Szukaj
Konto

Jak wschodni kapitał wpływa na polskie państwo, podczas gdy służby patrzą w inną stronę

Ślepy mężczyzna
Źródło: Pixabay.com | Autor: geralt | Licencja: Pixabay.com | Ślepy mężczyzna
Kiedy w Kijowie prezydent Wołodymyr Zełenski z namaszczeniem podpisuje dekret o nadaniu jednej ze swoich jednostek specjalnych imienia „Bohaterów UPA”, w Polsce trwa festiwal sojuszniczej naiwności.
Co musisz wiedzieć:
  • Autor twierdzi, że Polska nie dostrzega potencjalnych zagrożeń wynikających z rosnących wpływów ukraińskiego kapitału, organizacji i środowisk związanych z odbudową Ukrainy, wskazując na możliwe ryzyka dla bezpieczeństwa gospodarczego państwa.
  • W tekście jako przykład potencjalnego konfliktu interesów przedstawiono działalność Bartłomieja Babuśki, łączącego funkcje związane ze współpracą polsko-ukraińską z kierowaniem instytucjami dysponującymi publicznymi środkami i wpływem na strategiczne inwestycje.
  • Artykuł ostrzega, że masowa obecność obywateli Ukrainy w Polsce oraz równoległe wzmacnianie przez Kijów narracji historycznej związanej z UPA mogą stać się źródłem napięć społecznych, politycznych i bezpieczeństwa wewnętrznego.

 

W imię obrony przed rosyjskim imperializmem, elity polityczne otworzyły na oścież bramy przed kapitałem, który z suwerennością gospodarczą państwa polskiego liczy się równie mało, co ukraińska polityka historyczna z naszą wrażliwością. Zamiast „zielonych ludzików”, granicę przekroczyły cypryjskie spółki, zagraniczne fundusze inwestycyjne i armia doskonale opłacanych prawników. W centrum tego procesu nie stoją jednak watażkowie ze Wschodu, lecz ułożeni menedżerowie w świetnie skrojonych garniturach. Tacy jak, w mojej opinii, Bartłomiej Babuśka.

 

Ślepe oko kontrwywiadu

Polski kontrwywiad operuje dziś w stanie strategicznego rozdwojenia jaźni. ABW i SKW słusznie rzucają wszystkie siły na rozbijanie rosyjskich siatek dywersyjnych i ochronę infrastruktury krytycznej przed kinetycznymi atakami GRU. Problem w tym, że w cieniu polowania na sabotażystów, wschodnia oligarchia bezszelestnie przejmuje kontrolę nad polskim podbrzuszem gospodarczym.

Ten mechanizm widać najdobitniej na szczeblu lokalnym, choćby w mniejszych miastach Śląska i Zagłębia. Kiedy mocno zadłużone samorządy – w takich miastach jak Bytom czy Mysłowice – rozpaczliwie szukają kapitału na budowę lub modernizację Zakładów Opiekuńczo-Leczniczych (ZOL), chętnie sięgając po środki z KPO, wschodni kapitał wchodzi w te projekty jak w masło. Korzystając z systemowej luki, jaką jest w praktyce bezzębny Centralny Rejestr Beneficjentów Rzeczywistych (CRBR), ukraińscy oligarchowie ukrywają się za Funduszami Inwestycyjnymi Zamkniętymi (FIZ) lub łańcuchem zachodnioeuropejskich i cypryjskich spółek-matrioszek.

Z perspektywy lokalnego urzędnika wszystko wygląda czysto: widzi przed sobą „europejskie konsorcjum medyczne”, podpisuje wieloletnią umowę gwarantującą stałe wpływy z NFZ i oddaje kontrolę nad regionalnym bezpieczeństwem zdrowotnym. W rzeczywistości państwo polskie nie wie nawet, komu płaci i z kim robi interesy.

