Zamach na Hołownię

- Szymon Hołownia nagle ogłasza rezygnację z kluczowych ról w polityce i zamiar aplikowania na stanowisko komisarza ONZ ds. uchodźców, zamiast walczyć o pozycję w kraju.
- Decyzja mogła być wynikiem politycznego szantażu — groźby ujawnienia kompromitujących materiałów przy pomocy prokuratury i mediów.
- W tle są realne wątki procesowe: wezwanie na przesłuchanie ws. "zamachu stanu" (10 października) i niejasności związane z Collegium Humanum, które mogą grozić nawet wnioskiem o uchylenie immunitetu.
- Odejście Hołowni wystawia Polskę 2050 na ryzyko "rozbioru" — posłowie mogą zostać rozproszeni między innymi ugrupowaniami, co osłabi skład koalicyjny.
- Decyzja destabilizuje koalicję rządzącą i stawia pod znakiem zapytania przyszłe głosowania (w tym wybór nowego marszałka Sejmu), co może prowadzić do większych przetasowań politycznych.
Ciekawy przypadek Szymona Hołowni
Trudno znaleźć w historii III RP podobny przypadek. Szymon Hołownia nagle zdecydował się odejść z polityki. Nie zamierza ani walczyć o zachowanie fotela drugiej osoby w państwie, ani ubiegać się o funkcję wicepremiera, ani startować na przewodniczącego swojej partii Polska 2050 w styczniowych wyborach. Zamiast tego ni stąd, ni zowąd chce ubiegać się o stanowisko wysokiego komisarza ONZ ds. uchodźców (UNHCR). Zrobił to sam, ale co kryje się za tą skrajnie emocjonalną decyzją? Załamanie nerwowe, rozczarowanie polityką, chłodna kalkulacja, plan ponownej "nocnej zmiany" czy może skuteczna groźba haków na polityczne zlecenie samego Donalda Tuska?
Każdą z tych hipotez można próbować udowodnić. Bezsprzecznym pozostaje jednak fakt, że z jakichś ważnych powodów Szymon Hołownia postanowił "rzucić papierami" i usunąć się w cień. Jedni mówią: Hołownia popełnił "polityczne samobójstwo", bo dla wielu to koniec jego marzeń o odegraniu znaczącej roli. Zatem dlaczego zdecydował się na taki właśnie finał swojej politycznej kariery?
Teoria niespiskowa
Najprostsze wyjaśnienie brzmi: Hołownia ma dość, obraził się. "Sejmflix się skończył", a określenie "marszałek promocyjny za 4,99" zabolało go do żywego. Poczucie osamotnienia i zdrady w szeregach własnej partii w połączeniu z falą nienawiści po nocnym spotkaniu z Jarosławem Kaczyńskim, w które został wrobiony jak "żółtodziób" przez Adama Bielana i Michała Kamińskiego, tylko pogłębiły traumę.
"Swoją robotę zrobiłem, jak umiałem. Dałem Polsce 2050 naprawdę wszystko, co miałem: bezpieczeństwo, zdrowie, czas dla rodziny, całe moje dotychczasowe życie" oraz "Za ostatnich kilka miesięcy zapłaciłem dużą osobistą cenę" - te słowa Hołowni dobitnie pokazują, że czuje się ofiarą i jest zmęczony. Z drugiej strony jego komunikaty: "Do zobaczenia na szlaku, Kochani!" i jednocześnie: "Nie żegnam się z Wami, bo nigdzie się nie wybieram" - brzmią jak schizofrenia polityczna. Wielu powie: facet nie wytrzymał! Albo: byli dziennikarze nie nadają się do polityki, a przypadek Hołowni potwierdza tę prawidłowość.
Dziury w teorii
Gdyby jednak Hołownia chciał odejść definitywnie, bo załóżmy przez chwilę, że prawdziwą hipotezą jest ta, że ma dosyć, to po prostu by to zrobił. Bez całej tej medialnej szopki, legendy o ciepłym stołku w Genewie czy targów z Donaldem Tuskiem o wicepremiera dla Polski 2050 w zamian za rezygnację. Powinien zwyczajnie złożyć poselski mandat. Zamiast tego mówi jednak o pozostaniu w Sejmie do końca kadencji, a nawet zabiega o fotel wicemarszałka Sejmu, gdyby nie powiodło się w ONZ. Zatem o co tu chodzi? Bo coś w tej narracji nie gra.
