Szukaj
Konto

Jak opanować ten chaos? O kryzysie państwa i buncie społecznym

Jak opanować ten chaos? O kryzysie państwa i buncie społecznym
Źródło: Fotoserwis PAP | Autor: Andrzej Jackowski | Licencja: Fotoserwis PAP | Donald Tusk w tłumie ludzi
Komentarzy: 0
Ze skutków kryptodyktatury Donalda Tuska będziemy się leczyć przez lata. Nie dlatego, że dokonał wielkich zmian w prawie czy instytucjach. Największą trudnością będzie przywrócenie prawdziwości i powagi procesów politycznych. Dziś wszystko jest robione na opak.
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst przedstawia rządy Donalda Tuska jako źródło chaosu politycznego, oskarżając je o łamanie prawa i niszczenie instytucji państwa.
  • Autor opisuje głęboki kryzys życia publicznego w Polsce, w którym dominują propaganda, emocje i konflikt zamiast prawdy, dialogu i stabilnych zasad.
  • Artykuł sugeruje, że obecna sytuacja może zakończyć się dopiero poważnym kryzysem lub społecznym buntem, który wymusi odbudowę państwa.

 

Jak opanować ten chaos?

Państwo pod wodzą obecnej koalicji jest jednocześnie śmieszne i straszne. Włodarze łamią prawo permanentnie, czasem brutalnie, a nawet okrutnie. Wstydzą się jednak przyznać do swojego barbarzyńskiego sposobu rządzenia, więc za chwilę udają, że zamierzają działać zgodnie z regułami. Dla byłego ministra spraw wewnętrznych Mariusza Kamińskiego, ks. Michała Olszewskiego, dwóch urzędniczek Ministerstwa Sprawiedliwości czy byłej dyrektor gabinetu Mateusza Morawieckiego oznaczało to tortury, poniżenie, a być może nawet złamane życie. Jednak dla popierających rząd fanatyków to ciągle za mało. Szef rządu musi się więc tłumaczyć ze zbyt powolnego rozliczania PiS, gdyż – o ironio – przeszkadza mu w tym prawo.

To samo prawo, które bez umiaru depcze, a jego zapisy uznaje za umowne. Choć sam decyduje, które ustawy czy wyroki są dla niego wiążące, to jednocześnie z teatralną powagą zastrzega, że zawsze chce działać zgodnie z zasadami praworządności. Brzmi to trochę jak wyznania schizofrenika, ale przecież tak wygląda nasza rzeczywistość. Wszystko w niej jednocześnie jest i nie jest. Sądy są i ich nie ma, prokuratura działa, ale nie bardzo, media publiczne nadają, choć są w likwidacji, Trybunał Konstytucyjny orzeka, jednak nikt się tym nie przejmuje. Sędziowie TK złożyli przysięgę wobec prezydenta, ale bez jego obecności i teraz sami nie wierzą w jej znaczenie. Premier jest groźny i mściwy, ale rysuje pieski oraz zbiera grzyby w parku. Ogłasza, że jesteśmy dwudziestą gospodarką świata, ale ma pretensje, że Polacy robią za dużo badań profilaktycznych.

 

Węgierska lekcja

Donald Tusk aż kipiał z entuzjazmu po przegranej Viktora Orbána. Cieszył się, jakby osobiście pokonał nawet nie lidera partii Fidesz, ale raczej Jarosława Kaczyńskiego i PiS. W rzeczywistości jednak nie powinno mu być wcale do śmiechu. Po pierwsze dlatego, że polityka Pétera Magyara prawdopodobnie nie będzie się bardzo różniła od jego poprzednika, ale przede wszystkim z powodu przyczyn porażki Orbána. Okazało się przecież, że tępa propaganda, nawet w największym nasileniu, ma swój kres oddziaływania. Odchodzący premier Węgier dysponował olbrzymią przewagą medialną i instytucjonalną. Tak przekonstruował ordynację wyborczą, by Fidesz nigdy nie przegrał, a jednak poniósł sromotną klęskę. 

