Donald Trump jest nam potrzebny
Co musisz wiedzieć:
- Artykuł stawia tezę geopolityczną: w świecie dzielącym się na blok amerykański oraz chińsko-rosyjski autor uznaje USA – mimo kontrowersji wokół Donalda Trumpa – za kluczowego partnera Polski.
- Krytycznie oceniana jest Unia Europejska, przedstawiana jako projekt coraz bardziej scentralizowany, zdominowany przez interesy Niemiec i skłonny do ograniczania suwerenności państw takich jak Polska.
- Trump jest pokazany jako realny czynnik osłabiający Rosję, m.in. poprzez działania energetyczne, presję gospodarczą i twardą politykę międzynarodową, skuteczniejszą – zdaniem autora – niż działania europejskich liderów.
- Współpraca z USA nie jest idealizowana, ale traktowana jako relacja oparta na wspólnym interesie strategicznym, który w obecnych warunkach ma dla Polski większą wartość niż „oferta europejska”.
Zbiorowa histeria wokół Donalda Trumpa przybiera absurdalne rozmiary. Jak każda histeria ma niewiele wspólnego z rzeczywistością, ale konsekwencje może mieć jak najbardziej realne, a moim zdaniem groźne dla Polski.
Paniki "moralne"
W wywoływaniu panik "moralnych" lewicowo-liberalne elity doskonalą się od dziesiątków lat. Złożony i skuteczny system polityczno-społeczno-medialny dzięki ogromnym pieniądzom uzyskał nawet nowy filar - media społecznościowe. Również dlatego taką histerię wywołuje platforma Elona Muska "X", która nie chce się temu systemowi podporządkować. I dlatego coraz bardziej totalitarna, a na pewno pozbawiona aspektów demokracji i zbywająca pozory praworządności Unia Europejska, usiłuje założyć jej cenzorski kaganiec.
W Polsce efekty działania tego systemu obserwujemy od prawie już czterdziestu lat, kiedy to zaczęła go implementować Gazeta Wyborcza wskazując kciukiem Michnika, niczym podczas walk gladiatorów, kto ma prawo publicznie żyć, a kogo ma spotkać publiczna "śmierć". Mechanizmy cancel culture były realizowane w praktyce wobec każdego kto zagrażał "salonowi" na długo zanim zostały nazwane.
- Wyłączenia prądu w woj. pomorskim. Ważny komunikat dla mieszkańców
- Ważny komunikat dla mieszkańców Łodzi
- ZUS wydał ważny komunikat
- Ważny komunikat dla mieszkańców Poznania
- Komunikat dla mieszkańców Warszawy
- Pilny komunikat Polskiej Agencji Kosmicznej. Chińska rakieta może przelecieć nad Polską
- Komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy
- Ważny komunikat dla mieszkańców Gdańska
- W Polsce otwiera się największy hotel nad Bałtykiem – Niemcy w panice
- Sztorm Kristin wyrządził szkody na terenie sanktuarium w Fatimie
- Brak przesłanek do zawieszenia? Nauczycielka z Kielna może wrócić do pracy
- Qatargate to przy tej aferze będzie pikuś
Od Kaczyńskiego do Trumpa
W Polsce, o czym chyba mało kto już pamięta bodaj pierwszą ofiarą takiej indukowanej paniki "moralnej" padł Lech Wałęsa, który "ośmielił się" kandydować na prezydenta przeciwko Tadeuszowi Mazowieckiemu, a nawet z nim wygrać de facto go ośmieszając, ponieważ ten nie wszedł wtedy nawet do II tury. Dziś Lech Wałęsa jest już po drugiej stronie. Nie jest to zresztą zjawisko odosobnione. Podobną drogę przeszli Niesiołowski, Giertych, Sikorski i inni. Co, zwraca na to uwagę Rafał Ziemkiewicz, rodzi bardzo ciekawe pytania. Ofiar systemu było jednak znacznie więcej, począwszy od Jana Olszewskiego, przez Andrzeja Leppera, Antoniego Macierewicza, ks. Jacku Stryczku, wielu innych, a skończywszy na nazwisku, które jest leitmotivem tego typu kampanii od dziesięcioleci, czyli Jarosławie Kaczyńskim, oraz wczesniej jego bracie, na którym testowano "przemysł pogardy" Lechu Kaczyńskim.
