Trump vs. Iran. W tym szaleństwie jest metoda

- Konflikt między Stanami Zjednoczonymi a Iranem ma charakter wielowymiarowy – obejmuje nie tylko działania militarne, ale także presję gospodarczą, energetyczną i geopolityczną.
- Artykuł przedstawia tezę, że działania administracji Donalda Trumpa były elementem długofalowej strategii osłabiania Iranu, choć nie uwzględnia szerzej alternatywnych ocen ani stanowisk innych stron.
- Sytuacja na Bliskim Wschodzie wpływa na globalne rynki surowców i bezpieczeństwo międzynarodowe, a dalszy rozwój wydarzeń pozostaje trudny do przewidzenia.
Spójrzmy na sytuację gospodarczą Iranu. Już przed wojną była fatalna, islamska republika zatonęła w największym chyba kryzysie w swej historii. Nie przypadkiem ostatnia fala protestów zaczęła się pod koniec grudnia właśnie z powodów ekonomicznych i w kręgach, które trudno było dotąd uznać za przeciwników reżimu (drobni kupcy ze stołecznych bazarów). Iran od lat staczał się po równi pochyłej, po pierwsze, z powodu fatalnego zarządzania, korupcji i dominacji w gospodarce Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej, który stał się państwem w państwie. Po drugie, z powodu zachodnich sankcji, które pod powrocie do władzy Trump jeszcze dokręcił. USA systematycznie odcinały źródła finansowania – a jednym ze środków były też kolejne klęski irańskich proxies (ang. zastępców, pośredników - tutaj prowadzących konflikty zastępcze - przyp. red.) w konfliktach z Izraelem i Amerykanami. Jeden z efektów? Katastrofalne załamanie kursu riala.
Rozwiązanie kwestii irańskiej
Dla Trumpa jednym z priorytetów drugiej kadencji już na samym jej początku stało się dokończenie rozwiązania problemu Iranu. Skoro wiosenne negocjacje nic nie dały, a Teheran zaczął zwiększać zasoby wzbogaconego uranu, nastąpiła „wojna 12-dniowa” w czerwcu ub.r. Przygotowania nowej-starej administracji do ostatecznej rozprawy z ajatollahami toczyły się równocześnie na kilku frontach. Jeden, to ten militarny: zadanie ciężkich ciosów irańskiemu potencjałowi zbrojnemu w czerwcu ub.r. To był niejako test generalny. Drugi front to systematyczne niszczenie proxies Iranu i przejmowanie wcześniejszych sojuszników Teheranu.
Wcześniej bardzo ważnym atutem reżimu była możliwość otwierania pomocniczych frontów w razie konfrontacji z Izraelem i USA. Dlaczego w obecnej wojnie tego nie ma? Bo Hamas został zneutralizowany, zaś Hezbollah poważnie osłabiony w wojnach z Izraelem. Dziś widać też, jak ważna była normalizacja przez Trumpa stosunków z Syrią po zmianie tam reżimu. W ten sposób rozpadł się słynny „szyicki półksiężyc”, czyli niemal skonsolidowany terytorialnie pas „osi oporu”: Strefa Gazy – Liban – Syria – Irak – Iran – Jemen (Huti). Teheran utracił pomost lądowy pozwalający ściśle współpracować i wspierać Hezbollah i Hamas. Nawet szyickie milicje w Iraku są nadzwyczaj bierne, nawet w porównaniu z poprzednimi eskalacjami napięcia w regionie. Ktoś powie: Huti właśnie włączyli się do wojny. Cóż, to raczej symboliczne ostrzały Izraela dla alibi. Pamiętajmy, że wiosną ub.r. amerykańskie lotnictwo, wspierając Izraelczyków, swoimi morderczymi nalotami zmusiło Huti do zakończenia trwającej od jesieni 2023 roku kampanii ataków nie tylko na państwo żydowskie, ale też na międzynarodową żeglugę w rejonie Cieśniny Bab al-Mandab (pamiętamy, jak destrukcyjny wpływ miało to na światową gospodarkę).
Trump wiedział co robi
Ale przecież Trump zaciskał pętlę na Iranie także w innych miejscach świata. Jesienne sankcje nałożone na rosyjskie koncerny naftowe czy pozbawienie Teheranu sojusznika na półkuli zachodniej – Wenezueli, odgrywającej ważną rolę pośrednika także w finansowaniu reżimu irańskiego i jego proxies, z Hezbollahem na czele. Mówiąc krótko, zanim Trump uruchomił Operację Epicka Furia, długo i wytrwale oczyszczał przedpole do niej. Także bardzo poprawiając stosunki USA z krajami arabskimi w Zatoce (vide triumfalna podróż po regionie wiosną ub.r.). Dlatego dziwię się dziwiącym się, że Iran jest tak naprawdę osamotniony w obecnej wojnie.
