Czarzasty Superstar

- Autor twierdzi, że część liberalnego obozu politycznego porzuca zasady demokracji na rzecz utrzymania władzy nawet kosztem działań wątpliwych prawnie.
- Spór o Trybunał Konstytucyjny ma według tekstu charakter przede wszystkim polityczny, a nie prawny, i służy przejęciu kontroli nad instytucją.
- Włodzimierz Czarzasty przedstawiony jest jako rosnąca politycznie, bezwzględna postać, która może być zarówno narzędziem Donalda Tuska, jak i potencjalnym zagrożeniem dla jego pozycji.
"Demokraci" zmęczeni demokracją
Zacznę od trzech obrazków. Obrazek pierwszy – po dziwacznej i mocno kontrowersyjnej uroczystości, podczas której wybrani przez Sejm sędziowie Trybunału Konstytucyjnego zdecydowali się na „korespondencyjne” złożenie ślubowania, bez udziału prezydenta Karola Nawrockiego, pełniący funkcję gospodarza tego wydarzenia marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty odpowiadał na pytania dziennikarzy. Gdy padło pytanie, dlaczego organizatorzy uroczystości uznali, iż prezydent odmówił przyjęcia ślubowania od wybranych przez Sejm sędziów oraz o podstawę prawną podjętych później działań, marszałek Czarzasty odpowiedział:
„Procedurę złożenia ślubowania wobec prezydenta uważam za zamkniętą i nie będę wchodził w polemikę”.
Pytający dziennikarz bardzo przytomnie zareagował, odpowiadając:
„Ale ja nie proszę o polemikę, tylko o wskazanie postawy prawnej”.
Wyraźnie zdenerwowany Czarzasty zakończył wymianę zdań słowami:
„Decyzje zostały podjęte”.
Obrazek drugi – w rozmowie z redaktor Moniką Olejnik na antenie TVN24 Ryszard Kalisz, adwokat, były polityk SLD, a obecnie członek Państwowej Komisji Wyborczej, przedstawił własną, bardzo twórczą interpretację art. 131 konstytucji RP traktującego o przejściowej niemożliwości sprawowania urzędu przez prezydenta. Według owej interpretacji Trybunał Konstytucyjny mógłby na wniosek marszałka Sejmu stwierdzić, że prezydent czasowo nie wykonuje swoich obowiązków, i powierzyć ich wykonywanie marszałkowi Czarzastemu. Prowadząca rozmowę dziennikarka, w przeszłości wielokrotnie podkreślająca własne przywiązanie do zasad liberalnej demokracji, nie uznała za stosowne wytłumaczenie gościowi, w jak niebezpieczne rejony pchałoby Polskę przyjęcie przez instytucje państwowe jego sposobu myślenia.
Obrazek trzeci – podczas przedświątecznego programu na internetowym kanale Tomasza Lisa redaktor Jacek Żakowski powiedział:
„Mam narastające poczucie, że Donald Tusk musi rozumieć, że nie może oddać władzy, ponieważ w dniu oddania władzy powinien udać się do najbliższego aresztu śledczego… Mówię jedynie, dokąd prowadzi nas ta dynamika”.
W dalszej części programu dyskutujący zastanawiali się, czy obecny premier ma jeszcze możliwość sięgnięcia po „twarde rozwiązania” w celu utrzymania władzy, czy też jest już na nie za późno.
Ani kroku wstecz!
Jeśli spróbujemy wyciągnąć jedną syntezę z przywoływanych trzech obrazków, to myślę, że będzie ona brzmieć w sposób następujący: politycy obecnej koalicji, prawnicy oddelegowani przez nich do pełnienia funkcji merytorycznych rozjemców politycznych sporów oraz znaczna część sympatyzujących z obecną władzą liberalnych dziennikarzy przestała wierzyć (a może nawet nigdy nie wierzyła) w wartości składające się na liberalną demokrację. Strach przed widmem utraty władzy w przyszłym roku pozbawia to środowisko ostatnich hamulców, a ściągnięte od Józefa Stalina z czasów wojny ojczyźnianej zawołanie „Ani kroku wstecz!” – swego czasu wypisywane w patetycznych odezwach Donalda Tuska na platformie X – staje się oficjalną polityczną doktryną całego liberalnego obozu.
