Marek Budzisz: Rosja rozpoczyna „dialog” z NATO w sprawie rozszerzenia Sojuszu.

Przed zbliżającym się szczytem państw NATO, który ma się odbyć w Brukseli 10 – 11 lipca, Rosja podejmuje „dialog” z Sojuszem w swoim stylu. W trakcie zakończonego niedawno w Petersburgu Forum Ekonomicznego Władimir Putin czuł się w obowiązku ostrzec przed „przekroczeniem czerwonej linii”. Ale to nie jedyny sygnał, jaki w ostatnich dniach nadszedł ze Wschodu. W tych samych kategoriach trzeba traktować takie wydarzenia jak zatrzymanie no lotnisku Domodiedowo Sławomira Dębskiego, dyrektora Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych oraz dość niespodziewaną decyzję syryjskiego reżimu o uznaniu niepodległości dwóch samozwańczych „republik” znajdujących się na terenie Gruzji – Abchazji i Osetii.
Chodzi o to, że Moskwa obawia się, iż w trakcie spotkania w Brukseli NATO przesądzi o uruchomieniu Paktu Działań na Rzecz Członkostwa (MAP), zarówno wobec Ukrainy, jaki i pozostałych państw starających się o dołączenie do Sojuszu. Gdyby taka decyzja została podjęta, to jak mówił w jednym z wywiadów prasowych ukraiński prezydent Poroszenko, jego ojczyzna mogłaby dołączyć do Sojuszu w następnym dziesięcioleciu. Rosjanie uważają, iż w tym kierunku zmierzają ukraińskie reformy armii, które mają się zakończyć do przyszłorocznych wyborów. Poroszenko zapowiadał również, iż gotów jest przeprowadzić na Ukrainie referendum w sprawie wejścia do NATO i nie obawia się jego wyników, bo jak oświadczył, jeszcze kilka lat temu liczba zwolenników takiego posunięcia była grubo mniejsza niźli 50 %, a teraz, w świetle ostatnich badań opinii publicznej za taką opcją opowiada się 70 % obywateli Ukrainy. Wszystkich nas zjednoczył Władimir Putin, dodał. Rosjanie uważają, że to, co się teraz dzieje jest zorganizowaną akcją państw przeciwników Moskwy, głównie Polski i Litwy, które najsilniej lobbują powiększenie NATO. Dowodem na potwierdzenie tej tezy ma być zorganizowanie w pierwszej dekadzie czerwca, a zatem jeszcze przed szczytem Sojuszu, Zgromadzenia Parlamentarnego państw aspirantów oraz Polski i Litwy. W trakcie niedawnej wizyty w stolicy Gruzji (25 - 27 maja) mówił o tym Andriej Parubij, przewodniczący ukraińskiej Rady Najwyższej. Zapowiedział przy tym, iż najpierw odbędą się spotkania kierownictw parlamentów a następnie, po dwóch tygodniach ogłoszona zostanie decyzja o stworzeniu forum międzyparlamentarnego. W 2019 roku w Kijowie ma odbyć się Zgromadzenie Parlamentarne NATO, co stanowić ma, zdaniem rosyjskich obserwatorów, ważny polityczny sygnał o woli powiększenia Sojuszu.
W podobny sposób w Moskwie postrzega się ożywienie organizacji GUAM, powołanej jeszcze w 1997 roku przez Gruzję, Ukrainę, Mołdawię, Azerbejdżan i Uzbekistan (ten wkrótce potem ją opuścił), głównie w celach współpracy gospodarczej. Po wojnie rosyjsko - gruzińskiej w 2008 roku jej aktywność wyraźnie zamarła, nie odbywały się spotkania i właściwie niewiele było o niej słychać, ale teraz wygląda na to, że sytuacja się zmienia. Niedawno ogłoszono, że 21 czerwca w Kiszyniowie odbędzie się jej szczyt, w którym wezmą udział premierzy rządów, a w 2019 roku kolejne spotkanie, tym razem w Kijowie, bo Ukraina będzie sprawowała funkcję rotacyjnego przewodniczącego, na szczeblu głów państw. Można też zauważyć, na podstawie ostatnich wypowiedzi, że dość zasadniczo zmienia się orientacja państw tworzących GUAM. Teraz głównym celem współpracy nie jest już integracja gospodarcza a przeciwdziałanie, jak oświadczono wprost rosyjskiej agresji. Zaczęto od eliminowania rosyjskich programów telewizyjnych i prorosyjskiej propagandy a teraz, rządy tych państw, mają, jak deklarują, zjednoczyć wysiłki, aby przeciwdziałać ingerencji Moskwy w zbliżające się wybory parlamentarne. I nie skrywają one, że liczą w tym zakresie na pomoc Zachodu, ale przede wszystkim Stanów Zjednoczonych.