Amerykanie przygotowali się do kryzysu paliwowego
Ale amerykański prezydent – oceniany przez wielu wyłącznie poprzez pryzmat częstych i chaotycznych, wydających się często wręcz niepoważnymi w treści i formie, wypowiedzi i wpisów w mediach społecznościowych – od początku wiedział co robi. Przygotowując także na możliwy szok energetyczny cały świat. Jednym z głównych zarzutów pod jego adresem, mających świadczyć o tym, że jego strategia irańska to rzekomo jedna wielka i chaotyczna improwizacja, ma być zamknięcie Cieśniny Ormuz. Tymczasem jeśli coś tu zaskoczyło Trumpa, to nie fakt jej zablokowania przez Iran, ale to, że trwa to tak długo. Ale i na to Amerykanie się przygotowali, dlatego nie ma żadnej powtórki z kryzysu paliwowego 1973 roku. USA już dawno temu stały się samowystarczalne jeśli chodzi o ropę i gaz. Następnie stały się największym eksporterem węglowodorów na świecie. W dużej mierze dzięki pierwszej kadencji Trumpa. A gdy wrócił do Białego Domu odblokował wszelkie restrykcje na wydobycie nakładane przez lewicową administrację Bidena. Żeby jeszcze bardziej zwiększyć dostępne globalne zasoby ropy, dokonał z chirurgiczną precyzją zmiany przywództwa w Wenezueli. To wszystko sprawiło, że gdy Iran zamknął Ormuz, ceny ropy i gazu poszły w górę, oczywiście, ale żadnego krachu nie było.
Twarde dane
Za podwyżkę cen paliw wini się Trumpa i jego „szaleństwa” tudzież „błazenady” (jakże często widać to w wypowiedziach także w Polsce). Europa wręcz szaty rozdziera nad blokadą Ormuz. Więc może rzut oka na suche liczby… Tylko 2 procent ropy naftowej i kondensatów ropy, które przepływają przez Cieśninę Ormuz, trafia do Stanów Zjednoczonych. Dla porównania około 80–85 procent trafia do Azji, przy czym same Chiny, Indie, Japonia i Korea Południowa odpowiadają za około 70–75 procent całkowitego eksportu ropy z Zatoki. Najwięcej importuje komunistyczne Państwo Środka (38 proc.) i ropa irańska nie jest tu bynajmniej na pierwszym miejscu. Europa importuje ledwie 3 proc. ropy z Zatoki. W przypadku gazu też nie ma dramatu, jeśli chodzi o Stary Kontynent – to zaledwie 10-15 proc. eksportu LNG z Zatoki. 80-85 proc. trafia do Azji. Co więcej, UE może szukać innych źródeł, choćby z USA.
Warto też pamiętać, że ropa zaczęła drożeć z bardzo niskiego pułapu. Wypracowano wcześniej pewną poduszkę bezpieczeństwa (i tu znów kłaniają się negocjacje Trumpa z naftowymi monarchiami w Zatoce). Nawet taki detal, jak presja USA na Turcję, by dogadała się z Irakiem w sprawie wznowienia eksportu ropy z Kurdystanu nad Morze Śródziemne, nie wydaje się przypadkiem, a raczej jednym z wielu elementów strategicznej układanki Trumpa.
Trump nie przewidział wszystkiego, ale przystosowuje się do sytuacji
Wojna ma jednak to do siebie, że potrafi zaskakiwać, nawet mimo doskonale przygotowanego planu. Nigdy nie pójdzie wszystko zgodnie z planem. Dlatego trzeba plan na bieżąco modyfikować. I z tym mamy do czynienia w przypadku wojny w Zatoce. Pewne punkty zostały zrealizowane niemal perfekcyjnie, np. szybkie uzyskanie dominacji w powietrzu czy likwidacja większości kierownictwa polityczno-wojskowego wroga. Ale nikt nie jest nieomylny. Można się tylko domyślać, że np. w Białym Domu sądzono, że dekapitacja islamskiej republiki sprawi, że władze przejmą ludzie bardziej skłonni do ustępstw. Stało się zupełnie odwrotnie. Sądzono też być może, że Teheran nie posunie się do blokady Ormuz (wszak wcześniej też tym groził, a nie zrobił), a jeśli nawet, to nie potrwa to tak długo. Być może też sądzono, że nie będzie tak zmasowanego ataku irańskiego na arabskie kraje Zatoki czy że USA i Izrael dostaną jednak większe wsparcie sojuszników – gdy tymczasem część krajów europejskich wręcz sabotuje wysiłki Amerykanów. I w obszarze bezpieczeństwa (brak zgody na wykorzystanie przestrzeni powietrznej czy baz) i politycznie (krytyka USA czy egoistyczne dogadywanie się po cichu z sojusznikami Iranu, a może i samym reżimem – vide Francja).