Dziś ofiarą tego systemu, na poziomie Zachodu, staje się, oczywiście, że jako człowiek niedoskonały, ale przede wszystkim śmiertelnie dla całego systemu systemów groźny - Donald Trump.
Blok amerykański
Zacznijmy jednak od początku. Wszystko wskazuje na to, że na świecie formują się dwa geopolityczne bloki. Blok wokół Stanów Zjednoczonych. I blok wokół Chin i zwasalizowanej przez Chiny Rosji. Być może samodzielnym bytem zostanie tzw. Globalne Południe, ale na dzisiaj wydaje się, że ciąży ono w kierunku bloku chińsko-rosyjskiego. Jest to proces, który w sposób jawny i utajony zachodził od dawna, ale działania Donalda Trumpa zerwały tu wiele zasłon i zmusiły graczy do zdjęcia masek.
Akcją w Wenezueli Donald Trump wyraźnie zaznaczył amerykańską strefę wpływów w obu Amerykach. Dał również do zrozumienia, że okres "rozmemłanej" Ameryki Bidena już się skończył i wyciąganie wniosków z tragikomicznej ucieczki USA z Afganistanu, może obecnie doprowadzić do błędnych wniosków. Nie udało mu się natomiast "przeciągnąć" Rosji w kierunku bloku antychińskiego. Rosja kilkakrotnie dała mu w sposób dość obcesowy do zrozumienia, że chętnie przyjmie wyciągniętą amerykańską rękę, by na nią napluć i wrócić do całowania chińskiej. To dlatego Trump dziś realnie Rosję osłabia. I robi to skuteczniej niż którykolwiek z "przywódców europejskich". Wywołany działaniami Donalda Trumpa spadek cen ropy jest dla rosyjskiego budżetu bolesny. Wyjęcie Wenezueli z rosyjskiej strefy wpływów, daje w dłuższej perspektywie zabezpieczenie przed szantażem energetycznym.
Jeśli dodać do tego destabilizację tradycyjnie wrogiego USA, a sprzyjającego Rosji Iranu, działania w Syrii, Armenii, Azerbejdżanie, aresztowania pośród rosyjskich tankowców floty cieni, na co nie poważył się wcześniej żaden z machających malutkimi szabelkami "przywódców wolnego świata", wyraźnie widać jak Stany Zjednoczone pod wodzą Donalda Trumpa zagięły parol na krnąbrną Moskwę. Być może po serii bolesnych ciosów wróci temat zakończenia wojny na Ukrainie.
Blok chińsko-rosyjski
Z drugiej strony "europejscy przywódcy" wyraźnie ciążą w kierunku bloku chińsko-rosyjskiego. Na deklaracje Donalda Trumpa ws. Grenlandii zareagowali z większą agresją niż kiedykolwiek zareagowali w przypadku inwazji Rosji na Ukrainę. Berlin tak naprawdę nigdy nie zrezygnował z robienia interesów z Moskwą. Wprawdzie po początkowym ośmieszeniu zaczął wspierać Ukrainę, która nawet, najwyraźniej w nadziei na profity na tym kierunku, zerwała w dość obraźliwy sposób, ustami Wołodymyra Zełenskiego na forum ONZ sojusz z Polską, okazało się, że realna pomoc ma się nijak do tromtadrackich i szeroko nagłaśnianych obietnic, ale trzeba to przyznać. Jednocześnie jednak rosyjska ropa płynie do Niemiec szerokim strumieniem jako ropa "kazachska", Niemcy bronią zamrożonych rosyjskich aktywów w zachodnich bankach, a niemieccy politycy już mówią o powrocie do "wielkiego biznesu" w Rosją.