Znamienne jest to, że trudno znaleźć w tym środowisku jakiekolwiek osoby, które wierzyłyby w to, że jest on w stanie wygrać z prawicą poprzez zaproponowanie bardziej atrakcyjnej dla wyborców wizji rozwoju czy też konkretnych programów modernizacyjnych. Jedyna nadzieja na „zatrzymanie marszu prawicy” według obozu Tuska zdaje się opierać na użyciu instytucjonalnej przemocy. Stąd poszukiwanie wśród polityków postaci na tyle bezwzględnych, by nie miały oporów przed sięganiem po brutalne i w najlepszym razie wątpliwe prawnie środki. Z tej potrzeby swojego politycznego obozu zdaje sobie sprawę Donald Tusk. Stąd wieczne pozowanie na twardziela czy mianowanie na ministra sprawiedliwości przedstawiciela najbardziej rozhisteryzowanej części środowiska prawniczego. Jednak tę samą emocjonalną potrzebę politycznej siły komunikowaną przez przerażony wizją powrotu prawicy do władzy Salon III RP widzi również Włodzimierz Czarzasty, który upatruje w niej szansę na rozwój własnej politycznej kariery.
Spór polityczny, nie prawny
Wróćmy do sporu o obsadę Trybunału Konstytucyjnego. O tym, że nie chodzi w nim o żadne „przywracanie praworządności”, pisałem już na łamach naszego tygodnika. Aby to lepiej zrozumieć, warto przypomnieć sam spór w całej jego złożoności. Jego geneza sięga roku 2015, kiedy słabnący i przeczuwający zbliżającą się wyborczą porażkę rząd PO – PSL, wybierając nowych sędziów do TK, postanowił naruszyć ład konstytucyjny respektowany wcześniej przez wszystkie strony sporu w Polsce. Wybrano wówczas nie tylko trzech sędziów na stanowiska, które opróżniały się pod koniec kadencji obecnej większości, lecz także dwóch sędziów „na zapas”, co miało zapewnić kontrolę nad personalnym składem trybunału. Nowy rząd tworzony przez Zjednoczoną Prawicę postanowił „unieważnić” wybór całej piątki i wybrał na te stanowiska innych sędziów. Wskutek tego troje z nich zostało nazwanych przez ówczesną opozycję „sędziami dublerami”.
Niezmiennie uważam tamtą decyzję rządu Beaty Szydło za niepotrzebnie eskalacyjną, niemniej warto zauważyć, że żaden z sędziów, którego status był wtedy kwestionowany, już w TK nie zasiada. Jednak konflikt, zamiast wygasnąć, przybrał formę jeszcze bardziej radykalną. Obecna koalicja rządząca, wraz z częścią związanego z nią środowiska prawniczego, sięgnęła po koncepcję, która wykracza daleko poza ramy klasycznej doktryny konstytucyjnej. Jest nią teoria „zainfekowania” całego Trybunału Konstytucyjnego. Zgodnie z nią bezprawność wyboru nawet pojedynczych sędziów (tych rzekomo dublowanych) ma niejako „skażać” cały skład instytucji, czyniąc nielegalnym każdego sędziego wybranego po 2015 roku – niezależnie od tego, czy jego nominacji towarzyszyły jakiekolwiek proceduralne uchybienia.
Jest to konstrukcja absolutnie pozaprawna i kompletnie kuriozalna. Trudno w niej znaleźć choćby elementarną logikę. Skoro według uchwały Sejmu z 6.03.2024 r. Justyn Piskorski i Jarosław Wyrembak nie są sędziami TK, bo zajęli miejsca po zmarłych tzw. sędziach dublerach (Lechu Morawskim i Henryku Ciochu), to kto z wybranych 13.03.2026 r. przez ten sam Sejm sześciu nowych sędziów nie jest sędzią TK, bo zajął miejsce po tzw. dublerze Mariuszu Muszyńskim? Czy może wtedy te miejsca były „zainfekowane”, a teraz nie są? Obecny rząd od początku swojego istnienia nie wypełniał żadnych wakatów po kończących swoje kadencje sędziach TK, bo twierdził, że... w istocie nie ma żadnego Trybunału Konstytucyjnego, a instytucja kierowana obecnie przez Bogdana Święczkowskiego działa nielegalnie. Co więc takiego się wydarzyło, że stała się ona nagle legalna? Odpowiedź na to pytanie odsyła nas w koleiny sporu nie prawnego, lecz politycznego. Obecna koalicja zyska w tym roku większość w TK. Zamiast więc spróbować zainicjować debatę na temat naprawy tej instytucji kompletnie zniszczonej przez polityczny spór, postanowiła zrobić to, co nie udało się w 2015 roku – przejąć ją nawet za cenę dalszego psucia państwa. To, że twarzą tej operacji tak ochoczo został Włodzimierz Czarzasty, nie powinno nikogo dziwić.
