych.
Z tym ostatnim może być jednak ogromny kłopot. Skala nepotyzmu w spółkach i instytucjach państwowych pod obecnymi rządami osiągnęła rozmiary wręcz monstrualne. Mechanizm od lat pozostaje niezmienny: każda partia wsadza „swoich” i nikt nie ma realnej ochoty tego układu niszczyć. A już na pewno nie PSL, dla którego posady są tlenem politycznym. Jedynie Polska 2050 próbuje jeszcze resztkami sił przypominać, że odpolitycznienie spółek Skarbu Państwa oraz wprowadzenie transparentnych konkursów to solenne zobowiązanie zapisane w umowie koalicyjnej.
Koalicjanci żądają dymisji
Oprócz zmian systemowych koalicjanci żądają od Tuska czegoś znacznie bardziej namacalnego: politycznych dymisji jako aktu skruchy i zadośćuczynienia. Innymi słowy: ktoś musi ponieść odpowiedzialność za ten organizacyjny dramat. Skoro katastrofa dotyczy szpitali, pod polityczny topór powinna pójść minister zdrowia Joanna Sobierańska-Grenda.
W obozie władzy nikt jej nie popiera i nikt nie będzie po niej płakał. W powszechnej opinii partii tworzących koalicję uchodzi ona za skrajnie nieudany eksperyment kadrowy Donalda Tuska. Jej dymisja nikomu politycznie nie zaszkodzi, a może przynieść chwilową ulgę wizerunkową. W ocenie koalicjantów minister zdrowia zawiodła na całej linii: po wybuchu afery w warszawskim szpitalu przez wiele dni milczała. Nie wiadomo, czy paraliżował ją strach, czy też taki rozkaz przyszedł z „góry”. Efekt okazał się fatalny. Jeszcze gorzej wypadły jej późniejsze tłumaczenia, w których z rozbrajającą pewnością siebie przekonywała, że państwo zadziałało prawidłowo, a ona sama nie ma sobie nic do zarzucenia. Partie koalicyjne wiedzą dobrze, że takiego samozadowolenia w obliczu takiej afery wyborcy nie wybaczają.
„Klops” zamiast Żurka
Podczas gdy system ochrony zdrowia – według pesymistycznych prognoz Naczelnej Izby Lekarskiej – nieuchronnie zmierza ku jesiennemu armagedonowi i całkowitemu załamaniu, kolejny gwóźdź do politycznej trumny rządu wbijany jest na odcinku sprawiedliwości. Prokuratura zamiast być sprawnym biczem na poprzedników, jak na złość seryjnie umarza kolejne głośne postępowania i śledztwa przeciwko politykom Prawa i Sprawiedliwości. Pokazuje to całkowitą bezradność i nieudolność obecnej władzy w obszarze, który miał być przecież głównym paliwem politycznym koalicji. To na micie bezwzględnego rozliczenia PiS-u Tusk i jego ekipa mieli dojechać do kolejnej kadencji.
Dziś, gdy prokuratura oficjalnie umorzyła głośne śledztwo w sprawie słynnych „dwóch wież” przeciwko samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu, mit założycielski tej koalicji legł w gruzach z ogromnym hukiem. Prawda okazała się brutalna: materiał dowodowy w tych medialnych sprawach jest tak cienki, jak guma w starych gaciach. Wielkie zapowiedzi cel pełnych polityków PiS okazały się farsą i zwyczajnym propagandowym kłamstwem.
„Bunt” prokuratorów
Prokuratorzy, mimo potężnych nacisków ze strony politycznie sterowanego Ministerstwa Sprawiedliwości kierowanego przez Waldemara Żurka, po prostu nie są w stanie szyć grubymi nićmi aktów oskarżenia w tak głośnych sprawach, jak „dwie wieże” czy wniosek o europejski nakaz aresztowania wobec Zbigniewa Ziobry. Z doniesień medialnych wyłania się obraz paniki w Kancelarii Premiera. W najbliższym otoczeniu Donalda Tuska wprost mówi się o „buncie prokuratorów”, którzy – o zgrozo dla obecnej władzy – przypomnieli sobie o konstytucyjnej niezależności i mają czelność podejmować decyzje merytoryczne, a nie polityczne.