Tusk, choć tak bardzo wyrzekał na Orbána, w rzeczywistości kroczy jego śladami. Do walki z opozycją zaprzągł publiczne i prywatne – coraz mocniej kontrolowane przez swoich ludzi – media, ale także służby specjalne, prokuraturę, spółki Skarbu Państwa, uczelnie, a nawet Wielką Orkiestrę Świątecznej Pomocy. Każda sfera życia staje się polem politycznej walki. Nawet wybór zupy w restauracji może stać się manifestem poglądów. Orbán nie dostrzegł jednak tego, że gdy rzeczywistość za bardzo różni się od propagandy, obywatelom podnosi się ciśnienie. Pragną, by władza przestała lewitować i wróciła na ziemię, do realnych problemów. Tusk jest na podobnym etapie. Nie potrafi rozwiązywać trudności, więc jak jego węgierski kolega odlatuje jeszcze bardziej.

 

Wszystko na niby

Po przejęciu władzy przez PiS w 2015 r. ustalenie nowych standardów rządzenia zajęło zaledwie kilka miesięcy. Przełomem było wprowadzenie – zgodnie z wyborczymi zapowiedziami – programu 500 plus. Gdy obywatele nagle na własnej kieszeni odczuli zmianę, zrozumieli, że państwo traktuje ich inaczej. Nie chodzi tylko o likwidację ogromnych sfer biedy – co oczywiście miało ogromne znaczenie – ale dostrzeżenie, że najsłabsi mogą liczyć na pomoc. Nie są już traktowani jak społeczne śmieci, odrzuty procesów społecznych czy zakały, ale jak członkowie większej wspólnoty. Poczuli się ważni. Można winić PiS i Zbigniewa Ziobrę za fatalnie przeprowadzoną reformę wymiaru sprawiedliwości oraz spowodowanie chaosu w sądownictwie, ale wówczas ważniejsza była odbudowa zaufania między władzą a obywatelami. Prawica, nawet jeśli tworzyła prawo dla własnych, krótkoterminowych potrzeb, starała się zachować legalizm. To w dużej mierze gwarantowało, że władza nie przekształci się w żyjącą dla samej siebie oligarchię.

Teraz jest odwrotnie. Władza nawet nie udaje, że zamierza postępować zgodnie z prawem. Na rympał przejmuje lub próbuje podporządkować sobie kolejne instytucje, powodując ich gnicie, zarówno w sferze formalnej, jak i moralnej, etycznej i funkcjonalnej. Trudno będzie w przyszłości określić moment, w którym będziemy mogli powiedzieć: „OK, teraz jest już w porządku. Wszystko jest zgodne z prawem i legalne”. Zawsze znajdzie się jakiś organ, który to zakwestionuje. Jeśli nie polski, to unijny, który będzie chciał ingerować w wewnętrzną politykę naszego kraju.

Zresztą to właśnie instytucje europejskie – Komisja Europejska, Trybunał Sprawiedliwości Unii Europejskiej, Komisja Wenecka czy Parlament Europejski – najbardziej uniemożliwiają normalizację sytuacji w Polsce. Nawet jeśli najbliższe wybory przyniosłyby takie przesilenie polityczne, które zmiotłoby Koalicję Obywatelską z politycznej sceny – tak jak Orbána – unijni komisarze zrobią wszystko, by polskie państwo nie odzyskało sterowności. Chaos musi trwać, bo tylko wtedy Polska jest podatna na wpływy z zewnątrz.

 

Najgłębszy kryzys od trzech dekad

Ciągła polityczna awantura przypomina dziś rodzaj filmu sensacyjnego. Wyborcy już nie zastanawiają się nad tym, czy lubiani bądź znienawidzeni przez nich politycy/aktorzy działają w interesie kraju i jego obywateli. Ich uwagę przykuwa bardziej to, kto kogo tym razem przechytrzy. Żyjemy w państwie, w którym stale odbywa się coś w rodzaju zakładów bukmacherskich – jeśli Tusk dociśnie PiS, zyskuje w sondażach, gdy górą będzie Jarosław Kaczyński, to jego partia podskoczy o kilka punktów. Na dobrą sprawę nikt nie próbuje oddzielić prawdy od kłamstwa, blagi od prawdziwego działania. Liczy się narracja – najbardziej szkodliwe słowo w polskiej polityce. To dzięki niej można sterować emocjami milionów ludzi, napuszczać ich na siebie, konfliktować budzić nieufność czy wręcz nienawiść.