– Jeśli uda nam się przywrócić pokój i wolność Europie, jeśli w końcu znajdziemy równowagę w stosunkach z naszym największym europejskim sąsiadem, mówię o Rosji, jeśli zapanuje pokój, jeśli zostanie zapewniona wolność – jeśli to wszystko nam się uda, to Unia Europejska, my w Niemczech zdamy ten kolejny test i będziemy mogli z ufnością patrzeć w przyszłość po 2026 roku.
- mówił kanclerz Friedrich Merz przemawiając do przedstawicieli biznesu podczas noworocznego przyjęcia w Halle nazywając Rosję krajem europejskim i wyrażając nadzieję, że UE osiągnie równowagę w stosunkach z Moskwą.
Powrót do "wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku"
Nie inaczej zachowują się inni przywódcy
– Chiny są mile widziane, ale potrzebujemy więcej chińskich bezpośrednich inwestycji zagranicznych w Europie
– mówił w Davos prezydent Francji Emmanuel Macron, a wcześniej nawet Giorgia Meloni:
– Myślę, że Macron ma w tej kwestii rację. Wierzę, że nadszedł czas, by Europa również rozmawiała z Rosją.
Umowy z Mercosur i Indiami, również tworzą przestrzeń wolnego handlu z krajami prochińskiego i prorosyjskiego BRICS, nie z krajami Zachodu.
Jeśli dołożyć do tego desperacką, wręcz histeryczną próbę pchnięcia naprzód "integracji europejskiej", w wyniku której ma postać "przeciwwaga dla Stanów Zjednoczonych", trzeba być naprawdę ślepym, żeby nie dostrzec symptomów szybkiego powrotu do "ideałów" "wspólnej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku".
Żeby było "śmieszniej" w tym "europejskim" chórze śpiewają ci w Polsce, którzy najgłośniej krzyczą o "ruskich onucach".
"Europejska" oferta dla Polski
Polska ma dziś przed sobą dwie drogi. Drogę proponowaną jej przez "partnerów europejskich", czyli de facto Niemcy. I drogę proponowaną przez Stany Zjednoczone, wyrażoną w amerykańskiej strategii bezpieczeństwa narodowego. Tak, chciałoby się, żeby Polska wyrąbywała sobie własną drogę własnymi siłami. I to jest priorytet. Polska przede wszystkim musi budować własną siłę. Gospodarczą, militarną, społeczną i polityczną. Niestety, choć je buduje, to na dzisiaj to nie wystarczy. Nasza suwerenność dochodzi do punktu granicznego. Unijne instytucje, za nic mając sobie traktaty, otwarcie kwestionują podstawy konstytucyjnego ładu RP. Nadchodząca nowa perspektywa budżetowa w całości już będzie oparta o żądanie "praworządności", z którą Unia Europejska, podobnie jak z demokracją, ma tyle wspólnego co Armia Czerwona z "wolnością", którą rzekomo Polsce niosła. W istocie budowany jest mechanizm łamania kręgosłupów "niepokornym" państwo członkowskim. I można się zakładać, że będzie owszem stosowany wobec krajów takich jak Polska, ale nie wobec krajów takich jak Niemcy czy Francja.
Jeśli dołożyć do tego plany likwidacji jednomyślności (i tak już mocno poobijanej) w procesie podejmowania decyzji, to utrata przez Polaków wpływu na własne państwo jest już tylko kwestią czasu. Trzeba być naprawdę ciężkim frajerem żeby wierzyć, że ktokolwiek odbiera komukolwiek wpływ na własne państwo po to żeby mu "robić dobrze".