W rosyjskich mediach szerokim echem odbiła się podana wczoraj informacja o tym, że rząd polski zamierza zabiegać o przekształcenie rotacyjnej obecności wojsk amerykańskich na swoim terytorium w stałą bazę zlokalizowaną, najprawdopodobniej w okolicach Bydgoszczy. Komentuje się również fakt, iż Warszawa gotowa jest wydać na ten cel nawet 1,5 - 2 mld dolarów. Cytowany przez media Timofirj Bordaczow, rosyjski politolog, a przy tym jeden z liderów wpływowego środowiska Klubu Wałdajskiego, argumentuje, że decyzja Warszawy związana jest z brakiem zaufania Polski, ale również i innych państw, zwłaszcza Bałtów, w gotowość zachodnioeuropejskich partnerów NATO w przyjścia nam, "w razie, czego", z pomocą. I w takiej sytuacji kraje naszego regionu stawiają na Stany Zjednoczone, co z politycznego punktu widzenia postrzegane jest w Moskwie, jako opcja na rzecz twardego, antyrosyjskiego kursu. Kursu będącego w pewnym sensie w sporze ze znacznie bardziej koncyliacyjnym nastawieniem Niemiec oraz Francji. I z tego względu, tak przynajmniej zdają się myśleć w Moskwie, ewentualne ataki na Warszawę, ale również Wilno czy Rygę nie spotkają się z należytą reakcją w Paryżu czy Berlinie. Mowa oczywiście o atakach politycznych, próbach podważenia wiarygodności, dezawuowaniu polityki i rządów państw naszego regionu.
Zresztą tego rodzaju zabiegi zaczęły już się znacznie wcześniej, ale teraz, trzeba to otwarcie powiedzieć zaczynają przynosić pozytywne z punktu widzenia Moskwy, efekty. Najlepszym przykładem jest Łotwa. Otóż Ryga wznowiła ostatnio zawieszony lata temu program unifikacji nauczania językowego w swoim szkolnictwie. W praktyce oznacza to zniesienie, albo bardzo poważne ograniczenie nauczania w języku rosyjskim. Trzeba też, choć kilka słów poświęcić kontekstowi. Otóż Łotwa jest niewielkim, pod względem ludnościowym, państwem (2 mln mieszkańców) z silną liczebnie i dobrze zorganizowaną, a przy tym kontrolowaną przez Moskwę mniejszością rosyjską. Szacuje się, że przynajmniej ¼ tamtejszej populacji to Rosjanie, których lojalność wobec państwa łotewskiego nie dla wszystkich jest oczywista. I co gorsze, sytuacja demograficzna pogarsza się, głównie na skutek ujemnego przyrostu demograficznego i wyjazdów Łotyszy do pracy w innych państwach Unii. Eksperci obliczyli, że po wejściu do Wspólnoty liczba mieszkańców Łotwy zmniejszyła się już o ponad 700 tys. osób, czyli o większą liczbę niźli wynosiły straty w czasie I wojny światowej. Sytuacja powoli staje się dramatyczna, bo każdego dnia liczba ludności maleje tam o 74 osoby. W takim kontekście trzeba widzieć decyzję tamtejszych władz o narzuceniu nauczania w języku łotewskim. Wzbudziła ona liczne, głośne i dobrze zorganizowane protesty rosyjskojęzycznej mniejszości. Dwóch deputowanych z Łotwy do Parlamentu Europejskiego, jeden zasiadający w klubie socjalistów (przedstawiciel Związku Rosjan Łotwy), oraz drugi z frakcji zielonych promowało nawet specjalną rezolucję potępiająca politykę Rygi. I warto odnotować, że poparło ją 115 eurodeputowanych ze wszystkich, jak promotorzy protestu z dumą ogłosili, krajów Unii, a zatem również z Polski.
