[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak: Koktajl Mołotowa
![[Tylko u nas] Aleksandra Jakubiak: Koktajl Mołotowa](https://tysol.pl/storage/files/2026/2/28/14ad289d-a9f5-49a1-9321-103a73558d60/explosion-g76494cf2d_1920.jpg?p=article_hero_mobile)
Przyznam, że obecna sytuacja na wielu polach jest trudna i mamy wszyscy prawo się bać. Właściwie niepokój i daleko posunięta ostrożność są teraz raczej objawem psychicznego zdrowia niż choroby. Narastające napięcie to zabójcza mieszanka, nomem omen, istny koktajl Mołotowa.
Ciało
Ludzkość jest już strasznie wymęczona ponad dwoma latami pandemii, która najpierw rodziła strach, ale też jednoczyła całą społeczność - i to zarówno w wymiarze lokalnym jak i międzynarodowym - jednak po krótkim czasie zaczęła rodzić konflikty, wielu wzięło się za łby i to na różnych płaszczyznach. Choć temat covidowej wojny mógłby zająć kolejne akapity, nie będę w to wchodzić głębiej, by nie rozbolała mnie głowa od skaczącego nagle ciśnienia, ponieważ nerwowa jestem. Dość powiedzieć, że jednych irytują przedłużające się obostrzenia, innych dotyka już mocno widmo finansowego kryzysu, jeszcze innych - w tym mnie - covid pozbawił zdrowia i elementarnego poczucia bezpieczeństwa w kwestiach podstawowych, jak choćby oddech czy bicie serca. I to wszystko dzień po dniu, miesiąc po miesiącu i właściwie już rok po roku, aż w końcu człowiek zaczyna się zastanawiać, czy ten koszmar kiedykolwiek przejdzie? Niezależnie jednak od doświadczeń i poglądów wszyscy jesteśmy zmęczeni atmosferą, bez względu na to, czy zagrożenia upatrujemy tu w biologii czy w polityce, utrzymujący się stan braku pewności jutra zwyczajnie wykańcza.
Kiedy myślę, o przeistoczeniu się tej początkowej fali życzliwości w kłótnie i pogardę, to przypomina mi się scena z "Władcy pierścieni" Tolkiena, która bardzo obrazowo przedstawiona została przez reżysera Petera Jacksona, gdy bohaterowie, zebrani na radzie u Elronda, próbują rozwiązać problem wielkiego zagrożenia i wielkiego zła, ale z początkowej serdeczności przechodzą słowo po słowie do regularnej awantury, a cały obraz odbija się na gładkiej złotej powierzchni narzędzia zniewolenia, jakim jest pierścień. Można powiedzieć - jest w naszej naturze jakiś "gen", który w wyniku zagrożenia rodzi agresję i/lub depresję.
Terytorium
Nie pandemia jest jednak obecnie języczkiem u wagi większości z nas. Na tle toczących się od lat kłótni ideologiczno-politycznych w Polsce i szerzej, w całym zachodnim świecie; za oprawę mając wycieńczoną pandemią populację, a w korzeniach m.in. ekonomiczną zapaść - w naszej historycznie doświadczonej części globu z przyczajenia podniosło się znane od setek lat zagrożenie o barwie i woni imperialistycznych podbojów, kilometr po kilometrze cień starego szaleństwa zaczyna się znów rozlewać. Można sobie zadać pytanie, czy to ów cień na pewien czas zniknął, by znów się pojawić, czy raczej jedynie my tkwiliśmy w uśpieniu, bez czujności i pozwoliliśmy się rozgrywać jak pionki na szachownicy? Ale pomińmy polityczne oceny, bo nie taki jest mój cel. Chodzi mi bardziej o to, by przyjrzeć się temu, co dzieje się z nami w środku, w duszy.
Miałoby się taki odruch, by powiedzieć teraz, że Bóg jest znacznie większy niż to wszystko, niż całe zło tego świata, niż wszelkie wojny, zarazy, kłótnie, śmiercionośne ideologie. I to prawda. I właściwie miałam plan, by tak właśnie zrobić. I nawet z pełnym przekonaniem to robię. Tyle tylko, że swoje plany musiałam rozbudować "nieco" po ogromnym zdziwieniu, które towarzyszy mi od chwili, gdy zapoznałam się z niedzielnymi czytaniami liturgicznymi. [Więcej tutaj]. Teraz właśnie miłość nieprzyjaciół? "No bez przesady" - prawie mi się pomyślało. Teraz, kiedy agresywna Rosja z nieprawdopodobną wręcz bezczelnością, śmiejąc się w oczy całemu światu tkwi u granic suwerennego państwa - kolejnego już, ale tym razem bliższego nam geograficznie - i wiele wskazuje na to, że je zaatakuje? Dziś? A jednak. To sprowokowało potok myśli.