Nie, jedynym logicznym wnioskiem jest chęć zaspokojenia głodu żarłocznego niemieckiego imperializmu ukrytemu dziś za "ideą europejską". Niektórzy twierdzą, że "imperium europejskie" przysłuży się "wszystkim Europejczykom". Doprawdy? A czy strefa euro się przysłużyła? Czy też może przysłużyła się głównie Niemcom, może jeszcze trochę Holandii? W tym czasie znaczenie Unii Europejskiej jako całości, w światowej gospodarce znacząco spadło.
"Wspólna armia europejska"
W ten sam sposób postrzegam plany budowy "wspólnej armii europejskiej", które nagle wystrzeliły otulone masową propagandą w mediach społecznościowych. Nagle w sieci zaroiło się od treści, filmów i grafik, na których, po latach przekonywania, że największym zagrożeniem dla świata są biali, heteroseksualni mężczyźni, widzimy białych, heteroseksualnych mężczyzn w kontekstach niepokojąco przypominających niemieckie plakaty nakłaniające do wstępowania do Waffen SS. I żadnych kobiet, żadnych ciemnoskórych, żadnych gejów. Za to na wszystkich szereg wojskowego sprzętu sprawiającego wrażenie mocno "emisyjnego".
Unia Europejska "zbuduje" tę armię tak samo jak do tej pory "budowała" swoje przewagi konkurencyjne, fabryki chipów, zeroemisyjność, "tanią energię z OZE" i "moralne przywództwo" na świecie. Ten przeżarty korupcją, oderwany od rzeczywistości, patologiczny twór być może jest w stanie przyspawać nakrętki do butelek, ale z pewnością nie jest w stanie zbudować armii, która byłaby nas w stanie obronić przed Rosją. Zresztą, wyobrażacie sobie żołnierzy niemieckich, czy francuskich, spieszących nam na pomoc, a potem walczących z żołnierzami rosyjskimi? No właśnie. Być może jednak "wiodącym" w UE Niemcom uda się skonsumować w ten sposób polskie inwestycje w armię, a to co powstanie, choć do obrony przed Rosją nie wystarczy, to na przykład do pacyfikacji "zbuntowanych Polaków" może wystarczyć.
Zaszywanie się w worku z trupem
I to jest właśnie "oferta", którą mają dla nas "europejscy przywódcy". Oferta sprowadzająca Polskę do pozbawionej wpływu na samą siebie przestrzeni eksploatacji na użytek budowanego w pośpiechu "państwa unijnego" a de facto niemieckiego. W ramach tej "oferty" usiłuje się sprawić wrażenie, że "ci którzy się na to zgodzą uzyskają coś w rodzaju statusu wice-Niemców". Podczas gdy taka oferta nie leży na stole i nigdy nie leżała. Realnie status wice-Niemców jest oferowany jedynie demontującymi polskie struktury lokalnym gubernatorom. Reszta jest przewidziana do roli pasanego na gorszych pastwiskach bydła, które może się przydać "centrali" jako rezerwuar taniej siły roboczej, czy rynek zbytu, ale też niekoniecznie musi.
A jeśli ktoś, mimo to, upiera się, że "być obywatelem europejskiego imperium" to dla niego propozycja atrakcyjna, niech zważy na opisany w książce Wolfganga Munchaua "Kaput" upadek niemieckiego modelu gospodarczego, którego nawet konsumpcja polskich zasobów nie utrzyma. Ba, nie utrzymają go prawdopodobnie również umowy o wolnym handlu z Mercosur i Indiami, ponieważ nadal będą oparte na niemieckim nałogowym uzależnieniu od eksportu. Tak więc zaszylibyśmy się tu w jednym worku z trupem.
Oferta amerykańska dla Polski
Z drugiej strony mamy ofertę amerykańską. I żeby było jasne, ja nie mam złudzeń. Donald Trump został prezydentem USA żeby robić dobrze Amerykanom i z tego jest rozliczany. Nie jest prezydentem Polski. Prezydentem Polski jest Karol Nawrocki. Mało tego. Ja doskonale pamiętam, że Georgette Mosbacher zachowywała się w Polsce jak przekupa. Świetnie pamiętam ustawę 447 i jak roszczeniowe środowiska żydowskie używały Waszyngtonu jako dźwigni przeciwko Polsce. I nadal twierdzę, że oferta amerykańska jest najlepszą dla Polski spośród dostępnych. A właściwie jedyną, która z naszego punktu widzenia ma jakiś sens.