O tym, do czego tak naprawdę Koalicji Obywatelskiej potrzebni byli śledczy, najlepiej świadczy publiczny, pełen frustracji wpis Romana Giertycha. Po umorzeniu sprawy Kaczyńskiego napisał on wprost:
„W sumie to zabawni jesteście, prokuratorzy. Ustawiacie się na 15 miesięcy przed wyborami pod nowy rząd, tylko z polskimi wyborami do Sejmu (przynajmniej od 20 lat) jest tak, że o ile w nich występuje, to zawsze wygrywa Tusk. A wy zostaniecie w 2027 z tym waszym serwilizmem wobec Kaczyńskiego jak Himilsbach z angielskim”.
Ten cytat obnaża wszystko. O taką dyspozycyjność chodziło od samego początku, a brak wymiany kadrowej w prokuraturze już został uznany za kardynalny błąd.
Letnia rekonstrukcja?
Skoro nie udaje się rozmydlić odpowiedzialności za horror w stołecznym Szpitalu Południowym, nie da się zrzucić winy na system, lekarzy czy wreszcie na dociekliwych dziennikarzy, a dywan okazał się zbyt krótki, by zamieść pod niego te wszystkie patologie, Donald Tusk musi sięgnąć po swój ulubiony trik. Gdy w przeszłości jego rząd wpadał w potężne tarapaty – jak podczas afery hazardowej czy taśmowej – premier zawsze decydował się na ucieczkę do przodu. Czasem to działało, choć ostatecznie taśmy z restauracji „Sowa i Przyjaciele” doprowadziły Platformę Obywatelską do utraty władzy.
W mediach coraz częściej pojawiają się kontrolowane wrzutki o zbliżającej się wielkimi krokami rekonstrukcji gabinetu. Spekuluje się o terminie lipcowym bądź wrześniowym, który miałby przynieść nowe, powakacyjne otwarcie. Dymisje miałyby objąć nie tylko minister zdrowia, ale i ministra sprawiedliwości Waldemara Żurka, który notuje fatalną passę. Żurek, który zastąpił w fotelu Adama Bodnara, nie dowozi żadnych sukcesów, a jego obietnice o masowych aresztowaniach polityków PiS okazały się niespełnionym snem. Niektórzy nawet ironizują, że w zderzeniu z rzeczywistością minister Żurek okazał się dla szefa rządu ciężkostrawnym klopsem z mizerią.
Czy do zmian dojdzie? Wszystko na to wskazuje. Te dymisje zresztą nic Tuska nie kosztują. To nie jest sytuacja, w której musiałby odwołać kogoś takiego jak szef MSWiA Marcin Kierwiński – człowieka kontrolującego policję oraz posiadającego gigantyczną wiedzę o wewnętrznych tajemnicach partii oraz samego premiera. Kierwiński jest nietykalny. Co innego Sobierańska-Grenda czy Żurek. To dziś raczej pionki, które można bez żalu poświęcić.
Sytuacja KO jak schyłek PiS
Zarówno PSL, Lewica, jak i Polska 2050 przyjmą te personalne ofiary z ulgą, licząc przy okazji na uszczknięcie czegoś dla siebie przy nowym podziale łupów w postaci ministerialnych teczek. Jednak nawet głęboka rekonstrukcja rządu może okazać się niewystarczająca, by zatrzymać proces, który wydaje się nieunikniony. Sytuacja Koalicji Obywatelskiej zaczyna bowiem bliźniaczo przypominać miejsce, w którym było Prawo i Sprawiedliwość u schyłku rządów Zjednoczonej Prawicy. Sondaże dają wprawdzie KO pierwsze miejsce i teoretyczne zwycięstwo, ale partia Donalda Tuska całkowicie traci zdolność koalicyjną. A tę zyskują PiS z Konfederacją i Koroną Polską.