Czarzasty bronią "demokratów" zmęczonych demokracją
„Marszałek Czarzasty to idealne uzupełnienie, wsparcie dla premiera. Kompetentny, odważny, lojalny i bardzo precyzyjny w swoich ripostach. Hołownia to przy nim pajac. Czarzasty to kamizelka kuloodporna dla premiera. Jestem nim mile zaskoczona. On jeńców nie bierze”
– napisała na portalu X internautka reprezentująca najbardziej żelazny segment elektoratu obecnej koalicji. Lider Nowej Lewicy nie mógł marzyć o lepszej, ze swojego punktu widzenia, charakterystyce. Od początku funkcjonowania w ramach obecnej koalicji polityk ten próbuje się prezentować jako „najwierniejszy z wiernych”, strażnik, opoka i największy gwarant trwania układu rządowego. Dając swoją twarz tak wątpliwemu z punktu widzenia prawnego wydarzeniu jak ślubowanie nowych sędziów TK bez udziału prezydenta, Czarzasty wysyła sygnał, że gotów jest przekraczać granice, które dla innych polityków mogłyby być nieprzekraczalne. W końcu na wspomnianej uroczystości nie pojawił się premier Donald Tusk. Z kolei poprzednik Czarzastego na stanowisku marszałka Sejmu, Szymon Hołownia, nie chciał przy użyciu instytucjonalnej przemocy nie dopuścić do zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na urząd prezydenta.
Czy obecny marszałek miałby podobne opory? Nie sądzę. Bezwzględność i brak hamulców lidera NL widzi napędzana przez resentyment polityczna sekta „Silnych Razem”, której medialne zaplecze w postaci redaktor Elizy Michalik i Tomasza Wiejskiego od dawna snuje polityczne fantazje o Czarzastym przejmującym obowiązki głowy państwa. W żadnym innym politycznym środowisku, łącznie z tym, z którego wywodzi się obecny marszałek Sejmu, nie może on liczyć na tak wiele przychylnych opinii na swój temat. Polityczna transformacja Nowej Lewicy w „partię Silnych Razem”, a jej lidera w „wice-Tuska”, o której pisałem już na łamach naszego tygodnika, wyraźnie przyśpieszyła. Warto przyjrzeć się jej efektom.
Lider nielewicy
Według badającego ocenę pracy polityków sondażu IBRiS przeprowadzonego dla PAP na początku kwietnia premier Donald Tusk przegrywa nie tylko z prezydentem Karolem Nawrockim (co jest normą), lecz także po raz pierwszy również z marszałkiem Sejmu Włodzimierzem Czarzastym. Obecny szef rządu notuje spadek pozytywnych ocen drugi miesiąc z rzędu (spadek o 1 pkt proc. względem lutego i o 5 pkt proc. w stosunku do stycznia), uzyskując pozytywną ocenę swoich działań u 37 proc. badanych. Jednocześnie notuje najwyższy poziom ocen negatywnych. Jego działalność w marcu tak oceniło aż 57 proc. respondentów. Z kolei Włodzimierz Czarzasty, jako jedyny z wymienionych trzech polityków, poprawia w marcu swój pozytywny bilans zarówno względem poprzedniego miesiąca, jak i początku badanego okresu. Pracę obecnego marszałka pozytywnie ocenia 42 proc. badanych (wzrost o 6 pkt proc. w stosunku do lutego oraz 2 pkt proc. względem stycznia) przy jednoczesnym wysokim (choć nie tak jak w przypadku premiera), sięgającym 50 proc. wskaźniku ocen negatywnych.
Czy wzrost popularności lidera NL przekłada się także na wzrost poparcia dla samej formacji? Z opublikowanego w podobnym czasie badania OGB dla portalu Stan 360 wynika, że o ile KO może obecnie liczyć na wysokie poparcie 37,99 proc., o tyle Nowa Lewica z poparciem w granicach 4,92 proc. spada pod próg wyborczy. Choć inne kwietniowe sondaże były już dla formacji Czarzastego łaskawsze, to jednak poparcie dla niej rzadko zbliżało się do 8 proc., sytuując Nową Lewicę na ogół poniżej poparcia uzyskiwanego zarówno przez Konfederację, jak i Konfederację Korony Polskiej. Co to oznacza? Ostatnie miesiące w sposób znaczący zbudowały politycznie Włodzimierza Czarzastego, który stał się po prezydencie Nawrockim i premierze Tusku trzecim najbardziej medialnym politykiem na krajowej scenie politycznej. Choć sam Czarzasty potrafi politycznie czerpać z tej sytuacji, to już Nowa Lewica nic na tym nie zyskała, a nawet straciła.