 

Hub, czyli konflikt interesów w państwie z tektury

Aby ten drenaż był możliwy, wschodni kapitał nie musi wysyłać do Polski klasycznych szpiegów. Potrzebuje „hubów” – ludzi-instytucji, którzy sprawnie poruszają się na styku polityki, państwowego biznesu i dyplomacji, legalizując wpływy pod płaszczykiem współpracy gospodarczej. Idealnym studium takiego przypadku jest, w mojej opinii, Bartłomiej Babuśka, postać znana i wielokrotnie opisywana.

Jego kariera to podręcznikowy przykład strukturalnego konfliktu interesów, na który państwo patrzy z zadziwiającą pobłażliwością. Z jednej strony – wieloletni Konsul Honorowy Ukrainy w Tarnowie i prezes Polsko-Ukraińskiego Instytutu Pomocy i Rozwoju. Człowiek, którego oficjalnym, formalnym mandatem jest lobbowanie na rzecz ukraińskich obywateli i podmiotów nad Wisłą. Z drugiej strony – potężny gracz w sercu polskich instytucji finansowych.

W latach 2023–2025 Babuśka kieruje Funduszem Górnośląskim – kluczowym dysponentem unijnych i regionalnych milionów w sercu polskiego przemysłu. To właśnie Śląsk jest dziś łakomym kąskiem dla spółek celowych ze Wschodu szukających lewarowania własnych inwestycji publicznym groszem. Jakby tego było mało, latem 2025 roku Babuśka przesiada się w fotel prezesa Agencji Rozwoju Przemysłu (ARP) – państwowego kolosa o wielomiliardowym budżecie, decydującego o strategicznych inwestycjach państwa m.in. w zbrojeniówkę i infrastrukturę.

 

Architektura wpływów z widokiem na odbudowę

Pytanie, które oficerowie kontrwywiadu powinni stawiać decydentom każdego dnia, brzmi: W jaki sposób człowiek zarządzający jedną z kluczowych spółek Skarbu Państwa ma jednocześnie, z racji funkcji konsularnej, reprezentować interesy podmiotów zagranicznych? Kiedy ukraiński holding agroprzemysłowy puka do państwowych drzwi, szukając wejścia na polski rynek, z kim tak naprawdę prowadzi rozmowy? Z twardym obrońcą polskiej racji stanu, czy z dyplomatą własnego kraju?

Finał tej historii, który rozegrał się w połowie maja 2026 roku, odbiera resztki złudzeń. Babuśka składa rezygnację z kierowania ARP i płynnie, jako polski delegat rekomendowany przez Radę ds. Współpracy z Ukrainą, wchodzi do Business Advisory Council przy międzynarodowej Ukraine Donor Platform. Zostaje doradcą w gremium, które będzie projektować podział setek miliardów dolarów na powojenną odbudowę. Dla wschodnich grup oligarchicznych, już ustawiających się w kolejce po te kontrakty, to układ doskonały. Człowiek doskonale znający polskie mechanizmy korporacyjne i samorządowe staje się elementem globalnej dystrybucji zachodniego kapitału. Niejako w biegu zostaje również prezesem Towarzystwa Finansowego Silesia.

Sama demograficzna obecność Ukraińców w Polsce nie jest systemowym zagrożeniem. Prawdziwym niebezpieczeństwem jest uległość polskiej klasy politycznej i paraliż analityczny służb, które pozwalają, by za zasłoną wzniosłych fraz o strategicznym partnerstwie, wschodni kapitał realizował klasyczny state capture – przechwytywanie struktur państwa. Dopóki nie zaczniemy traktować inżynierii finansowej ze Wschodu z równą stanowczością, co rosyjskich sabotażystów, a kluczy do państwowego skarbca nie przestaniemy dawać w ręce zagranicznych dyplomatów, Polska będzie traktowana nie jak suwerenny partner, lecz jako terytorium do swobodnej eksploatacji.