Jak ciało, pełne blizn, po przebytych chorobach i odniesionych ranach, które dręczy na nowo stan zapalny, tak jest z tą naszą środkową i wschodnią Europą. I właśnie stoimy w obliczu narastającej infekcji. Nikt nie jest samotną wyspą, kultury się przenikają, życie ekosystemów jest od siebie nawzajem zależne, mamy jednak w tym organizmie pewien czynnik, który jest wobec innych komórek agresywny, który jakoś choruje. Tyle że, kiedy choruje jakaś część ciała, odbija się to na nim całym. Co zatem robimy? W obliczu groźby rosyjskiej inwazji na Ukrainę narasta w nas niepokój, lęk i szczerze mówiąc po prostu złość, czasem wręcz nienawiść. Modlimy się za Ukraińców, i dobrze, ale bardzo łatwo modlić się za ofiary, poza tym, prawdę mówiąc, modląc się o bezpieczeństwo Ukrainy, modlimy się i o własne. Tymczasem, kiedy choruje ciało, najbardziej troszczymy się przecież o miejsce, będące centrum infekcji. Okładamy leczniczą maścią, smarujemy uśmierzającym balsamem, zażywamy stosowne środki. Pytanie za sto złotych, kto modli się za rosyjskie władze? Za Władimira Putina? Albo też za Aleksandra Łukaszenkę? I to nie tylko o opamiętanie, ale o miłosierdzie Boga nad tymi ludźmi i o to, by pragnienia Boga dla ich życia się urzeczywistniały? Choć próbuję, nie zawsze wychodzi. I zastanawiam się, dlaczego tak ciężko mi te słowa przychodzą? Czy nie ma w tym pierwiastka zatwardziałości serca, które cechowało proroka Jonasza? Przypomnę, że Jonasz słysząc wezwanie Boga do ostrzeżenia mieszkańców Niniwy przed zbliżającą się karą, chciał uciec w innym kierunku, czyli do Tarszisz. Nie z Bogiem jednak takie numery,. Po serii przygód Jonasz trafił wreszcie do Niniwy, miasta, którego mieszkańcy słynęli z okrucieństwa, i prorokował, i, o dziwo, niniwici nawrócili się, i pokutowali. I Bóg ulitował się nad nimi. A Jonasz… się obraził… na Boga… że się ulitował, że przyjął ich pokutę za dobrą monetę. Może ten pierwiastek działa i we mnie. A może to zwykła niewiara, że moja modlitwa może wpływać na losy świata, jeśli Bóg tak zechce.
Duch
Nie wiem jak inni, ale jeśli miałabym sądzić po sobie, to w chwilach silnego stresu zadziwiająco łatwo przychodzi mi zapominać o tym, żeby zło dobrem zwyciężać i w pierwszej chwili krew mnie zalewa. Tymczasem prawda jest taka, że każdy środek walki, który potrafiłabym wymyślić, zło zna dużo lepiej niż ja. Jestem na pozycji z góry skazanej na porażkę. A poza tym, serio, kto chciałby świadomie walczyć metodami diabła i przez to ustawiać się z nim w jednym szeregu? Nie mam tu, broń Boże na myśli prawa do obrony napadniętego przez najeźdźcę, ani tym bardziej kwestionowania militarnych taktyk, chodzi mi o to, co dzieje się wewnątrz, w ludzkim sercu. O stosunek do drugiego, także tego, który okazuje wrogość. O tym, że siedząc w domu, czytając wiadomości i coraz bardziej nienawidząc, staję w duchowej bitwie po tej samej stronie co wszyscy dyktatorzy i agresorzy tego świata, także Władimir Putin, bez względu na to, jak bardzo moje poglądy odbiegały od ich poglądów. Jak w sławnej kontemplacji św. Ignacego z Loyoli o dwóch sztandarach, staję albo z diabłem, albo z Jezusem. Tertium non datur. Nienawidząc i złorzecząc, nigdy nie jestem z Bogiem.
