Spór wokół rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne”. NSZZ „S” Leśników: Nawet w PRL nie było takiego chaosu

- Wokół rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne” od dwóch lat trwa jeden z najgłośniejszych sporów dotyczących polskich lasów.
- W centrum konfliktu znalazło się około 4700 hektarów lasów wyłączonych z prowadzenia gospodarki leśnej na mocy ministerialnego moratorium, w tym blisko 3 tysiące hektarów objętych ochroną rezerwatową.
Konflikt wokół rezerwatu
Wokół rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne” od dwóch lat trwa jeden z najgłośniejszych sporów dotyczących polskich lasów. W centrum konfliktu znalazło się około 4700 hektarów lasów wyłączonych z prowadzenia gospodarki leśnej na mocy ministerialnego moratorium, w tym blisko 3 tysiące hektarów objętych ochroną rezerwatową. Zwolennicy tych decyzji mówią o konieczności ochrony cennych przyrodniczo terenów. Leśnicy, samorządowcy i mieszkańcy regionu przekonują, że proces odbywał się bez rzetelnych konsultacji, a jego skutki mogą oznaczać utratę miejsc pracy, wielomilionowe straty finansowe, chaos w zarządzaniu lasami, a także szkodę dla samej przyrody. Sprawa trafiła już do sądu, a kolejne decyzje Ministerstwa Klimatu i Środowiska tylko podgrzewają atmosferę.
O sporze wokół rezerwatu, ministerialnym moratorium i przyszłości gospodarki leśnej Klaudia Beker, rzecznik leśnej Solidarności, rozmawia z Tomaszem Zagrobelnym, przewodniczącym Międzyregionalnej Sekcji Pracowników Leśnictwa NSZZ „Solidarność” Regionu Świętokrzyskiego i Ziemi Radomskiej.

„Pominięto zdanie ludzi, którzy tym terenem zarządzają od ponad 150 lat”
– Kiedy zrozumiał Pan, że sprawa rezerwatu w Suchedniowie może stać się jednym z najgłośniejszych konfliktów dotyczących polskich lasów?
– W momencie, gdy do związków zawodowych zaczęli zgłaszać się pracownicy Nadleśnictwa Suchedniów z pytaniem, czy za kilka miesięcy będą mieli gdzie pracować? Wszystko zaczęło się w czerwcu 2024 roku, kiedy organizacja Pracownia na rzecz Wszystkich Istot złożyła wniosek o utworzenie rezerwatu „Suchedniowskie Lasy Naturalne” na powierzchni ponad 3370 hektarów. Oznaczało to wyłączenie z prowadzenia gospodarki leśnej kilku leśnictw, a w konsekwencji możliwość likwidacji miejsc pracy. Dodatkowo, zgodnie z polskim prawem na terenie rezerwatu obowiązuje zakaz wstępu dla wszystkich osób, które dotychczas mogły korzystać z tych terenów swobodnie. Po rezerwacie można poruszać się tylko po wyznaczonych ścieżkach, których zazwyczaj jest niewiele. Wtedy zrozumieliśmy, że nie chodzi wyłącznie o ochronę przyrody, ale również o ludzi.
– Jak środowisko leśników przyjęło ostateczne utworzenie rezerwatu „Bliżyńskie Lasy Naturalne”?
– Bardzo źle. Przede wszystkim dlatego, że pominięto zdanie ludzi, którzy tym terenem zarządzają od ponad 150 lat. Leśnicy nie są przeciwnikami ochrony przyrody. Wręcz przeciwnie – wiele rezerwatów powstało z naszej inicjatywy, także w Suchedniowie. Ponadto to my dbamy o wszystkie formy ochrony przyrody leżące na terenie zarządzanym przez Lasy Państwowe.
Leśnik jest ekologiem-praktykiem. Jednak tutaj mieliśmy poczucie, że decyzję podjęto wcześniej, bez udziału wszystkich zainteresowanych stron, a konsultacje były jedynie formalnością.
„Ponad 700 mieszkańców wyraziło sprzeciw”
– Czy próbowaliście znaleźć kompromis?
– Tak. Regionalna Dyrekcja Lasów Państwowych w Radomiu przedstawiła bardzo konkretną propozycję. Zamiast jednego gigantycznego rezerwatu zaproponowano utworzenie trzech nowych rezerwatów, które wraz z już istniejącymi stworzyłyby chroniony kompleks leśny o powierzchni blisko 1100 hektarów. Tę propozycję poparły samorządy, miejscowi leśnicy i mieszkańcy. Niestety została całkowicie odrzucona.
– Mieszkańcy również protestowali?
– Tak.
Ponad 700 mieszkańców okolicznych miejscowości wyraziło swój sprzeciw wobec proponowanych rozwiązań. Zdają oni sobie sprawę, że utworzenie rezerwatu oznacza znaczne utrudnienia dla nich. Nie można się po nim swobodnie przemieszczać, ale też zbierać tam grzybów, jagód i innych płodów runa leśnego, a zbieractwo dla wielu okolicznych rodzin jest istotnym źródłem utrzymania. Ich głos, podobnie jak stanowiska samorządów, związków zawodowych czy Lasów Państwowych, został zignorowany.
„Las pozostawiony sam sobie nie zawsze oznacza las zdrowy”
– Jak wygląda sytuacja dzisiaj?
– Obecnie moratorium obejmuje około 4700 hektarów, czyli jedną czwartą powierzchni leśnej Nadleśnictwa Suchedniów. To bardzo duży obszar. Na jego części od dwóch i pół roku nie prowadzi się gospodarki leśnej. Po ostatnim piśmie Ministerstwa Klimatu i Środowiska zakres ograniczeń został ponownie rozszerzony.

