Żadnych refleksji: Rząd nie zamierza rezygnować ze swojej agresywnej retoryki

Mimo że twarda polityka rozliczeń poprzedników przy pomocy co najmniej wątpliwych prawnie środków nie przyniosła oczekiwanych efektów w postaci spektakularnego zwycięstwa w kwietniowych wyborach samorządowych, politycy rządzącej koalicji zdają się nie planować zmiany obranego kursu. Ten brak refleksji jest bardzo niepokojący, bo kontynuowanie tych działań może być niebezpieczne dla państwa.
Donald Tusk
Donald Tusk / PAP/Paweł Supernak

Kto nie z nami, ten z Rosją 

„Zachód czy Wschód? Europa czy Rosja? KO czy PiS? To są wybory, przed którymi staje dziś Polska. Każdego dnia dowiadujemy się o kolejnych faktach, które potwierdzają takie właśnie znaczenie tych wyborów. Niech nikt dłużej nie udaje, że tego nie widzi” – wpis o takiej treści zamieścił na portalu X premier Donald Tusk. Jeśli porównamy go z innymi jego wpisami, to widać tu pewien plan na zdefiniowanie i narzucenie osi podziału politycznego na czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Uważasz się za człowieka wierzącego w zachodnie wartości? Musisz zatem głosować na KO (znamienne, że premier w kreślonym przez siebie podziale nie uwzględnia politycznych koalicjantów z Trzeciej Drogi i Lewicy). Głosujesz na PiS? Znaczy, że jesteś zdrajcą lub w najlepszym razie „pożytecznym idiotą” Rosji. Kompletna absurdalność tego podziału nie ma tu większego znaczenia. Ani to, że to przecież Polska rządzona przez PiS po agresji Rosji na Ukrainę w sposób bezprecedensowy pospieszyła z pomocą napadniętemu sąsiadowi. Nie jest istotne również to, że to otoczenie metapolityczne (politycy, dziennikarze, zaprzyjaźnieni eksperci) przez lata oskarżało prezesa PiS o rusofobię, „machanie przed Rosją szabelką” czy o „skłócanie nas z sąsiadem”. Gdy we wrześniu 2010 roku Jarosław Kaczyński napisał list (pt. „Sojusznicy i wartości”), który został rozesłany do wszystkich europosłów i wszystkich ambasadorów w Polsce, w którym prezes PiS przekonywał, że Rosja prowadzi niebezpieczną, neoimperialną politykę i nie spotyka się to z odpowiednią reakcją Europy i Ameryki, to najostrzejsza na niego reakcja przyszła ze strony… ówcześnie rządzącej naszym krajem PO. Sławomir Nowak wzywał wówczas Jarosława Kaczyńskiego, by ten „wycofał się z tego listu”, gdyż zdaniem polityka PO był on „sprzeczny z polską racją stanu”. Dziś za sprawą nowej narracji narzucanej przez polityków aktualnie sprawujących władzę ten sam Kaczyński, który jeszcze wczoraj był rusofobem, ma zostać na zasadzie pstryknięcia palców politykiem prorosyjskim lub nawet „agentem Putina”. Jednak, jak już wspominałem, nie o prawdziwość kreślonej przez Donalda Tuska i jego otoczenie osi podziału tu chodzi. Obsadzając politycznych konkurentów w roli „zdrajców Polski”, premier chce z jednej strony maksymalnie podgrzać społeczne emocje (by spróbować wywołać efekt podobny do tego z 15 października zeszłego roku), z drugiej zaś poprzez „odczłowieczenie” opozycji usprawiedliwić brutalne działania przeciw niej skierowane. W końcu przeszukiwanie domów polityków opozycji bez wcześniejszego uchylenia im immunitetu jest w istocie olbrzymim nadużyciem władzy, ale czy w sytuacji, gdy po drugiej stronie jest „rosyjska agentura”, nie staje się jednak nieco bardziej uzasadnione? Premier Tusk wierzy, że polityka brutalnej polaryzacji da mu wyborcze zwycięstwo. Wierzył tak przy okazji wyborów samorządowych, choć wtedy powyborcza rzeczywistość boleśnie to zweryfikowała. 
 