Nie można wykluczyć, że władze Łotwy uprawiają błędną z punktu widzenia zasad, którymi rządzi się Unia politykę w tej materii, ale z punktu widzenia własnych narodowych interesów jak najbardziej zrozumiałą, zwłaszcza w sytuacji wątpliwości, co do wewnątrzunijnej solidarności. A po dyskusjach w sprawie North Stream trudno inaczej niżli sceptycznie oceniać sytuację. Podobnie zdają się postrzegać zagrożenia władze Ukrainy na Zakarpaciu, czy Mołdawii na terenach zamieszkałych przez Gagauzów. Wszędzie tam z zastanawiającą siłą wybuchły w ostatnim czasie konflikty na tle językowym. Błędna, a przynajmniej nieostrożna polityką lokalnych rządów w ewidentny sposób wykorzystywana jest przez Moskwę do budowania narracji, która ma przekonać, że na Wschodzie nie są przestrzegane europejskie wartości. A to z kolei w prosty sposób wiedzie do próby wykreowania wizji Europy dwóch prędkości, zachodniego europejskiego jądra i wschodnich obszarów niestabilności. Postawa dyplomacji Węgier silnie podnoszącej kwestię językową w szkolnictwie Zakarpacia i wiążącą unijny i natowski akces Ukrainy z jej rozwiązaniem jest w tym przypadku, co najmniej dwuznaczna. Z pewnością dobrze postrzegana w Moskwie.
Jeśli idzie o państwa aspirujące do NATO to nie sposób nie połączyć deklaracji, które padały z ust europejskich polityków w Tbilisi o tym, że Gruzja jest "najlepszym partnerem NATO na Kaukazie" (Grybauskaite) oraz niedawnego otwarcia centrum szkoleniowego gruzińskiej armii, w którym pracować będą amerykańscy instruktorzy i których zadaniem będzie przygotowanie lokalnych sił zbrojnych do spełnienia kryteriów członkostwa z wczorajszą decyzją Syrii o dyplomatycznym uznaniu Abchazji i Osetii. Władze Gruzji obwiniają o inspirowanie Damaszku przez Rosję. Być może jest to wynik niedawnego spotkania Putina z Asadem w Soczi, a być może samodzielna inicjatywa reżimu, przed spodziewanym w najbliższych dniach starciem wojsk rządowych z Izraelem. I może Asadowi zależało na takim "geście przyjaźni" i wsparciu w Moskwie, zwłaszcza przed zapowiedzianą na jutro wizytą na Kremlu izraelskiego ministra obrony Liebermana. Niezależnie jednak od tego, jaka była geneza tej decyzji, to sygnał, jaki otrzymało Tbilisi a wraz z nim i stolice innych państw na terytoriach, których funkcjonują rozmaite separatystyczne republiki jest dość jasny - Moskwa, póki, co nie zamierza stabilizować ani rozwiązywać sytuacji.
Wczoraj wieczorem w Kijowie zastrzelony został strzałami w plecy, na klatce schodowej bloku, w którym mieszkał rosyjski dziennikarz, opozycjonista i polityczny emigrant Arkadij Babczenko. To zresztą nie pierwsze zabójstwo w Kijowie rosyjskiego opozycyjnego dziennikarza (Szeremet), czy polityka (Woronienkow). Inni rosyjscy opozycjoniści - emigranci, tacy jak Ilja Ponomariew, czy szefowie tatarskiej stacji telewizyjnej, w której Babczenko pracował, są przekonani, że to zamach zamówiony przez Moskwę. Rosjanie spodziewając się tego rodzaju oskarżeń, tym bardziej, że już od jakiegoś czasu pojawiały się informacje o spodziewanym zamachu przed lub w trakcie finału Ligi Mistrzów, już w nocy zaczęli mówić, że to ukraińska prowokacja, aby oczernić Rosję. Bardzo ciekawy punkt widzenia przedstawiła Margarita Simonian, szefowa Sputnika i kanału Russia Today, która zaapelowała do rosyjskich dziennikarzy opozycjonistów, którzy wyemigrowali z kraju. Wracajcie, zwróciła się do nich, tu was, co najwyżej trochę pomęczą, a na emigracji możecie stracić życie.