Politycy będą stosować tę metodę, dopóki będzie im ona przynosiła zyski, czyli pozwalała wygrywać wybory. Oczywiście głębokie podziały społeczno-polityczne nie są polskim wymysłem. W Hiszpanii czy Irlandii doprowadziły jednak do zawarcia społecznego kompromisu. Na to jednak w dzisiejszej Polsce liczyć nie można. W sytuacji, gdy obie strony oskarżają się o zdradę, trudno mówić o porozumieniu. Gdy wrogowie walczą na śmierć i życie, trudno mówić o zawarciu choćby rozejmu. Wojna nie tylko rozgrzewa emocje, ale także zwiera szeregi. Nie daje czasu na refleksje, powoduje, że liderzy mogą swoimi formacjami zarządzać jak wojskiem. Liczy się karność i subordynacja.

 

Musimy sięgnąć dna

Choć zagraniczna prasa postrzega Polskę jako kraj sukcesu, my sami zresztą odczuwamy pewien dobrobyt, to jednak kraj tak silnie podzielony nie może w dłuższej perspektywie utrzymywać silnej pozycji. Wydaje się, że istnieją tylko dwa scenariusze, które będą w stanie wyrwać nas z tego postępującego chaosu. Pierwszy to usunięcie z polityki Donalda Tuska, który jest zdecydowanie najbardziej destrukcyjnym politykiem w III RP. Żaden inny polityczny lider nigdy się posunął się do takich podłości, kłamstw i manipulacji jak on. Jego sposób uprawiania polityki jest jak trucizna wsączana do organizmu systematycznie i coraz większymi dawkami. Warto zresztą zwrócić uwagę, że życie polityczne w Polsce normalizuje się, gdy Tuska przez pewien czas w niej nie ma. Na to jednak przyjdzie nam pewnie jeszcze poczekać.

Drugi scenariusz jest niestety znacznie bardziej prawdopodobny. Pod naporem zaciąganych długów, które są bardzo realnym skutkiem rządzenia przez obecną ekipę, dysfunkcyjności organów państwa, załamania się usług społecznych, pogorszenia się warunków życia i z powodu ogólnego zmęczenia wybuchnie oddolny bunt społeczny. Oczywiście nie tak gwałtowny jak „żółtych kamizelek” we Francji, ale jednak na tyle widoczny, że zmiecie dużą część politycznego establishmentu. Tak jak wydarzyło się to w USA, a wiele wskazuje na to, że także stanie się w Wielkiej Brytanii czy Francji. Głęboki kryzys społeczny, być może także ekonomiczny, będzie szansą na ustalenie zasad działania państwa od nowa. Być może z nową konstytucją, ale z pewnością z odrestaurowanymi organami, które powinny pozostawać niezależne od rządu.

Niestety Polska w tym zakresie ma skrajnie odmienne doświadczenia. Nowym otwarciem był zamach majowy z 1926 roku oraz Okrągły Stół w 1989 r. O ile służby Tuska próbowały zamykać posłów opozycji w aresztach pod sfingowanymi zarzutami, próbując tworzyć namiastkę Berezy Kartuskiej, o tyle do zasiadania do stołu negocjacji chętnych dziś nie ma. Musimy więc czekać, aż obecna ekipa skompromituje się do końca i doprowadzi do poważnego kryzysu. Tego, że tak się stanie, możemy być pewni, nie wiemy tylko, ile to jeszcze potrwa i jaką cenę przyjdzie nam za to zapłacić.

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 23.04.2026 09:23
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 16/2026, oprac. Ludwik Pęzioł