Zniszczyć PiS

 

Powróćmy do tamtych wyborów. Główną treść zakończonej w zeszłym miesiącu kampanii wyborczej w wykonaniu obecnie rządzącej koalicji można przedstawić za pomocą jednego hasła: „Zniszczyć PiS”. Tak ostro sformułowana, w swej istocie czysto manichejska treść, była dyktowana przez samego Donalda Tuska, ale ulegli jej (mniej lub bardziej chętnie) nawet ci politycy Trzeciej Drogi czy Partii Razem, którzy w przeszłości krytykowali podział polityczny oparty na „plemiennej wojnie”. Z pozoru dla obecnej większości był to podział bardzo wygodny. Zwalniał – a przynajmniej opóźniał – z konieczności tłumaczenia się z niepopularnych społecznie decyzji, takich jak: likwidacja zerowej stawki VAT na żywność czy osłon przed wzrostem cen energii. Tworzył osłonę medialną, z której nowy rząd może korzystać w sytuacji kolejnych niepopularnych decyzji. Jednocześnie wykorzystując policję i prokuraturę, skutecznie absorbował uwagę polityków PiS, utrudniając im wejście w rolę skutecznej opozycji patrzącej na ręce władzy. Podobno dużą rolę w obraniu właśnie takiej politycznej strategii miał sondaż IPSOS dla OKO.press i TOK FM opublikowany na początku marca tego roku. Sformułowano w nim pytanie: „W jakim stopniu zgadza się Pan/Pani z tym, że należy, w ramach zdecydowanych rozliczeń z rządami PiS, ukarać i wymienić jak najwięcej osób, które pracowały w instytucjach publicznych w latach 2016–2023?”. Odsetek respondentów, którzy udzielili twierdzącej odpowiedzi w całym społeczeństwie, wyniósł aż 57%. Co więcej, nie odnotowano żadnych istotnych różnic poparcia dla tego postulatu między wyborcami KO, Lewicy i TD. Można powiedzieć, że chęć rozliczenia poprzedników jest tym czynnikiem, który najbardziej spaja elektoraty aktualnie rządzącej koalicji. Wspomniany sondaż miał zrobić duże wrażenie na Donaldzie Tusku i ostatecznie utwierdzić go w przekonaniu, że model prowadzenia polityki, jaki przyjął po przejęciu władzy, jest słuszny i już wkrótce przyniesie mu polityczne profity. Co warto podkreślić, przeświadczenie, że na tym politycznym paliwie można jeszcze daleko dojechać, było silne nie tylko wśród polityków, ale też wielu dziennikarzy. Jacek Żakowski, który często swoimi refleksjami potrafił wychodzić poza ramy dominującego dziś dziennikarstwa tożsamościowego (jak wtedy, gdy głosił, że o kształcie mediów publicznych obecni rządzący powinni rozmawiać z opozycją), 21 marca na antenie TVP Info wygłosił następujący pogląd: „Naprawdę ten rząd nie powstał, by załatwić 100 konkretów. I myślę, że bardzo mało osób głosowało na któryś z tych konkretów. Ludzie głosowali na demokrację w Polsce. To był jeden najważniejszy konkret. I z tego konkretu ta władza się wywiązała”. Czy rzeczywiście społeczeństwo tak uważa?

Czytaj także: Dr Artur Bartoszewicz: Trudno jest odkleić młodzież od asfaltu

 

Niedemokratycznie w imię demokracji 

 