Tusk obalił Hołownię?
A może został do tego kroku zmuszony? A jeśli tak, to przez kogo i w jaki sposób?
W kuluarach po cichu mówi się o niewiarygodnej wręcz hipotezie: Hołownia miał zostać zmuszony do rezygnacji z bycia marszałkiem, szefem partii i wicepremierem. Zachowuje się tak, jakby mu ktoś przystawił lufę pistoletu do głowy i złożył propozycję nie do odrzucenia. Albo odejdzie z polskiej polityki, choćby na jakieś ciepłe międzynarodowe stanowisko, albo będzie publicznie skończony - głoszą plotki.
Plotki plotkami. Zazwyczaj jest w nich choć cień prawdy i są zazwyczaj z bardzo konkretnego powodu rozpuszczane. I w tym przypadku również tak może być. Lecz gdy popatrzymy na pewną sekwencję wydarzeń i sprawy, które mogą postawić Hołownię w złym świetle, to ta hipoteza zaczyna układać się w pewną logiczną całość.
Wyrok za Nawrockiego wydany, wyrok wykonany!
Momentem, który miał przypieczętować polityczny los Hołowni, była decyzja o zwołaniu Zgromadzenia Narodowego 6 sierpnia w celu zaprzysiężenia Karola Nawrockiego na prezydenta RP. Ten jeden formalny ruch zburzył misterny plan rządzącej koalicji, by zakwestionować legitymację prezydenta. W jednej chwili ze stołu zniknęła możliwość nieuznania wyborów, a Donald Tusk i jego zaplecze stracili kontrolę nad sytuacją. Skoro ich spisek legł w gruzach, kozłem ofiarnym musiał stać się ten, który odmówił w nim udziału.
Sam Hołownia przyznał publicznie, że wielokrotnie sugerowano mu opóźnienie zaprzysiężenia i dokonanie w ten sposób "zamachu stanu". Już wtedy w kuluarach Sejmu huczało od plotek o szantażach, groźbach i ultimatum: albo bezwzględna lojalność i posłuszeństwo, albo Tusk "odbierze Hołowni partię". Patrząc na ostatnie wydarzenia, trudno nie odnieść wrażenia, że ten scenariusz jest realizowany krok po kroku.
"Haki" i presja prokuratury
Dwa fakty, ginące w natłoku informacji, idealnie pasują do hipotezy o wykonaniu politycznego wyroku na marszałka Sejmu. Po pierwsze, wezwanie na przesłuchanie do Prokuratury Okręgowej w Warszawie na 10 października w sprawie "zamachu stanu". Publiczna wypowiedź drugiej osoby w państwie o namawianiu do dokonania takiego aktu, za który grozi od 10 lat więzienia, ma ogromną wagę. Każde słowo Hołowni może zostać wykorzystane przeciwko niemu.
Większym zmartwieniem może okazać się jednak wisząca nad nim i Michałem Koboską (europoseł Polski 2050) sprawa Collegium Humanum.
Mimo zapewnień Hołowni plotki głoszą, że śledczy mogliby rozważyć nawet wystąpienie z wnioskiem o uchylenie immunitetu marszałkowi. Taka groźba - z jednej strony procesowa, z drugiej medialna awantura przeprowadzona zapewne przez wrzutkę do opiniotwórczych rządowych mediów - mogła okazać się wystarczająca. Hołownia, który nie chciał pluskać się w "politycznym bagnie", wybrał ucieczkę.
Czy tak rzeczywiście było? Czy jesteśmy zatem świadkami politycznej zemsty Donalda Tuska na Szymonie Hołowni, by go nie tylko upokorzyć, ale zwyczajnie zniszczyć, odbierając mu nawet partię i usuwając z koalicji, której jest największym zagrożeniem i najsłabszym ogniwem?