Miłość nieprzyjaciół - nie chodzi tu rzecz jasna o cukierkowe uczucia, ale życzenie zbawienia i w miarę możliwości, pomocne zbawieniu czyny - nie jest możliwa bez Boga, bo dobro jest Jego domeną, do której tylko On jedyny nas uzdalnia. I jak posługując się złymi metodami, nawet w pozornie dobrym celu, finalnie zawsze przegram, tak z dobrem jest dokładnie na odwrót - często w obliczu złego nie jest ono w naszej optyce czymś skutecznym, ale na końcu wygrywa, bowiem dobro jest całkowicie sprzeczne z logiką zła, z demoniczną taktyką, zło go nie rozumie, zatem też nie może się przed takimi pociskami bronić. To jednak nie żaden lajcik, to często droga okupiona cierpieniem, umieraniem "ja", ale rozsiewa wokół królestwo, pod którego sztandarem stoimy. A ono razi niczym pochodnia i wskazuje kierunek jak latarnia.
Bóg
"Wznoszę swe oczy ku górom:
Skądże nadejdzie mi pomoc?
Pomoc mi przyjdzie od Pana,
co stworzył niebo i ziemię.
On nie pozwoli zachwiać się twej nodze
ani się zdrzemnie
Ten, który cię strzeże.
Oto nie zdrzemnie się
ani nie zaśnie Ten,
który czuwa nad Izraelem.
Pan cię strzeże,
Pan twoim cieniem
przy twym boku prawym.
Za dnia nie porazi cię słońce
ni księżyc wśród nocy.
Pan cię uchroni od zła wszelkiego:
czuwa nad twoim życiem.
Pan będzie strzegł twego wyjścia
i przyjścia teraz i po wszystkie czasy".
(Ps 121)
Jednakże ludzkie życie, mimo trudów i smutków tego świata, to nie pasmo udręk. Nie dla cierpienia zostaliśmy stworzeni, a dla bliskości i szczęścia. I to już tu. Stawianie oporu złu i działanie kontra odruchom wobec wrogości jest może i trudne, ale rozlewa w sercu nieporównywalną z niczym słodycz Bożej obecności - to nie poetyckie uniesienia, to błogość pokoju duszy. Bóg ma wobec nas jeden cel nadrzędny - zbawienie, własną bliskość teraz i na zawsze, ze względu na to niebo dla nas podejmuje decyzje. Kiedy jesteśmy blisko, kiedy zaczynamy myśleć i działać w Jego logice dotykamy nieba, a ono dotyka nas.
"Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię" (Jr 1, 5a)
Tak naprawdę nie ma dla nas innego bezpieczeństwa niż to niebo, niż ta Boża obecność. Bogactwa mogą przeminąć, zdrowie i młodość również, jak i wszelkie powodzenie. Nawet najwspanialszy człowiek zawsze kiedyś nas zawiedzie lub zrani. A nawet jeśli jesteś multimilionerem z olbrzymią władzą i sukcesami - zakładając, że nie dopadnie cię pustka i bezsens gromadzenia ponad miarę - to w końcu, jak każdy rozbijesz się o to, co naturalne i nieuchronne, o śmierć. A tam już będzie tylko ta twarz, Jego twarz.
Nie jest to nijak zachęta do braku starań o dobrostan na ziemi. To tylko stwierdzenie, że z Putinem za miedzą czy nie, z powikłaniami pocovidowymi czy bez, bez odnalezienia najpierw pokoju i bezpieczeństwa w Bogu, nie ma takiego muru, który zagwarantowałby ci bezpieczeństwo, nie ma takiego bunkra, którego ktoś inny nie dałby rady sforsować. I nie chodzi o to, że szukanie gwarancji spokoju lub zdrowi jest złe, chodzi o to, że bez harmonii w sobie zawsze będziesz się miotać. Może więc w tym czasie szczególnego zamętu siadać przy Bogu częściej, na chwilę lub dwie i pozwalać Mu się uspokoić, ukoić lęki, dotykać stresów. Powoli, krok po kroku, aż do stopniowego zdejmowania tych wszystkich ciężarów nie do uniesienia, aż do ulgi, aż do spokojnego snu. Nie po to, by na coś zasługiwać, coś kupować, tylko zwyczajnie, żeby razem być. Czego sobie i wszystkim życzę.
Media: Rosja dzieli się z Iranem zdjęciami satelitarnymi i technologią dronową

KE decydująca, które terytoria i czy przekazać Rosji? Oto plan eurokratów

Przywódca Iranu w Moskwie? Sensacyjne informacje o leczeniu u Putina

Wymazują pamięć o ofiarach Stalina. W Rosji znikają tabliczki

UE przedłużyła sankcje indywidualne na Rosję