Zacznijmy od kwestii rozliczeń. Zasadniczo nie jestem im przeciwny. W demokracji poza powołanymi do tego instytucjami oraz mediami (zwanymi czasem „czwartą władzą”) funkcję kontrolną względem polityków sprawują też inni politycy. Dzięki temu powstaje system, który także sam sobie patrzy na ręce. Poza tym, jeśli w przestrzeni publicznej padły względem poprzedniej ekipy rządzącej najcięższe oskarżenia (a padły), to społeczeństwo ma prawo dowiedzieć się, ile było w nich prawdy. Prowadzone w sposób uczciwy (z zapewnieniem możliwości obrony opozycji) rozliczenie poprzedników jest bez wątpienia dobre dla demokracji. Jest jednak złe, gdy eskalacja rewanżyzmu ze strony rządzących jest tak silna, że w swojej chęci odwetu na poprzednikach naruszają oni wszelkie możliwe przepisy prawne, z konstytucją na czele. Jeszcze gorzej, gdy tego typu działania nie spotykają się ze zdecydowaną, krytyczną reakcją. Krótko po utworzeniu nowego rządu profesor Wojciech Sadurski wzywał, by w imię idei „sprzątania po PiS” zacząć… łamać konstytucję. Zdaniem prawnika: „Nieprzekraczanie przepisów konstytucji doprowadzi do tragedii”. Podobny pogląd wyraził prof. Klaus Bachmann z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Na portalu „Berliner Zeitung” publicysta napisał: „Teraz nad Wisłą rozpoczyna się unikalny w skali światowej eksperyment, który mógłby być nauczką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje przy pomocy niedemokratycznych środków przywrócić kraj do demokracji”. Tu można postawić pytanie – czy rzeczywiście ci ludzie, którzy zdaniem Jacka Żakowskiego głosowali na obecnie rządzących w celu „przywrócenia demokracji”, mieli na myśli właśnie taką demokrację? Mam w tej sprawie wątpliwości. Poza tym czy rzeczywiście większość polskiego społeczeństwa tak bardzo chce „rozliczenia PiS-u”? Z pewnością chce tego istotna część opiniotwórczych elit oraz elektoratów partii obecnej koalicji, ale na ile jest to głos reprezentatywny dla całości społeczeństwa? „Czy i który z następujących polityków związanych z prawicą powinien być według Pana(i) osądzony?” – brzmiało pytanie w opublikowanym w połowie kwietnia sondażu IPSOS dla TOK FM i OKO.press. Badani mogli wybrać trzy nazwiska spośród wymienionych polityków. Co znamienne, wśród wymienionych byli jedynie ci związani ze Zjednoczoną Prawicą (co samo w sobie mówi dużo o stanie debaty publicznej w Polsce). Blisko 43% Polek i Polaków nie wskazało żadnego nazwiska. Co warto podkreślić, jest to dużo więcej, niż wynosi obecny elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Jest to ciekawy wynik, tym bardziej że sondaż zrealizowano już po kilkumiesięcznym intensywnym „rozliczaniu PiS” przez obecnie rządzących. Społeczeństwo jest zmęczone rozliczeniami, uważa je za temat zastępczy, a może ich obecna forma coraz mniej mu odpowiada?

Zupełnie inną, choć niezwykle istotną kwestią pozostaje to, że przywoływany w tekście prezentowany przez profesorów Przemysława Sadurę i Klausa Bachmanna sposób myślenia jest nie tylko absurdalny na tylu poziomach, że nie sposób byłoby tu wszystkich wymienić. Jest też, niestety, bardzo niebezpieczny. 
Pomijam już nawet groteskowość opowieści o „przywracaniu demokracji” po PiS. Przy wszystkich swoich wadach oraz podjętych przez poprzedni rząd decyzjach, które można (a czasem nawet trzeba) krytykować, był to rząd absolutnie demokratyczny, a po utracie władzy w demokratyczny sposób ją oddał. W tych wszystkich opowieściach o przywracaniu demokracji poprzez jej łamanie jest coś dużo bardziej niebezpiecznego. W końcu czy można złamać konstytucję „tylko ten jeden raz” i mieć nadzieję na zbudowanie trwałych ram, które następnie będą szanowane przez wszystkie strony również w przyszłości? Skoro obecna władza, naruszając normy, nie spotyka się z twardą reakcją ze strony wielu środowisk, które twierdziły, że największą wartością są dla nich „rządy prawa”, to czy jakakolwiek inna władza będzie się w przyszłości przejmowała krytycznymi reakcjami? Poza tym, o ile państwo zawsze funkcjonuje jako mechanizm, to społeczeństwo funkcjonuje jako organizm. I podobnie jak każdy organizm zmienia się pod wpływem tego, czego doświadcza. Czy zatem liberalna demokracja może zanegować samą siebie, by „rozprawić się z populistami”, a pod koniec tego procesu pozostać dalej liberalną demokracją? To pytanie wydaje się retoryczne. 