Treść polityczna i metapolityczna wygłaszanych komunikatów, sposób funkcjonowania czy też budowanie samego siebie jako figury politycznej wyraźnie pokazują, że obecny marszałek nie postrzega siebie jako „lidera lewicy”, ani nawet kogoś, dla kogo określenie „lewica” jest istotne. Przedstawiając się jako trybik w koalicji, w której dominującą rolę ma KO, stwarza sytuacje, w których nawet drobne sukcesy jego lub jego formacji czy wszelkie udane polityczne zagrywki będą szły w znacznym stopniu na konto Tuska i jego partii. Sama Nowa Lewica będzie natomiast postrzegana jako przybudówka KO. Dla młodszego pokolenia polityków typu Magdalena Biejat i Agnieszka Dziemianowicz-Bąk nie jest to pozytywna wiadomość, lecz mało prawdopodobne, by Czarzasty uwzględniał ich interes w swojej politycznej kalkulacji.
Posłuszne narzędzie czy potencjalny Brutus?
Pozostaje pytanie, jakie miejsce w politycznej kalkulacji Włodzimierza Czarzastego ma Donald Tusk? Na razie, patrząc na premiera i marszałka Sejmu, widzimy polityczny tandem niemal idealny. Donald Tusk, mimo pewnych oporów wewnątrz koalicji, pozwalając na to, żeby lider NL objął funkcję drugiej osoby w państwie, zyskał posłuszne sobie polityczne narzędzie znane z bezwzględności. Kogoś, kto nie będzie miał etycznych oporów, które sygnalizował Szymon Hołownia.
Jednak czy obecny premier może być pewny lojalności Czarzastego? Dzisiaj z pewnością się nie ma czego obawiać. To Donald Tusk jest obecnie niekwestionowanym liderem swojego obozu i Czarzasty nie zrobi nic, by tę hierarchę zaburzyć. Warto pamiętać, że marszałek Sejmu nie jest typem politycznego lidera. Mając możliwość budowy silnej i wielonurtowej lewicowej koalicji, porzucił tę drogę, a własną formację sprowadził do roli coraz bardziej bezwolnej przystawki. To, że w czasach świetności postkomunistycznej lewicy to inni politycy stali na jej czele, nie jest kwestią przypadku. Jednak warto pamiętać, że Czarzasty w polityce ceni przede wszystkim siłę. To właśnie siła i bezwzględność są tymi cechami, które imponują mu w Donaldzie Tusku. Widząc, jak dzięki tym cechom lider KO zyskał niemal bezgraniczne wsparcie ze strony liberalnego mainstreamu, Czarzasty postanowił podążyć tą wydeptaną ścieżką.
Dziś coraz lepiej się na niej czuje wzmacniany poparciem Salonu III RP, który kiedyś widział w nim cynicznego antybohatera afery Rywina, a dziś nazywa go „obrońcą demokracji”. To dodaje Czarzastemu siły. Jego obecni polityczni partnerzy powinni jednak pamiętać, że to człowiek, który w pierwszej kolejności dba jedynie o siebie, a swoje otoczenie traktuje instrumentalnie, co bardzo wyraźnie widać choćby po tym, w jak przedmiotowy sposób obchodzi się z własną partią. Gdy politycy, w których dziś widzi siłę, okażą się w jego oczach słabi, może spisać ich na straty lub – w określonych okolicznościach – po prostu zostać... Brutusem.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Problemy niemieckiej refinerii. Historyczna szansa Polski

Sławomir Cenckiewicz zrezygnował z funkcji szefa BBN
Jak opanować ten chaos? O kryzysie państwa i buncie społecznym

PK wszczęła śledztwo ws. niedopuszczenia do orzekania w TK czworga sędziów in spe

Prezydent Nawrocki przyjął Alesia Bialackiego. Białoruski noblista mówił o swoim uwolnieniu