Dzisiejsze sondaże wyborcze są bezwzględne: próg wyborczy przekracza jedynie Lewica (i to ledwo). Na ten moment ani PSL, ani Polska 2050 nie mają szans na wejście do parlamentu. A to oznacza jedno: game over dla Tuska i jego gabinetu. Paraliżujący strach przed triumfem prawicy ma narastać w Kancelarii Premiera z każdym kolejnym sondażem. Co najgorsze, brakować ma jakichkolwiek konstruktywnych pomysłów, jak temu trendowi przeciwdziałać.
„Trzecia Droga 2.0”
Choć do wyborów parlamentarnych zostało jeszcze około półtora roku, w kuluarach partii koalicyjnych ruszyły już gorączkowe i zakulisowe rozmowy o przetrwaniu. Dojść miało także do poufnych ustaleń na linii Szymon Hołownia – Władysław Kosiniak-Kamysz, mających dotyczyć wspólnego startu w kolejnych wyborach. Czy czeka nas zatem powrót do formuły Trzeciej Drogi?
Nie do końca. Podobno ludowcy kategorycznie nie chcą iść do wyborów z Katarzyną Pełczyńską-Nałęcz i jej politycznymi „padawanami”. Może to stanowić pewną przeszkodę, jednak w polityce nie takie bariery przełamywano. Pod inną nazwą, w odświeżonej konfiguracji personalnej, projekt nowej wspólnej listy ma się powoli krystalizować. I choć sam Hołownia powtarzał, że dwa razy do tej samej rzeki się nie wchodzi, to tym razem osobista, bliska przyjaźń łącząca obu liderów może sprawić, że pójdą razem. Wespół w zespół. Dla obu formacji to w zasadzie jedyna szansa na polityczne przetrwanie. W przeciwnym razie czeka je twarde lądowanie – i to nie w ławach opozycji, ale całkowicie poza Wiejską.
Ruch atomowy?
Chyba że przez te półtora roku do wyborów wydarzy się coś absolutnie niespodziewanego, co całkowicie zresetuje obecną scenę polityczną. Wyobraźmy sobie scenariusz, w którym PSL wraz z Polską 2050, mając dość cudzych afer i nie mając w zasadzie nic do stracenia, decydują się na ruch atomowy. Mówią „dość” i ostentacyjnie wychodzą z koalicji rządowej.
Jednocześnie liderzy tych formacji stają na czele nowego, technicznego gabinetu mniejszościowego. Na taki układ Prawo i Sprawiedliwość, Konfederacja oraz partia Razem mogłyby przystać bez mrugnięcia okiem – w myśl zasady, że wróg mojego wroga jest moim przyjacielem, a nic nie jednoczy opozycji bardziej niż chęć politycznego obalenia Donalda Tuska. Wówczas, na rok przed wyborami, taki nowy gabinet, podejmując błyskawiczne, głośne decyzje i punktowe reformy, mógłby całkowicie odwrócić nastroje społeczne. Kto wie, jak potoczyłyby się wtedy losy wyborów w 2027 roku?
Czy to czyste polityczne science fiction? Dzisiaj zapewne tak. Realizacja takiego planu wymagałaby od Hołowni i Kosiniaka-Kamysza co najmniej dwóch rzeczy, którymi dotychczas nie grzeszyli: autentycznej odwagi, by zerwać z Donaldem Tuskiem, oraz gotowości do wzięcia pełnej odpowiedzialności za losy państwa na własny, niezwykle ryzykowny rachunek. Czy stać ich dzisiaj na to? Bardzo wątpliwe.
[Niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Co z produkcją Abramsów w Polsce? Rząd zwleka z decyzją

„Bezczelny typ”. Czarnek ostro odpowiada Tuskowi na konwencji PiS

Tusk chwali się farmą OZE w Kleczewie. Obajtek przypomniał, kto rozpoczął inwestycję

Rząd Tuska nie ma żadnych własnych pomysłów

Dymisje w warszawskim ratuszu. Radny PiS: Uważam, że panie poproszono o złożenie rezygnacji