W podobny sposób w Moskwie postrzega się ożywienie organizacji GUAM, powołanej jeszcze w 1997 roku przez Gruzję, Ukrainę, Mołdawię, Azerbejdżan i Uzbekistan (ten wkrótce potem ją opuścił), głównie w celach współpracy gospodarczej. Po wojnie rosyjsko - gruzińskiej w 2008 roku jej aktywność wyraźnie zamarła, nie odbywały się spotkania i właściwie niewiele było o niej słychać, ale teraz wygląda na to, że sytuacja się zmienia. Niedawno ogłoszono, że 21 czerwca w Kiszyniowie odbędzie się jej szczyt, w którym wezmą udział premierzy rządów, a w 2019 roku kolejne spotkanie, tym razem w Kijowie, bo Ukraina będzie sprawowała funkcję rotacyjnego przewodniczącego, na szczeblu głów państw. Można też zauważyć, na podstawie ostatnich wypowiedzi, że dość zasadniczo zmienia się orientacja państw tworzących GUAM. Teraz głównym celem współpracy nie jest już integracja gospodarcza a przeciwdziałanie, jak oświadczono wprost rosyjskiej agresji. Zaczęto od eliminowania rosyjskich programów telewizyjnych i prorosyjskiej propagandy a teraz, rządy tych państw, mają, jak deklarują, zjednoczyć wysiłki, aby przeciwdziałać ingerencji Moskwy w zbliżające się wybory parlamentarne. I nie skrywają one, że liczą w tym zakresie na pomoc Zachodu, ale przede wszystkim Stanów Zjednoczonych.
W rosyjskich mediach szerokim echem odbiła się podana wczoraj informacja o tym, że rząd polski zamierza zabiegać o przekształcenie rotacyjnej obecności wojsk amerykańskich na swoim terytorium w stałą bazę zlokalizowaną, najprawdopodobniej w okolicach Bydgoszczy. Komentuje się również fakt, iż Warszawa gotowa jest wydać na ten cel nawet 1,5 - 2 mld dolarów. Cytowany przez media Timofirj Bordaczow, rosyjski politolog, a przy tym jeden z liderów wpływowego środowiska Klubu Wałdajskiego, argumentuje, że decyzja Warszawy związana jest z brakiem zaufania Polski, ale również i innych państw, zwłaszcza Bałtów, w gotowość zachodnioeuropejskich partnerów NATO w przyjścia nam, "w razie, czego", z pomocą. I w takiej sytuacji kraje naszego regionu stawiają na Stany Zjednoczone, co z politycznego punktu widzenia postrzegane jest w Moskwie, jako opcja na rzecz twardego, antyrosyjskiego kursu. Kursu będącego w pewnym sensie w sporze ze znacznie bardziej koncyliacyjnym nastawieniem Niemiec oraz Francji. I z tego względu, tak przynajmniej zdają się myśleć w Moskwie, ewentualne ataki na Warszawę, ale również Wilno czy Rygę nie spotkają się z należytą reakcją w Paryżu czy Berlinie. Mowa oczywiście o atakach politycznych, próbach podważenia wiarygodności, dezawuowaniu polityki i rządów państw naszego regionu.