Czytaj także: Wielki reset pamięci: jak liberałowie próbują zamazać, kto jeszcze niedawno bratał się z Putinem

 

Więcej tego samego

 

Dziś wiemy, że wszelkie pytania o powyborcze refleksje rządzących okazały się czysto retoryczne. Już komentując wyniki wyborów, szef MSWiA Marcin Kierwiński zapowiedział… jeszcze więcej tego samego. – Trzeba przyspieszyć realizację rozliczania tego, co wyprawiało PiS przez ostatnie osiem lat – mówił polityk na antenie TVN24. Przyznam, że gdy słuchałem tej wypowiedzi, zastanawiałem się, czy mamy tu do czynienia ze sprawnym, ale bardzo cynicznym politycznym graczem, czy też człowiekiem, który nie panuje już nad własnymi emocjami. Po kilku tygodniach widzę, że choć oba tłumaczenia mogą mieć tu jakieś zastosowanie, to przede wszystkim mamy tu ciągłe odtwarzanie tej samej politycznej strategii. Być może jej celem jest również przykrycie innej niewygodnej kwestii – nowy rząd nie ma własnej misji modernizacyjnej. Od wyborów minęło już kilka miesięcy, a dalej nie wiadomo, jaki jest cel jego trwania. Czy chodzi tylko to, „by PiS nie rządził”? Czy społeczeństwu na dłuższą metę taki cel wystarczy? Mam wątpliwości.  

Pozostaje też inna ważna kwestia. To, że fundowany przez rządzących spektakl nie przynosi oczekiwanych politycznych korzyści, to ich problem. Jednak to, iż spektakl ten przy okazji ingeruje w delikatną tkankę społeczną i niszczy fundamenty państwa rozumianego jako dobro wspólne, jest już problemem nas wszystkich. W polityce raz jest się w rządzie, raz w opozycji. Obie role są ważne i obu należy się nauczyć. Obecni rządzący zdają się wciąż odreagowywać lata spędzone w opozycji. W rezultacie w dużej mierze zamiast na realizację własnych obietnic zdecydowali się na napędzany rewanżyzmem twardy kurs. Zła to droga dla nas wszystkich i wątpliwe jest, by przyniosła rządzącym korzyści, nawet jeśli zaspokaja ona toksyczne emocje tego czy innego polityka.
 


 

POLECANE
Szef KPRP: To moment sprawdzam dla rządzących. Mercosur i bezpieczeństwo Polski z ostatniej chwili
Szef KPRP: To moment "sprawdzam" dla rządzących. Mercosur i bezpieczeństwo Polski

Dopiero dzień przed protestami rolników rząd bierze się za prezydencki projekt „Ochrona polskiej wsi”. Stawka jest ogromna: zakaz sprzedaży ziemi, los umowy UE–Mercosur i bezpieczeństwo żywnościowe kraju. Szef KPRP mówi wprost: to moment "sprawdzam" dla rządzących.

Spotkanie prezydenta i premiera. Znamy szczegóły z ostatniej chwili
Spotkanie prezydenta i premiera. Znamy szczegóły

W piątek ma dojść do spotkania prezydenta Karola Nawrockiego i premiera Donalda Tuska. Według nieoficjalnych informacji PAP rozmowy mają rozpocząć się o godz. 13.30.

Prof. Kazimierz Nowaczyk pobity wideo
Prof. Kazimierz Nowaczyk pobity

Prof. Kazimierz Nowaczyk, wiceprzewodniczący podkomisji smoleńskiej, został ciężko pobity przed swoim domem tuż po publikacji analizy AI wykazującej, że doszło w Smoleńsku do zamachu.

Irlandia podjęła decyzję. Zagłosujemy przeciwko umowie UE–Mercosur z ostatniej chwili
Irlandia podjęła decyzję. "Zagłosujemy przeciwko umowie UE–Mercosur"

Irlandia zagłosuje przeciwko umowie o wolnym handlu między Unią Europejską i organizacją państw Ameryki Płd. Mercosur w jej obecnym kształcie – zapowiedział w czwartek wicepremier Irlandii Simon Harris. Podkreślił, że tzw. klauzule ochronne nie są dla władz w Dublinie wystarczające.

NFZ wydał pilny komunikat z ostatniej chwili
NFZ wydał pilny komunikat

Odmrożenia zimą grożą nie tylko przy mrozie, ale też przy wietrze i wilgoci. NFZ zwraca uwagę, gdzie występują najczęściej, jak im zapobiegać, jak bezpiecznie ogrzać skórę i kiedy potrzebna jest pilna pomoc lekarska.