Rozbiór Polski 2050
Najbliższe tygodnie przyniosą zapewne odpowiedź na to kluczowe pytanie w tej historii. Jeśli wydarzy się to, co wieszczą niemal wszyscy, a mianowicie, że za chwilę dokonany zostanie "rozbiór Polski 2050", a jej posłowie niczym na garażowej wyprzedaży będą łakomym kąskiem dla innych koalicyjnych ugrupowań, wszystko stanie się jasne.
Bezsprzecznym faktem jest to, że Hołownia traci kontrolę nad swoją partią, opuszczając ją w najgorszym momencie.
Jego formacja staje się bezbronna i podzielona - co było widać już przy głosowaniu nad rekomendacją partii na funkcję wicepremiera, w którym zaledwie dwoma głosami wygrała Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. Bez charyzmatycznego lidera, który był jej motorem, partia w zasadzie znika, dzieląc los innych "sezonowych" ugrupowań, jak niegdyś Ruch Palikota czy .Nowoczesna Ryszarda Petru. Zresztą ten ostatni zgłosił już swój akces do objęcia szefostwa nad Polską 2050, co nie wróży dobrze tej formacji.
Sam Hołownia stanowczo zaprzecza: "Jeżeli ktoś dzisiaj chce mi powiedzieć, że jacyś posłowie rozglądają się za inną przynależnością, niech wskaże mi nazwiska takich posłów. Nie ma takich posłów. Nas się rozbić nie da. Jesteśmy zgraną paczką". Ostrzega też: "Jeśli ktoś z naszej strony by nam podbierał posłów, to jest to oczywiste, że oznacza to koniec koalicji. […] To będzie oznaczało kompletny brak zaufania. Nawet jeśli jedna osoba ulegnie takiej pokusie, to będzie sytuacja przekroczenia czerwonej linii".
Koalicja w tarapatach
Ale czy ta czerwona linia nie została już dawno przekroczona? Wydaje się, że tak. Decyzja Hołowni na pewno zachwieje koalicją rządzącą. Małym testem było niedawne głosowanie nad prezydenckim projektem ustawy o CPK. Hołownia i część posłów Polski 2050 zagłosowali za projektem wbrew stanowisku PO, Lewicy i PSL. Kuluarowe plotki mówią o wściekłości Tuska i świadomym zagraniu Hołowni, by utrzeć nosa premierowi. Rafał Trzaskowski przyznał, że "Rubikon został przekroczony", a zatem mamy wojnę w koalicji.
Lecz prawdziwym testem obecnej koalicji będzie to, co wydarzy się w listopadzie z głosowaniem nad odwołaniem, a następnie wyborem nowego marszałka Sejmu. Bo pojawiają się i takie głosy, które wcale nie wykluczają przy tej okazji jakiegoś rządowego przewrotu.
Ktoś mógłby trafnie zapytać: dlaczego Hołownia to robi, skoro potrzebuje Tuska, by mieć szansę na ciepły stołek w Genewie? Tego nie wiedzą nawet jego partyjni współpracownicy, bo ma on z nikim nie rozmawiać i wysyłać sprzeczne komunikaty. Najnowszy to taki, że bez wicepremiera dla Polski 2050 nie odejdzie z fotela marszałka Sejmu. A obecny rząd to w zasadzie do niczego się nie nadaje i niczego nie jest w stanie dowieźć, sprawiając mocne wrażenie, jakby nie chciał, aby gabinet Donalda Tuska przetrwał. Co tylko potwierdza tezę, że cały ten spektakl z Hołownią mógł zostać gdzieś wyreżyserowany, a jego odejście mogło wiązać się ze spełnieniem bardzo konkretnych warunków politycznej kapitulacji, przyniesionych i położonych mu na stole jako propozycję, której odrzucenie będzie Hołownię osobiście wiele kosztować.
[Sekcje "Co musisz wiedzieć", FAQ, oraz lead i niektóre śródtytuły od Redakcji]
"Jednooki wśród ślepców". Tuska ratuje tylko słabość koalicjantów
Rafał Woś: Rządzą nami ludzie pozbawieni ekonomicznej wyobraźni

Nawrocki żąda od Tuska zaskarżenia umowy UE-Mercosur do TSUE
„Świąteczny” wpis Tuska. Mocna odpowiedź Pałacu Prezydenckiego