Zresztą tego rodzaju zabiegi zaczęły już się znacznie wcześniej, ale teraz, trzeba to otwarcie powiedzieć zaczynają przynosić pozytywne z punktu widzenia Moskwy, efekty. Najlepszym przykładem jest Łotwa. Otóż Ryga wznowiła ostatnio zawieszony lata temu program unifikacji nauczania językowego w swoim szkolnictwie. W praktyce oznacza to zniesienie, albo bardzo poważne ograniczenie nauczania w języku rosyjskim. Trzeba też, choć kilka słów poświęcić kontekstowi. Otóż Łotwa jest niewielkim, pod względem ludnościowym, państwem (2 mln mieszkańców) z silną liczebnie i dobrze zorganizowaną, a przy tym kontrolowaną przez Moskwę mniejszością rosyjską. Szacuje się, że przynajmniej ¼ tamtejszej populacji to Rosjanie, których lojalność wobec państwa łotewskiego nie dla wszystkich jest oczywista. I co gorsze, sytuacja demograficzna pogarsza się, głównie na skutek ujemnego przyrostu demograficznego i wyjazdów Łotyszy do pracy w innych państwach Unii. Eksperci obliczyli, że po wejściu do Wspólnoty liczba mieszkańców Łotwy zmniejszyła się już o ponad 700 tys. osób, czyli o większą liczbę niźli wynosiły straty w czasie I wojny światowej. Sytuacja powoli staje się dramatyczna, bo każdego dnia liczba ludności maleje tam o 74 osoby. W takim kontekście trzeba widzieć decyzję tamtejszych władz o narzuceniu nauczania w języku łotewskim. Wzbudziła ona liczne, głośne i dobrze zorganizowane protesty rosyjskojęzycznej mniejszości. Dwóch deputowanych z Łotwy do Parlamentu Europejskiego, jeden zasiadający w klubie socjalistów (przedstawiciel Związku Rosjan Łotwy), oraz drugi z frakcji zielonych promowało nawet specjalną rezolucję potępiająca politykę Rygi. I warto odnotować, że poparło ją 115 eurodeputowanych ze wszystkich, jak promotorzy protestu z dumą ogłosili, krajów Unii, a zatem również z Polski.
Nie można wykluczyć, że władze Łotwy uprawiają błędną z punktu widzenia zasad, którymi rządzi się Unia politykę w tej materii, ale z punktu widzenia własnych narodowych interesów jak najbardziej zrozumiałą, zwłaszcza w sytuacji wątpliwości, co do wewnątrzunijnej solidarności. A po dyskusjach w sprawie North Stream trudno inaczej niżli sceptycznie oceniać sytuację. Podobnie zdają się postrzegać zagrożenia władze Ukrainy na Zakarpaciu, czy Mołdawii na terenach zamieszkałych przez Gagauzów. Wszędzie tam z zastanawiającą siłą wybuchły w ostatnim czasie konflikty na tle językowym. Błędna, a przynajmniej nieostrożna polityką lokalnych rządów w ewidentny sposób wykorzystywana jest przez Moskwę do budowania narracji, która ma przekonać, że na Wschodzie nie są przestrzegane europejskie wartości. A to z kolei w prosty sposób wiedzie do próby wykreowania wizji Europy dwóch prędkości, zachodniego europejskiego jądra i wschodnich obszarów niestabilności. Postawa dyplomacji Węgier silnie podnoszącej kwestię językową w szkolnictwie Zakarpacia i wiążącą unijny i natowski akces Ukrainy z jej rozwiązaniem jest w tym przypadku, co najmniej dwuznaczna. Z pewnością dobrze postrzegana w Moskwie.
Jeśli idzie o państwa aspirujące do NATO to nie sposób nie połączyć deklaracji, które padały z ust europejskich polityków w Tbilisi o tym, że Gruzja jest "najlepszym partnerem NATO na Kaukazie" (Grybauskaite) oraz niedawnego otwarcia centrum szkoleniowego gruzińskiej armii, w którym pracować będą amerykańscy instruktorzy i których zadaniem będzie przygotowanie lokalnych sił zbrojnych do spełnienia kryteriów członkostwa z wczorajszą decyzją Syrii o dyplomatycznym uznaniu Abchazji i Osetii. Władze Gruzji obwiniają o inspirowanie Damaszku przez Rosję. Być może jest to wynik niedawnego spotkania Putina z Asadem w Soczi, a być może samodzielna inicjatywa reżimu, przed spodziewanym w najbliższych dniach starciem wojsk rządowych z Izraelem. I może Asadowi zależało na takim "geście przyjaźni" i wsparciu w Moskwie, zwłaszcza przed zapowiedzianą na jutro wizytą na Kremlu izraelskiego ministra obrony Liebermana. Niezależnie jednak od tego, jaka była geneza tej decyzji, to sygnał, jaki otrzymało Tbilisi a wraz z nim i stolice innych państw na terytoriach, których funkcjonują rozmaite separatystyczne republiki jest dość jasny - Moskwa, póki, co nie zamierza stabilizować ani rozwiązywać sytuacji.