Senat obcina budżet TK o ponad 9 mln zł. „Nowi sędziowie nie otrzymają wynagrodzeń” z ostatniej chwili
Senat obcina budżet TK o ponad 9 mln zł. „Nowi sędziowie nie otrzymają wynagrodzeń”

„Senat wprowadził poprawkę, która zabiera Trybunałowi Konstytucyjnemu ponad 9 milionów złotych w ramach budżetu” – alarmuje w mediach społecznościowych poseł Michał Wójcik.

Media: Tak prezydent i premier umówili się na rozmowy. SMS zamiast oficjalnych kanałów z ostatniej chwili
Media: Tak prezydent i premier umówili się na rozmowy. "SMS zamiast oficjalnych kanałów"

W piątek prezydent Karol Nawrocki spotka się z premierem Donaldem Tuskiem. Według informacji Radia ESKA politycy umówili się na spotkanie bezpośrednio, za pomocą… SMS.

Zablokowany port kontenerowy w Gdańsku. Protestują przewoźnicy z ostatniej chwili
Zablokowany port kontenerowy w Gdańsku. Protestują przewoźnicy

Największy w Polsce Terminal Kontenerowy Baltic Hub został sparaliżowany przez przewoźników, którzy nie godzą się na wprowadzenie drakońskich opłat.

Do jakiego zwierzęcia go porównać? Kaczyński odpowiada Kierwińskiemu z ostatniej chwili
"Do jakiego zwierzęcia go porównać?" Kaczyński odpowiada Kierwińskiemu

– Jeżeli obrona kobiet to jest zachowanie się jak hiena, to trzeba by tu zapytać, do jakiego zwierzęcia można porównać pana Kierwińskiego? – pyta prezes PiS Jarosław Kaczyński.

Konfederacja złożyła projekt ustawy o przeciwdziałaniu alienacji rodzicielskiej z ostatniej chwili
Konfederacja złożyła projekt ustawy o przeciwdziałaniu alienacji rodzicielskiej

Klub Konfederacji złożył do Sejmu projekt ustawy o przeciwdziałaniu alienacji rodzicielskiej.

REKLAMA

Żadnych refleksji: Rząd nie zamierza rezygnować ze swojej agresywnej retoryki

Mimo że twarda polityka rozliczeń poprzedników przy pomocy co najmniej wątpliwych prawnie środków nie przyniosła oczekiwanych efektów w postaci spektakularnego zwycięstwa w kwietniowych wyborach samorządowych, politycy rządzącej koalicji zdają się nie planować zmiany obranego kursu. Ten brak refleksji jest bardzo niepokojący, bo kontynuowanie tych działań może być niebezpieczne dla państwa.
Donald Tusk
Donald Tusk / PAP/Paweł Supernak