 

Nowa mniejszość strategiczna, czyli jak Ukraina wchodzi do polskiego państwa

Od trzech lat Polska żyje w cieniu wielkiej migracji z Ukrainy. Blisko półtora miliona obywateli tego państwa przebywa dziś legalnie nad Wisłą, z czego niemal milion korzysta z ochrony czasowej na podstawie numeru PESEL UKR. To już nie fala uchodźców, ale nowa struktura społeczna – ze swoimi elitami, mediami, biznesem i ambicjami politycznymi. W pewnym momencie ta struktura zaczyna stykać się z polskim państwem: administracją, samorządem, mediami głównego nurtu, a nawet rodzinami ludzi z dostępem do tajemnic.

W tym samym czasie Kijów coraz śmielej buduje własną politykę pamięci – z UPA jako jednym z filarów. W maju 2026 r. Wołodymyr Zełenski nadał elitarnej jednostce ukraińskich sił specjalnych imię „Bohaterów UPA”, odwołując się w dekrecie do „przywracania historycznych tradycji narodowego wojska”. Z polskiego punktu widzenia to symboliczna bomba: formacja uznana u nas za sprawców ludobójstwa na Wołyniu staje się patronem współczesnego wojska naszego kluczowego sąsiada.

Jeżeli połączymy te dwa procesy – masową obecność ukraińskiej diaspory i twardą rehabilitację UPA – pytanie o bezpieczeństwo wewnętrzne przestaje być fantazją „rusofilów”. Staje się obowiązkowym rozdziałem każdej poważnej analizy o stanie polskiego państwa.

 

Ukraińskie „tsunami demograficzne”

Według danych MSWiA i Urzędu ds. Cudzoziemców w Polsce przebywa obecnie ponad 1,5 mln obywateli Ukrainy z ważnym prawem pobytu, z czego około 980 tys. korzysta z ochrony czasowej na podstawie ustawy o pomocy uchodźcom. Już w 2023 r. blisko milion Ukraińców miało aktywny numer PESEL, co dawało im dostęp do rynku pracy, świadczeń i usług publicznych w praktyce na podobnym poziomie, jak obywatelom polskim.

Ważne jest jednak nie tylko to, ile osób przebywa w Polsce, ale jak długo i na jakich zasadach. Liczba Ukraińców z zezwoleniami na pobyt czasowy, stały lub pobyt rezydenta UE przekroczyła 1,55 mln, co oznacza trwałe osadzenie ogromnej grupy cudzoziemców w polskim systemie prawnym i gospodarczym. To nie jest już kategoria „gości w potrzebie”, ale ludzie, którzy – w naturalny sposób – zaczynają interesować się tym, kto rządzi ich miejscowością, jakie prawo podatkowe obowiązuje i jak wygląda ścieżka kariery w polskich instytucjach.

 

Paszport nie „z automatu”, ale…

Wokół nadawania obywatelstwa narosło wiele mitów, często podsycanych zarówno przez skrajną prawicę, jak i przez polityków szukających „lajków” w w mediach społecznościowych. Fakty są dużo mniej spektakularne. W 2024 r. polskie obywatelstwo uzyskało ok. 8,2 tys. Ukraińców – mniej więcej połowa wszystkich obywatelstw nadanych w tym roku. Łącznie w ciągu dekady 2015–2024 pełne prawa obywatelskie otrzymało – według szacunków – około 38–39 tys. osób pochodzenia ukraińskiego, a więc ułamek całej diaspory.

Tryb jest zresztą dość trudny: wieloletni legalny pobyt, stabilny dochód, tytuł prawny do mieszkania, potwierdzona znajomość języka polskiego na poziomie co najmniej B1. Narracja, że „PESEL UKR = paszport + prawo wyborcze” została wprost nazwana manipulacją przez analizy fact-checkingowe: samo posiadanie numeru PESEL w żaden sposób nie tworzy automatycznej ścieżki do obywatelstwa ani prawa udziału w wyborach.