Wczoraj wieczorem w Kijowie zastrzelony został strzałami w plecy, na klatce schodowej bloku, w którym mieszkał rosyjski dziennikarz, opozycjonista i polityczny emigrant Arkadij Babczenko. To zresztą nie pierwsze zabójstwo w Kijowie rosyjskiego opozycyjnego dziennikarza (Szeremet), czy polityka (Woronienkow). Inni rosyjscy opozycjoniści - emigranci, tacy jak Ilja Ponomariew, czy szefowie tatarskiej stacji telewizyjnej, w której Babczenko pracował, są przekonani, że to zamach zamówiony przez Moskwę. Rosjanie spodziewając się tego rodzaju oskarżeń, tym bardziej, że już od jakiegoś czasu pojawiały się informacje o spodziewanym zamachu przed lub w trakcie finału Ligi Mistrzów, już w nocy zaczęli mówić, że to ukraińska prowokacja, aby oczernić Rosję. Bardzo ciekawy punkt widzenia przedstawiła Margarita Simonian, szefowa Sputnika i kanału Russia Today, która zaapelowała do rosyjskich dziennikarzy opozycjonistów, którzy wyemigrowali z kraju. Wracajcie, zwróciła się do nich, tu was, co najwyżej trochę pomęczą, a na emigracji możecie stracić życie.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Udostępnij:
Tagi
Data publikacji: 31.05.2018 04:39
Komentarze
Rosja zaatakuje NATO? Prezydent Finlandii: „Nie widzę ani dowodów, ani faktów”
30.08.2026 14:01

Komentarzy: 0
Prezydent Finlandii Alexander Stubb nie podziela prognoz zakładających, że Rosja może zdecydować się na atak na państwo NATO. W rozmowie z „Bildem” stwierdził, że nie widzi dowodów potwierdzających taki scenariusz. Donald Tusk ostrzegł dzień wcześniej przed możliwością rosyjskiej prowokacji wobec państwa NATO.
Czytaj więcej
Zamieszanie wokół broni jądrowej w Polsce. Gen. Wroński: „Dlaczego mówimy to Rosji?”
30.08.2026 10:57

Komentarzy: 0
Wypowiedź wiceszefa MON Pawła Zalewskiego, że Polska nie chce głowic nuklearnych na swoim terytorium, wywołała zamieszanie i rozbieżne reakcje przedstawicieli władz. Gen. Dariusz Wroński, były dowódca 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych w rozmowie z Tysol.pl ostrzega, że publiczne wykluczanie jednego ze scenariuszy osłabia polską politykę odstraszania i daje Rosji cenną informację o granicach działań Warszawy. – Dlaczego mówimy to Rosji? I dlaczego właśnie teraz? – pyta były dowódca 1. Brygady Lotnictwa Wojsk Lądowych.
Czytaj więcej
Nagła wizyta szefa CIA w Moskwie. John Ratcliffe miał złożyć ważną propozycję Rosjanom
30.08.2026 08:32

Komentarzy: 0
Szef CIA John Ratcliffe podczas nieoczekiwanej wizyty w Moskwie zaproponował rosyjskim władzom zorganizowanie trójstronnego spotkania z udziałem przywódców USA, Ukrainy i Rosji: Donalda Trumpa, Wołodymyra Zełenskiego i Wladimira Putina – poinformował w niedzielę portal Axios.
Czytaj więcej
Tusk alarmuje po rozmowie z szefem NATO. "Nie możemy wykluczyć..."
29.08.2026 13:11

Komentarzy: 0
Premier Donald Tusk odbył rozmowę telefoniczną z sekretarzem generalnym NATO Markiem Rutte. Jak przekazał, "eskalacja ze strony Rosji postępuje". "Nie możemy wykluczyć prowokacji ze strony Rosji wobec któregoś z członków NATO" – oświadczył.
Czytaj więcej
Rosyjski atak pod Kijowem. 27 osób zginęło, wśród rannych dzieci
29.08.2026 11:21