Kto nie z nami, ten z Rosją 

„Zachód czy Wschód? Europa czy Rosja? KO czy PiS? To są wybory, przed którymi staje dziś Polska. Każdego dnia dowiadujemy się o kolejnych faktach, które potwierdzają takie właśnie znaczenie tych wyborów. Niech nikt dłużej nie udaje, że tego nie widzi” – wpis o takiej treści zamieścił na portalu X premier Donald Tusk. Jeśli porównamy go z innymi jego wpisami, to widać tu pewien plan na zdefiniowanie i narzucenie osi podziału politycznego na czerwcowe wybory do Parlamentu Europejskiego. Uważasz się za człowieka wierzącego w zachodnie wartości? Musisz zatem głosować na KO (znamienne, że premier w kreślonym przez siebie podziale nie uwzględnia politycznych koalicjantów z Trzeciej Drogi i Lewicy). Głosujesz na PiS? Znaczy, że jesteś zdrajcą lub w najlepszym razie „pożytecznym idiotą” Rosji. Kompletna absurdalność tego podziału nie ma tu większego znaczenia. Ani to, że to przecież Polska rządzona przez PiS po agresji Rosji na Ukrainę w sposób bezprecedensowy pospieszyła z pomocą napadniętemu sąsiadowi. Nie jest istotne również to, że to otoczenie metapolityczne (politycy, dziennikarze, zaprzyjaźnieni eksperci) przez lata oskarżało prezesa PiS o rusofobię, „machanie przed Rosją szabelką” czy o „skłócanie nas z sąsiadem”. Gdy we wrześniu 2010 roku Jarosław Kaczyński napisał list (pt. „Sojusznicy i wartości”), który został rozesłany do wszystkich europosłów i wszystkich ambasadorów w Polsce, w którym prezes PiS przekonywał, że Rosja prowadzi niebezpieczną, neoimperialną politykę i nie spotyka się to z odpowiednią reakcją Europy i Ameryki, to najostrzejsza na niego reakcja przyszła ze strony… ówcześnie rządzącej naszym krajem PO. Sławomir Nowak wzywał wówczas Jarosława Kaczyńskiego, by ten „wycofał się z tego listu”, gdyż zdaniem polityka PO był on „sprzeczny z polską racją stanu”. Dziś za sprawą nowej narracji narzucanej przez polityków aktualnie sprawujących władzę ten sam Kaczyński, który jeszcze wczoraj był rusofobem, ma zostać na zasadzie pstryknięcia palców politykiem prorosyjskim lub nawet „agentem Putina”. Jednak, jak już wspominałem, nie o prawdziwość kreślonej przez Donalda Tuska i jego otoczenie osi podziału tu chodzi. Obsadzając politycznych konkurentów w roli „zdrajców Polski”, premier chce z jednej strony maksymalnie podgrzać społeczne emocje (by spróbować wywołać efekt podobny do tego z 15 października zeszłego roku), z drugiej zaś poprzez „odczłowieczenie” opozycji usprawiedliwić brutalne działania przeciw niej skierowane. W końcu przeszukiwanie domów polityków opozycji bez wcześniejszego uchylenia im immunitetu jest w istocie olbrzymim nadużyciem władzy, ale czy w sytuacji, gdy po drugiej stronie jest „rosyjska agentura”, nie staje się jednak nieco bardziej uzasadnione? Premier Tusk wierzy, że polityka brutalnej polaryzacji da mu wyborcze zwycięstwo. Wierzył tak przy okazji wyborów samorządowych, choć wtedy powyborcza rzeczywistość boleśnie to zweryfikowała. 
 

Zniszczyć PiS

 

Powróćmy do tamtych wyborów. Główną treść zakończonej w zeszłym miesiącu kampanii wyborczej w wykonaniu obecnie rządzącej koalicji można przedstawić za pomocą jednego hasła: „Zniszczyć PiS”. Tak ostro sformułowana, w swej istocie czysto manichejska treść, była dyktowana przez samego Donalda Tuska, ale ulegli jej (mniej lub bardziej chętnie) nawet ci politycy Trzeciej Drogi czy Partii Razem, którzy w przeszłości krytykowali podział polityczny oparty na „plemiennej wojnie”. Z pozoru dla obecnej większości był to podział bardzo wygodny. Zwalniał – a przynajmniej opóźniał – z konieczności tłumaczenia się z niepopularnych społecznie decyzji, takich jak: likwidacja zerowej stawki VAT na żywność czy osłon przed wzrostem cen energii. Tworzył osłonę medialną, z której nowy rząd może korzystać w sytuacji kolejnych niepopularnych decyzji. Jednocześnie wykorzystując policję i prokuraturę, skutecznie absorbował uwagę polityków PiS, utrudniając im wejście w rolę skutecznej opozycji patrzącej na ręce władzy. Podobno dużą rolę w obraniu właśnie takiej politycznej strategii miał sondaż IPSOS dla OKO.press i TOK FM opublikowany na początku marca tego roku. Sformułowano w nim pytanie: „W jakim stopniu zgadza się Pan/Pani z tym, że należy, w ramach zdecydowanych rozliczeń z rządami PiS, ukarać i wymienić jak najwięcej osób, które pracowały w instytucjach publicznych w latach 2016–2023?”. Odsetek respondentów, którzy udzielili twierdzącej odpowiedzi w całym społeczeństwie, wyniósł aż 57%. Co więcej, nie odnotowano żadnych istotnych różnic poparcia dla tego postulatu między wyborcami KO, Lewicy i TD. Można powiedzieć, że chęć rozliczenia poprzedników jest tym czynnikiem, który najbardziej spaja elektoraty aktualnie rządzącej koalicji. Wspomniany sondaż miał zrobić duże wrażenie na Donaldzie Tusku i ostatecznie utwierdzić go w przekonaniu, że model prowadzenia polityki, jaki przyjął po przejęciu władzy, jest słuszny i już wkrótce przyniesie mu polityczne profity. Co warto podkreślić, przeświadczenie, że na tym politycznym paliwie można jeszcze daleko dojechać, było silne nie tylko wśród polityków, ale też wielu dziennikarzy. Jacek Żakowski, który często swoimi refleksjami potrafił wychodzić poza ramy dominującego dziś dziennikarstwa tożsamościowego (jak wtedy, gdy głosił, że o kształcie mediów publicznych obecni rządzący powinni rozmawiać z opozycją), 21 marca na antenie TVP Info wygłosił następujący pogląd: „Naprawdę ten rząd nie powstał, by załatwić 100 konkretów. I myślę, że bardzo mało osób głosowało na któryś z tych konkretów. Ludzie głosowali na demokrację w Polsce. To był jeden najważniejszy konkret. I z tego konkretu ta władza się wywiązała”. Czy rzeczywiście społeczeństwo tak uważa?