Z punktu widzenia bezpieczeństwa problem nie polega więc na masowym, niekontrolowanym rozdawaniu obywatelstw. Pytanie brzmi raczej, czy filtr kontrwywiadowczy przy decyzjach o obywatelstwie – zwłaszcza tych prezydenckich, „uznaniowych” – jest realny, czy tylko papierowy. Czy ABW ma czas, zasoby i polityczne wsparcie, aby powiedzieć „nie” tam, gdzie w grę wchodzą osoby z niejasnymi powiązaniami, ale za to z dobrymi rekomendacjami w Warszawie czy Kijowie

 

Zewnętrzny pierścień państwa

Przeciwnicy paniki lubią powtarzać, że cudzoziemiec nie może zostać wojewodą ani szefem policji. To prawda – ale tylko część prawdy. Większość państwowych systemów informacyjnych, logistycznych i infrastrukturalnych obsługują dziś zewnętrzni wykonawcy: firmy IT, call center, firmy sprzątające, ochrona, operatorzy transportu i magazynowania. To tam naturalnie trafiają migranci – w tym Ukraińcy – bo formalnie są to sektory „prywatne”, a więc mniej obwarowane restrykcjami dotyczącymi obywatelstwa.

Z punktu widzenia służb specjalnych to właśnie ten zewnętrzny pierścień jest najatrakcyjniejszy. Daje dostęp do budynków, systemów, harmonogramów pracy, zwyczajów kluczowych ludzi – przy dużo niższej intensywności kontroli niż w przypadku etatowych urzędników administracji. Jeżeli do tego dołożymy naturalizację części tej społeczności i stopniowe otwieranie się stanowisk urzędniczych na osoby z ukraińskim rodowodem, otrzymujemy nową sytuację operacyjną, do której polski kontrwywiad – przyzwyczajony przez lata do „klasyki” rosyjsko‑niemieckiej – zwyczajnie nie jest przygotowany.

 

Media, NGO i miękka agentura

Agentura wpływu nie polega na tym, że ktoś o 17:00 dzwoni na „Moskiewską/Kijowską linię” po instrukcje. Współczesny model jest dużo subtelniejszy: fundacje, portale, think tanki, projekty kulturalne, programy grantowe, zaproszenia na konferencje, wyjazdy studyjne.

Po 2022 r. w Polsce wyrosło całe ukraińskojęzyczne i „pro-ukraińskie” uniwersum medialne: portale informacyjne, kanały na platformach społecznościowych, lokalne biuletyny, audycje radiowe finansowane z miksu polskich środków publicznych, grantów międzynarodowych i pieniędzy sponsorów z Ukrainy. W logice każdej służby specjalnej świata takie środowiska są naturalnym obiektem zainteresowania: SBU czy wywiad wojskowy HUR musiałyby być instytucjonalnymi samobójcami, gdyby nie próbowały przynajmniej monitorować i wykorzystywać tych kanałów pod własne narracje.

Polska nie ma przy tym żadnego odpowiednika amerykańskiego Foreign Agents Registration Act, który zmusza media, lobbystów i NGO finansowane przez obce państwa do rejestracji i oznaczania swoich materiałów. ABW może co najwyżej przeciwdziałać „obecności niektórych cudzoziemców”, korzystając z procedur administracyjnych (zakaz wjazdu, wydalenie), ale to rozwiązanie stworzone pod klasyczną agenturę, a nie pod miękkie pieniądze wpływające do fundacji czy mediów. W efekcie legalnie działające podmioty mogą w praktyce realizować interesy obcego państwa, pozostając jednocześnie poza radarem jakiejkolwiek formalnej kontroli.

 

Małżeństwa mieszane i lojalność

„Rodzina nie ma narodowości” – to piękne hasło. Kontrwywiad, niestety, musi patrzeć inaczej. Małżeństwa mieszane – w tym związki obywateli Ukrainy z polskimi urzędnikami, samorządowcami, dziennikarzami czy pracownikami spółek skarbu państwa – to klasyczny wektor operacyjny: dostęp do informacji, wpływ na nastroje, możliwość subtelnego nacisku przez los krewnych pozostałych na Ukrainie.