Sztuką jest wyciąganie wniosków i elastyczne dostosowywanie się do zmieniających się okoliczności wojny. Wydaje się, że Trump umie to robić. Wyśmiewają go z powodu stawiania i przesuwania ultimatum Teheranowi. Tyle że w ten sposób zyskiwał czas, by ściągnąć w region jak najwięcej sił morskich i powietrznych, a następnie lądowych. Różne bowiem można mówić o nim rzeczy, ale jedno jest dla niego typowe: jeśli już decyduje się na ryzykowny ruch, to wtedy, gdy ma pewność, że osiągnie cel (lub przynajmniej ryzyko jest jak najbardziej ograniczone).
Trump tę wojnę wygrywa
Trump może eskalować konflikt do skutku lub przeciwnie, ogłosić zwycięstwo i zejść ze sceny, nawet jeśli nie dojdzie do wynegocjowanego porozumienia kończącego obecne działania wojenne. Już teraz osiągnął większość celów stawianych na początku.
Stany Zjednoczone i Izrael zapewniły sobie przewagę powietrzną nad Iranem już w pierwszych dniach operacji. Siły amerykańskie wykonały ponad 13 000 lotów bojowych. W piątek, 3 kwietnia, po raz pierwszy od ponad 20 lat, zestrzelono dwa amerykańskie samoloty: myśliwiec F-15E i A-10C Thunderbolt. Powtórzmy, dwa samoloty zestrzelone przez ogień wroga. Przy ponad 13 000 misji bojowych. Skuteczność irańskiej obrony to 0,0154%... Oczywiście natychmiast podniosły się głosy, że przecież Trump wcześniej ogłosił absolutne panowanie w powietrzu nad Iranem. I warto się przy tym zatrzymać, bo to często podnoszony przez krytyków USA argument: Trump znów opowiada bajki, że niby panują w powietrzu, a tymczasem Irańczycy zestrzelili im samoloty. Amerykański ekspert ds. wojskowych John Spencer zwraca uwagę na różnicę między dwoma pojęciami: „air supremacy” i „air superiority”. W doktrynie sił zbrojnych Stanów Zjednoczonych ten pierwszy termin oznacza „stopień przewagi powietrznej, w którym siły przeciwne nie są w stanie skutecznie zakłócać działań w obszarze operacyjnym za pomocą zagrożeń powietrznych i rakietowych”. Ten drugi, że można działać, ale jednak z pewnym ryzykiem. „Stany Zjednoczone mają wystarczającą kontrolę nad przestrzenią powietrzną, aby prowadzić misje bez nadmiernych zakłóceń. Wróg nadal może stawiać opór. Nadal może strzelać, latać i zakłócać działania. Nie może jednak powstrzymać Stanów Zjednoczonych ani Izraela przed wykonaniem misji”.
Sojusz ze Stanami Zjednoczonymi priorytetem
Szkody wyrządzone potencjałowi wojskowemu Iranu są niepodważalne. I to jest priorytet operacji od samego początku. Trump polecił siłom zbrojnym przeprowadzenie kampanii skupionej na osłabieniu i zniszczeniu zdolności Iranu do projekcji siły militarnej. Z naciskiem na potencjał rakietowy, obronę programu jądrowego i marynarkę wojenną w Zatoce. Straty ludzkie? 13 poległych i ponad 350 z obrażeniami. Czy to dużo jak na pięć tygodni wojny? Zniszczone samoloty i śmigłowce? Garstka – wystarczy choćby porównać z inwazją na Irak w 2003 roku – a i tak najważniejsi są ludzie. Pokazała to spektakularna, historyczna operacja ratowania członka załogi zestrzelonego F-15 w głębi wrogiego terytorium. I to właśnie ta udana akcja pokazuje dwie wyjątkowe cechy Stanów Zjednoczonych, jakich nie ma chyba żadne inne państwo na świecie: priorytetem życie i bezpieczeństwo swoich ludzi, a po drugie, kolosalna przewaga technologiczna sił zbrojnych i służb specjalnych nad innymi. Zarówno wrogami, jak i sojusznikami.
Skoro zaś mowa o sojusznikach – obecna wojna w Bliskim Wschodzie pokazuje jeszcze bardziej, że powinniśmy w Polsce chuchać i dmuchać, by mieć Stany Zjednoczone za sojusznika. A więc czynić coś zupełnie przeciwnego, niż większość polityków, dziennikarzy i ekspertów.
Izrael szykuje kolejny atak. "Czeka na zgodę USA"

"Iran ma 48 godzin". Trump stawia ultimatum

Kto pierwszy znajdzie amerykańskiego pilota? USA i Iran w wyścigu po zestrzeleniu F-15

USA straciły drugi samolot w Zatoce Perskiej. Katastrofa szturmowego A-10

F-15 zestrzelony nad Iranem. Jeden pilot uratowany, drugi poszukiwany