Czytaj także: Dr Artur Bartoszewicz: Trudno jest odkleić młodzież od asfaltu

 

Niedemokratycznie w imię demokracji 

 

Zacznijmy od kwestii rozliczeń. Zasadniczo nie jestem im przeciwny. W demokracji poza powołanymi do tego instytucjami oraz mediami (zwanymi czasem „czwartą władzą”) funkcję kontrolną względem polityków sprawują też inni politycy. Dzięki temu powstaje system, który także sam sobie patrzy na ręce. Poza tym, jeśli w przestrzeni publicznej padły względem poprzedniej ekipy rządzącej najcięższe oskarżenia (a padły), to społeczeństwo ma prawo dowiedzieć się, ile było w nich prawdy. Prowadzone w sposób uczciwy (z zapewnieniem możliwości obrony opozycji) rozliczenie poprzedników jest bez wątpienia dobre dla demokracji. Jest jednak złe, gdy eskalacja rewanżyzmu ze strony rządzących jest tak silna, że w swojej chęci odwetu na poprzednikach naruszają oni wszelkie możliwe przepisy prawne, z konstytucją na czele. Jeszcze gorzej, gdy tego typu działania nie spotykają się ze zdecydowaną, krytyczną reakcją. Krótko po utworzeniu nowego rządu profesor Wojciech Sadurski wzywał, by w imię idei „sprzątania po PiS” zacząć… łamać konstytucję. Zdaniem prawnika: „Nieprzekraczanie przepisów konstytucji doprowadzi do tragedii”. Podobny pogląd wyraził prof. Klaus Bachmann z Uniwersytetu SWPS w Warszawie. Na portalu „Berliner Zeitung” publicysta napisał: „Teraz nad Wisłą rozpoczyna się unikalny w skali światowej eksperyment, który mógłby być nauczką dla wielu innych krajów: demokratycznie wybrana koalicja partii demokratycznych próbuje przy pomocy niedemokratycznych środków przywrócić kraj do demokracji”. Tu można postawić pytanie – czy rzeczywiście ci ludzie, którzy zdaniem Jacka Żakowskiego głosowali na obecnie rządzących w celu „przywrócenia demokracji”, mieli na myśli właśnie taką demokrację? Mam w tej sprawie wątpliwości. Poza tym czy rzeczywiście większość polskiego społeczeństwa tak bardzo chce „rozliczenia PiS-u”? Z pewnością chce tego istotna część opiniotwórczych elit oraz elektoratów partii obecnej koalicji, ale na ile jest to głos reprezentatywny dla całości społeczeństwa? „Czy i który z następujących polityków związanych z prawicą powinien być według Pana(i) osądzony?” – brzmiało pytanie w opublikowanym w połowie kwietnia sondażu IPSOS dla TOK FM i OKO.press. Badani mogli wybrać trzy nazwiska spośród wymienionych polityków. Co znamienne, wśród wymienionych byli jedynie ci związani ze Zjednoczoną Prawicą (co samo w sobie mówi dużo o stanie debaty publicznej w Polsce). Blisko 43% Polek i Polaków nie wskazało żadnego nazwiska. Co warto podkreślić, jest to dużo więcej, niż wynosi obecny elektorat Prawa i Sprawiedliwości. Jest to ciekawy wynik, tym bardziej że sondaż zrealizowano już po kilkumiesięcznym intensywnym „rozliczaniu PiS” przez obecnie rządzących. Społeczeństwo jest zmęczone rozliczeniami, uważa je za temat zastępczy, a może ich obecna forma coraz mniej mu odpowiada?