Polskie prawo ochrony informacji niejawnych przewiduje badanie „sytuacji rodzinnej” przy wydawaniu poświadczeń bezpieczeństwa, ale praktyka jest inna: liczy się głównie to, czy ktoś ma długi, alkoholizm, hazard, a nie to, z jakiego kraju pochodzi małżonek i jaką ma przeszłość służbową. Tymczasem w przypadku Ukrainy mówimy o państwie, którego służby – SBU i wywiad wojskowy HUR – są dziś jednym z głównych narzędzi prowadzenia wojny, a decyzje dotyczące UPA i polityki historycznej pokazują, że nie mają kompleksów ani wobec własnej przeszłości, ani wobec wrażliwości sąsiadów.

Małżeństwo mieszane nie jest dowodem agenturalności. Ale każdy poważny system bezpieczeństwa zakłada, że im silniejsze powiązania rodzinne z państwem o wysokiej aktywności wywiadowczej, tym większa potrzeba ostrożności: częstszych „przeglądów” poświadczeń, zakazu obsadzania niektórych stanowisk, twardszych kryteriów przy dostępach do newralgicznych systemów. Tego w Polsce na razie nie widać.

 

Służby Kijowa w Warszawie

Otwarte źródła nie pokazują spektakularnych procesów szpiegowskich, w których na ławie oskarżonych siedzieliby oficerowie bądź agenci SBU czy ukraińskiego wywiadu wojskowego – ale to samo dotyczy większości sojuszniczych wywiadów NATO. To, że nie ma głośnych spraw w mediach, nie jest dowodem braku aktywności – raczej dowodem na to, że gra toczy się głęboko pod powierzchnią.

Raport ABW za 2010 r. ujawniał, że ok. 300 z 2 tys. dyplomatów akredytowanych w Polsce to oficerowie obcych służb specjalnych – mówimy więc o co najmniej kilkunastu procentach korpusu. Agencja nie wskazywała państw, ale z analiz zachodnich wywiadów wynika, że chodzi tu zarówno o Rosję, jak i Niemcy, Chiny, Izrael czy regionalnych graczy – trudno zakładać, by Ukraina, zainteresowana logistycznym zapleczem swojej wojny, nie była obecna w tej grze.

Polska jest dziś jednym z kluczowych hubów dostaw sprzętu wojskowego, środków finansowych i pomocy humanitarnej dla Kijowa. Z perspektywy ukraińskich służb naturalne jest więc budowanie „kontaktu operacyjnego” z polską klasą polityczną, elitami biznesowymi, mediami – i to zarówno po to, by blokować wpływy rosyjskie, jak i po to, by przepychać własne interesy: koncesje gospodarcze, korzystne decyzje regulacyjne, akceptację dla kontrowersyjnej polityki pamięci.

 

ABW woli nie widzieć

Na papierze polski kontrwywiad ma narzędzia, o których jego poprzednicy z PRL mogli tylko marzyć. Ustawa o ABW i AW pozwala nie tylko prowadzić klasyczne działania operacyjne, ale także korzystać z procedur administracyjnych: cofać wizy, wnioskować o wydalenie, blokować decyzje pobytowe wobec cudzoziemców uznanych za zagrożenie.

Jednocześnie sama ABW w swoich raportach przyznaje, że Polska jest „stałym obiektem intensywnego zainteresowania operacyjnego większości liczących się służb wywiadowczych świata”. Skoro tak, a od 2022 r. mamy na terytorium kraju największą w historii obecność cudzoziemców z jednego państwa, objętego jednocześnie pełnoskalową wojną, to naturalne jest pytanie: gdzie są tematyczne, publiczne raporty o zagrożeniach ze strony agentury wpływu – nie tylko rosyjskiej, ale także ukraińskiej?

Zamiast tego widzimy coś, co można nazwać „polityką ciszy”. O zagrożeniach rosyjskich słyszymy przy okazji głośnych zatrzymań domniemanych sabotażystów czy prorosyjskich propagandystów. O zagrożeniach ze strony sojuszniczych służb – nic. Taka asymetria rodzi podejrzenie, że obawa przed „psuciem relacji z Kijowem” albo przed oskarżeniami o „ruską narrację” skutecznie paraliżuje zdolność państwa do prowadzenia trzeźwej, równomiernej polityki bezpieczeństwa.