– Dla przeciętnego odbiorcy „moratorium” brzmi dość abstrakcyjnie. Co oznacza w praktyce?
– Zakaz prowadzenia działań związanych z pozyskaniem drewna. I nie chodzi tylko o pozyskanie związane z odnowieniem lasu. Nie można wykonywać także wielu cięć sanitarnych, usuwać części drzew stwarzających zagrożenie czy prowadzić zabiegów pielęgnacyjnych koniecznych dla prawidłowego rozwoju młodych pokoleń lasu. Brak możliwości prowadzenia tych działań będzie szkodliwy dla tych lasów w dłuższej perspektywie.
– Czy brak takich działań może być niebezpieczny?
– Oczywiście. Martwe i suche drewno zwiększa ryzyko pożarowe, o czym mogliśmy się przekonać niedawno podczas pożaru w Puszczy Solskiej oraz ostatniego pożaru lasów pod Warszawą.
Martwe drzewa, zarówno stojące, jak i pochylone, stwarzają również zagrożenie dla osób odwiedzających las – mogą się przewrócić lub spowodować upadek suchej gałęzi. Z kolei osłabione drzewa są bardziej podatne na choroby i gradacje szkodników. W części rezerwatu już dziś problemem jest jemioła, która rozprzestrzenia się również poza jego granice. Las pozostawiony sam sobie nie zawsze oznacza las zdrowy.
– Jakie są skutki finansowe tych decyzji?
– Bardzo poważne. Lasy Państwowe są instytucją samofinansującą swoją działalność. Nie pobieramy pieniędzy z budżetu na naszą działalność, odprowadzając za to do niego miliardy złotych rocznie. W 2025 roku przychody Nadleśnictwa Suchedniów były o ponad 14 milionów złotych niższe niż w roku 2023. Plan na 2026 rok zakłada spadek o kolejne 1,6 miliona złotych. To oznacza, że w ciągu trzech lat przychody jednostki zmniejszyły się o ponad 50 procent.
– To ogromna skala.
– Tak. Co więcej, po ostatnich decyzjach ministerstwa z planów na 2027 rok wypada pozyskanie kolejnych 4–5 tysięcy metrów sześciennych drewna, co oznacza utratę następnych około 1,5 miliona złotych przychodów. Dzisiaj nadleśnictwo funkcjonuje dzięki wsparciu z Funduszu Leśnego. Paradoks polega na tym, że jeszcze kilka lat temu samo wpłacało do tego funduszu dużo więcej, niż z niego otrzymywało.
Spór merytoryczny czy polityczny
– Dużo mówi Pan o chaosie decyzyjnym. Dlaczego?
– Bo trudno nazwać to inaczej.
W styczniu 2024 roku ministerstwo wprowadza moratorium. Później kilka razy je doprecyzowuje, każdorazowo zmieniając sens wcześniejszych poleceń. W lipcu 2025 roku częściowo je znosi. Następnie w maju 2026 roku informuje, że wcześniejsze zniesienie należy traktować jako niebyłe. Trudno w takiej sytuacji planować gospodarkę leśną, zawierać umowy i przygotowywać plan finansowo-gospodarczy nadleśnictwa.
– Spotkał się Pan wcześniej z podobną sytuacją?
– Nigdy.
Przez lata pracy w leśnictwie nie widziałem takiej niepewności. Starsi koledzy również – nawet w PRL nie było takiego chaosu. Leśnicy nie wiedzą, jakie decyzje będą obowiązywały za miesiąc czy pół roku. Tak nie da się odpowiedzialnie zarządzać majątkiem Skarbu Państwa.