Zupełnie inną, choć niezwykle istotną kwestią pozostaje to, że przywoływany w tekście prezentowany przez profesorów Przemysława Sadurę i Klausa Bachmanna sposób myślenia jest nie tylko absurdalny na tylu poziomach, że nie sposób byłoby tu wszystkich wymienić. Jest też, niestety, bardzo niebezpieczny. 
Pomijam już nawet groteskowość opowieści o „przywracaniu demokracji” po PiS. Przy wszystkich swoich wadach oraz podjętych przez poprzedni rząd decyzjach, które można (a czasem nawet trzeba) krytykować, był to rząd absolutnie demokratyczny, a po utracie władzy w demokratyczny sposób ją oddał. W tych wszystkich opowieściach o przywracaniu demokracji poprzez jej łamanie jest coś dużo bardziej niebezpiecznego. W końcu czy można złamać konstytucję „tylko ten jeden raz” i mieć nadzieję na zbudowanie trwałych ram, które następnie będą szanowane przez wszystkie strony również w przyszłości? Skoro obecna władza, naruszając normy, nie spotyka się z twardą reakcją ze strony wielu środowisk, które twierdziły, że największą wartością są dla nich „rządy prawa”, to czy jakakolwiek inna władza będzie się w przyszłości przejmowała krytycznymi reakcjami? Poza tym, o ile państwo zawsze funkcjonuje jako mechanizm, to społeczeństwo funkcjonuje jako organizm. I podobnie jak każdy organizm zmienia się pod wpływem tego, czego doświadcza. Czy zatem liberalna demokracja może zanegować samą siebie, by „rozprawić się z populistami”, a pod koniec tego procesu pozostać dalej liberalną demokracją? To pytanie wydaje się retoryczne. 

Czytaj także: Wielki reset pamięci: jak liberałowie próbują zamazać, kto jeszcze niedawno bratał się z Putinem

 

Więcej tego samego

 

Dziś wiemy, że wszelkie pytania o powyborcze refleksje rządzących okazały się czysto retoryczne. Już komentując wyniki wyborów, szef MSWiA Marcin Kierwiński zapowiedział… jeszcze więcej tego samego. – Trzeba przyspieszyć realizację rozliczania tego, co wyprawiało PiS przez ostatnie osiem lat – mówił polityk na antenie TVN24. Przyznam, że gdy słuchałem tej wypowiedzi, zastanawiałem się, czy mamy tu do czynienia ze sprawnym, ale bardzo cynicznym politycznym graczem, czy też człowiekiem, który nie panuje już nad własnymi emocjami. Po kilku tygodniach widzę, że choć oba tłumaczenia mogą mieć tu jakieś zastosowanie, to przede wszystkim mamy tu ciągłe odtwarzanie tej samej politycznej strategii. Być może jej celem jest również przykrycie innej niewygodnej kwestii – nowy rząd nie ma własnej misji modernizacyjnej. Od wyborów minęło już kilka miesięcy, a dalej nie wiadomo, jaki jest cel jego trwania. Czy chodzi tylko to, „by PiS nie rządził”? Czy społeczeństwu na dłuższą metę taki cel wystarczy? Mam wątpliwości.  

Pozostaje też inna ważna kwestia. To, że fundowany przez rządzących spektakl nie przynosi oczekiwanych politycznych korzyści, to ich problem. Jednak to, iż spektakl ten przy okazji ingeruje w delikatną tkankę społeczną i niszczy fundamenty państwa rozumianego jako dobro wspólne, jest już problemem nas wszystkich. W polityce raz jest się w rządzie, raz w opozycji. Obie role są ważne i obu należy się nauczyć. Obecni rządzący zdają się wciąż odreagowywać lata spędzone w opozycji. W rezultacie w dużej mierze zamiast na realizację własnych obietnic zdecydowali się na napędzany rewanżyzmem twardy kurs. Zła to droga dla nas wszystkich i wątpliwe jest, by przyniosła rządzącym korzyści, nawet jeśli zaspokaja ona toksyczne emocje tego czy innego polityka.
 



 

Polecane