I nie chodzi tu o to, że Stany Zjednoczone są dobrym wujkiem, który nie może się doczekać żeby nam coś dać. Nie są, a Donald Trump nie jest Napoleonem, który nas uratuje przed zaborcami. Mamy coś lepszego. Mamy wspólny interes. Nie wszystkie możliwe interesy, ale interes istotny. Otóż w interesie Stanów Zjednoczonych, które zmuszone są dziś do rozproszenia sił, a powinny się skupić na teatrze pacyficznym, jest istnienie na tyle samodzielnej i silnej Polski żeby stanowiła ośrodek zabezpieczający przed powstaniem wrogiej wobec Stanów Zjednoczonych "wspólnej rosyjsko-niemieckiej przestrzeni od Lizbony do Władywostoku", której istnienie, co za zbieg okoliczności, nie jest również w interesie Polski.
W tym kontekście jak najbardziej rozumiem słowa Sławomira Cenckiewicza wyrażającego obawę, że z unijnego programu SAFE Polska nie będzie mogła kupować sprzętu amerykańskiego. Oczywiście, z całą ostrożnością do "unijnych kredytów" (vide KPO), które sami sobie finansujemy, ale kto inny decyduje jak możemy je wydać, cieszę się, jeśli można będzie te pieniądze wydać w polskiej zbrojeniówce. Ale co jeśli się okaże, że jednak nie? Że koniecznym będzie wydawanie ich w zbrojeniówkach niemieckiej i francuskiej? A w dłuższej perspektywie synchronizacja zakupów uzbrojenia będzie dziwnie kompatybilna z planami budowy "wspólnej armii europejskiej".
Nie wyjmy w tym chórze
Tak czy siak bardzo gorąco apelowałbym żeby nie oceniać Donalda Trumpa w rytm podawanych odgórnie taktów zbiorowej histerii. To prawda, że z Grenlandią przelicytował, choć doskonale rozumiem, że Grenlandia pod kontrolą Unii Europejskiej, to prędzej czy później Grenlandia pod kontrolą bloku chińsko-rosyjskiego. Pewnie można to było przeprowadzić skuteczniej i może po cichu. Tak czy siak Stany Zjednoczone dostaną możliwość rozbudowy instalacji wojskowych. A dobrze, że Polska się do tej niemieckiej awantury nie mieszała.
Nie jest w naszym interesie żeby powyżej opisane oferty geopolityczne dla Polski oceniać na podstawie lewicowo-liberalnego wycia, że "Trump zły", że powiedział to, czego w istocie nie powiedział, albo nawet nie przyszło mu do głowy, albo, że powiesił sobie w gabinecie takie czy inne zdjęcie. Jego prezydentura była dla interesu Polski darem z niebios. Gdyby nie ona kompatybilne reżimy w Brukseli/Berlinie i Waszyngtonie już dawno sprzedałyby Polskę w zamian za pokój na Ukrainie (Rosja dostałaby Noworosję, a Ukraina unijne koncesje kosztem Polski). Gdyby do Polski wciąż płynęły szerokim strumieniem pieniądze z USAiD na szemrane kampanie, prawdopodobnie Karol Nawrocki nie zostałby prezydnetem.
A tak, ciągle jesteśmy w grze i choć przed nami tyle samo zagrożeń co szans, to ciągle możemy to wygrać. Byle byśmy w większości wykazali się zbiorową mądrością, a nie podatnością na melodię wycia podawaną z obcych stolic, przekazywaną przez zainstalowane tu zagraniczne media dla Polaków.