– Czy ten spór ma dziś bardziej charakter merytoryczny czy polityczny?
– Moim zdaniem zdecydowanie polityczny. Wystarczy spojrzeć na zaangażowanie kierownictwa Ministerstwa Klimatu i Środowiska. Utworzenie jednego z największych lądowych rezerwatów w Polsce świetnie wpisuje się w polityczne deklaracje dotyczące wyłączania kolejnych obszarów z gospodarki leśnej.
Niepewność
– Kto jest dziś po obu stronach konfliktu?
– Z jednej strony organizacje pseudoekologiczne, część administracji ochrony środowiska i kierownictwo ministerstwa. Z drugiej leśnicy, samorządy, mieszkańcy, związki zawodowe, przedsiębiorcy leśni, myśliwi i pszczelarze. To pokazuje, że nie jest to już wyłącznie spór o przyrodę.
– Jak ta sytuacja wpływa na ludzi pracujących w lesie?
– Przede wszystkim bardzo ich męczy. Od dwóch i pół roku żyją w niepewności. Nie wiedzą, jakie kolejne decyzje zapadną i jakie będą ich konsekwencje – także dla ich miejsca pracy. Wielu ma
poczucie, że ich wiedza i doświadczenie nie są traktowane poważnie.
– Mimo to nadal walczą?
– Oczywiście. Bo dla większości leśników las nie jest miejscem pracy od siódmej do piętnastej. To pasja i sposób życia. Wielu z nich wychowało się w leśnych rodzinach. Dlatego tak bardzo boli ich sytuacja, w której o przyszłości lasów decydują osoby niemające wiedzy merytorycznej ani praktycznego doświadczenia w prowadzeniu gospodarki leśnej.
– Jak chciałby Pan, żeby zakończył się ten konflikt?
– Chciałbym, żeby wszystkie strony usiadły przy jednym stole. Nie po to, by ktoś wygrał, a ktoś przegrał. Chciałbym wypracowania rozwiązania, które będzie dobre dla przyrody i jednocześnie uwzględni potrzeby ludzi mieszkających i pracujących na tym terenie. Nadal uważam, że kompromis jest możliwy. Jest wręcz konieczny.
– A jeśli miałby Pan jednym zdaniem powiedzieć, o co naprawdę toczy się ten spór?
– O to, czy o przyszłości polskich lasów będą decydować wiedza, doświadczenie i odpowiedzialność, czy polityczne decyzje podejmowane ponad głowami ludzi, którzy każdego dnia za te lasy odpowiadają.
Komentarze
Za nami XXIII Forum Prawników Związkowych NSZZ „Solidarność”

„U Jędrusia” zawiązała się Solidarność
Rozpoczęły się obrady Komisji Krajowej NSZZ "Solidarność". Uczczono minutą ciszy pamięć Śp. Henryka Nakoniecznego

Związkowcy z Solidarności wyruszają do Włoch. Chcą zdobyć Mont Blanc

„Są miejsca, z których nie wraca się takim samym”. II pielgrzymka nauczycieli do obozu Ravensbrück