 

UPA jako nowy mit założycielski

Sondaż, na który powoływała się m.in. „Rzeczpospolita”, pokazuje twarde liczby: 71 proc. Ukraińców ma pozytywną opinię o bojownikach UPA, a 81 proc. uznaje członków OUN‑UPA za uczestników walki o niepodległość. Od 2010 r. odsetek ten wzrósł czterokrotnie – to nie margines, to trwały element tożsamości państwa powstającego na ruinach sowieckiego imperium.

Już za prezydentury Petra Poroszenki przyjęto ustawę uznającą uczestników tej formacji za „bojowników o niepodległość” z prawem do świadczeń i specjalnego statusu, a dziś – decyzją Zełenskiego – imię „Bohaterów UPA” trafia wprost na sztandar elitarnej jednostki współczesnej armii. W polskiej pamięci UPA to sprawcy ludobójstwa na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej, ale w pamięci ukraińskiej – coraz częściej bohaterowie.

Dla polskiej racji stanu to problem nie tylko moralny, ale i operacyjny. Jeżeli w Polsce coraz silniej zakorzeniona jest społeczność, której naturalnym punktem odniesienia są współczesne symbole ukraińskiego państwa, a te symbole obejmują także UPA, to konflikt pamięci prędzej czy później wejdzie do naszych samorządów, szkół, mediów. Tu otwiera się idealne pole zarówno dla rosyjskiej propagandy (pokazywania Polaków jako „rusofobów i ukrainofobów”), jak i dla ukraińskiej agentury wpływu próbującej uczynić z polskiej przestrzeni publicznej przedłużenie kijowskiej polityki historycznej.

 

Co musi zrobić polskie państwo

  • Po pierwsze, Polska potrzebuje własnej wersji FARA: ustawy o jawnej rejestracji obcych wpływów. Każda fundacja, think tank, medium czy firma lobbingowa finansowana przez rządy, państwowe fundusze czy podmioty kontrolowane przez państwa trzecie – w tym Ukrainę – powinna być zobowiązana do ujawniania tego faktu. Chodzi nie o penalizację, ale o przejrzystość: obywatel ma prawo wiedzieć, kto stoi za konkretnym przekazem.
  • Po drugie, ABW powinna publikować cykliczne, tematyczne raporty o działalności obcych służb – osobno o Rosji, Niemczech, Chinach, ale też o Ukrainie. Bez szczegółów operacyjnych, za to z opisem mechanizmów: jak wygląda agentura wpływu, jak wykorzystywana jest diaspora, jakie sektory są najbardziej narażone.
  • Po trzecie, trzeba twardo uregulować kwestię małżeństw mieszanych i powiązań rodzinnych osób z dostępem do tajemnic państwowych. Nie chodzi o dyskryminację narodowościową, ale o trzeźwe zarządzanie ryzykiem: dodatkowe progi weryfikacji, zakazy obsadzania niektórych stanowisk, częstsze kontrole poświadczeń w przypadku związków z obywatelami państw o wysokiej aktywności wywiadowczej.
  • Po czwarte wreszcie, polska polityka historyczna musi przestać być zakładnikiem doraźnych emocji i „bratnich zdjęć” z Kijowem. Można jednocześnie pomagać Ukrainie w wojnie z Rosją i twardo domagać się degloryfikacji UPA oraz uczciwego nazwania zbrodni na obywatelach II RP. Bez tego, za 10–15 lat, obudzimy się w kraju, w którym o Wołyniu będą uczyć głównie podręczniki pisane w duchu ukraińskim, a spór o pamięć stanie się wewnętrznym konfliktem polskiego państwa – wykorzystanym chętnie przez wszystkich, którzy zechcą ten konflikt podpalić.

Polska nie może sobie pozwolić ani na histerię, ani na naiwność. Ukraińcy stali się nową mniejszością strategiczną – i tak trzeba na nich patrzeć: bez pogardy, ale i bez złudzeń. To zadanie nie dla X, ale dla poważnego państwa.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 11.06.2026 10:47
Źródło: Tysol.pl