Szukaj
Konto

Polityka historyczna dla wszystkich, oprócz Polski

Polityka historyczna dla wszystkich, oprócz Polski
Źródło: pexels.com | Autor: Alexander Ford | Licencja: Pexels License | Pomnik Powstania Warszawskiego
Polityka historyczna nie jest zamkniętą historią. To składnik, często najważniejszy w relacjach międzypaństwowych. Lekceważenie go przynosi wymierne straty, o czym III RP przekonywała się boleśnie. Warto o tym pamiętać przy okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego.
Co musisz wiedzieć:
  • Polityka historyczna jest narzędziem realnej rywalizacji między państwami.
  • Zdaniem autora III RP przez lata zaniedbywała aktywną politykę historyczną.
  • Autor przekonuje, że Polska powinna prowadzić długofalową, opartą na faktach politykę historyczną.

Mapy pamięci, mapy niechęci

Losy obchodów wybuchu Powstania Warszawskiego 1 sierpnia w krótkiej historii III RP stanowią pewnego rodzaju miernik sporów toczących się o politykę historyczną. Po 1989 roku obok pragnień nadrobienia luk w pamięci i uczczenia tych, których komunizm czcić zakazywał, a nawet mordował, pojawiły się bardzo silne sugestie od wpływowych grup liberalnej lewicy, by na początek może w ogóle zastanowić się, czy Polsce potrzebna jest polityka historyczna? A jeśli jakieś jej elementy są już konieczne, to co Polacy powinni pamiętać z przeszłości narodu, a o czym powinni zapomnieć? W ogóle zadawano głośno pytania, czy nowoczesne państwo o europejskich aspiracjach potrzebuje specjalnych instytucji, by uprawiać taką politykę? Stronie liberalno-lewicowej większość odpowiedzi wychodziła na nie.

 

Ucieczka do przyszłości

Establishment III RP umoczony w komunę i jej mroczne sprawki wybrał strategię zasuflowaną mu przez Adama Michnika, który proponował „ucieczkę do przodu”, szybkie dogonienie Zachodu bez oglądania się wstecz. Postkomuniści z wdzięcznością to podchwycili, Aleksander Kwaśniewski w kampanii prezydenckiej w 1995 roku miał hasło: „Wybierzmy przyszłość”. Po co się babrać w martyrologii, budować tożsamość na postromantycznym resentymencie, skoro Europa po uszy tkwi w epoce sekularnej, późnej nowoczesności, a Polacy muszą przejść tę samą drogę jak najszybciej, by nie odezwały się dawne „demony nacjonalizmu”.

Toteż kiedy plany budowy Muzeum Powstania Warszawskiego dzięki uporowi Lecha Kaczyńskiego nabrały realnych kształtów, medialny aktyw postkomunistycznej lewicy pisał o powrocie do archaicznej formy patriotyzmu, czczeniu szowinizmu narodowego i niepotrzebnej martyrologii. Niektórzy pobrzękiwali, że to może prowadzić nawet do ciągot faszystowskich.

Ani powstanie muzeum, ani rehabilitacja Żołnierzy Wyklętych nie spowodowały jednak, że na ulicach zaczęły się marsze z pochodniami neofaszystów z podkutymi buciorami, „jak w Niemczech w latach 30.”, jak martwili się niektórzy redaktorzy „Gazety Wyborczej”. Za to zarówno klasa polityczna, jak i społeczeństwo coraz boleśniej zaczęły sobie uświadamiać, że polityka historyczna to nie jest żaden dodatek do bieżącej polityki, obciążenie, skansen, fanaberia czy zbędny koszt utrzymania muzeów i miejsc pamięci, ale bardzo ważny element polityki aktualnej, tu i teraz.

 

Kompleksy kolaborantów

Nagle się okazało, że w Niemczech żyje i całkiem dobrze funkcjonuje pani Erika Steinbach, deputowana do Bundestagu i wieloletnia szefowa niemieckiego Związku Wypędzonych oraz działaczka Ziomkostwa Prus Zachodnich, która mówiła o niemieckiej krzywdzie w czasie II wojny światowej, na której upasła się Polska, i kwestionowała zachodnią granicę Rzeczpospolitej. Okazało się, że nie ma się co cieszyć na wyrost z największej liczby polskich drzewek ku czci Sprawiedliwych w Yad Vashem, bo Polacy to szmalcownicy i naziści polujący na Żydów, którym cudem udało się uciec z obozów zagłady.

Myśleliśmy jako naród, że pamięć o niewinnie przelanej krwi i zniszczeniach w II wojnie światowej, pamięć o jedynym okupowanym narodzie, którego oficjalne władze nie kolaborowały z Hitlerem, duma, że jedynie w Polsce i Serbii za pomoc Żydom groziła kara śmierci, automatycznie wynosi nas do panteonu bohaterów okresu II wojny światowej. Polacy traktują politykę w kategoriach racji moralnych, inaczej niż reszta Europy traktująca ją w kategoriach utylitarnych, dlatego wierzyliśmy, że sytuacja, w której moralnie byliśmy w porządku, stanowi nienaruszalne, święte tabu wynoszące naszą ofiarę i heroizm w obszar sacrum. A wiadomo, że to jest coś, co w sferze świętości można tylko czcić i podziwiać. My przesiąknięci do rdzenia tożsamości katolicką etyką nie poważamy się na atakowanie sacrum.

I fakt, że Polska chełpi się Powstaniem w stolicy trwającym 63 dni czy brakiem kolaboracji z nazistowskimi Niemcami, wcale jej splendoru w Europie nie przysparza. To też musimy sobie w końcu uświadomić. Tam prawie każdy umoczony jest w umizgi z III Rzeszą, każdy dołożył małą nawet, ale cegiełkę do deportacji swoich żydowskich obywateli, do obozów zagłady. W Paryżu powstanie trwało tydzień, w Pradze – 5 dni. To, że naród szczególnie uciskany w czasie okupacji potrafił zachować twarz i prowadzić Powstanie w skrajnie trudnych warunkach, nie działa na jego korzyść, ale paradoksalnie przeciw niemu, bo wzbudza poczucie winy i niższości wśród tych, którzy kolaborowali i nie byli tak heroiczni. O ile łatwiej byłoby powiedzieć, że taki był czas, kolaborowali wszyscy. A okazuje się, że można było się nie ugiąć przed Niemcami, płacąc za to życiem.

 

Świętość i podłość

Dla naszych sąsiadów polityka historyczna jest tworzywem, w którym wszystko można mieszać – świętość z podłością, łajdaków oczyszczać i wynosić na piedestał – a własne winy relatywizować. Można nawet własnym brudem obdarowywać sąsiadów, których się nie lubi.

Jeśli lewicowo-liberalnych sceptyków nie przekonują argumenty strony patriotycznej, że warto inwestować zasoby symboliczne, polityczne i ekonomiczne w rywalizację o interpretację przeszłości, to niech przekona ich przykład kraju, na który często tęsknie spoglądają, czyli Niemcy. Nasi sąsiedzi wydali setki miliardów marek, z których powstały całe gałęzie przemysłu w Izraelu, na zadośćuczynienia i odklejenie słowa „nazista” od słowa „Niemiec”. To ich miękkie podbrzusze i nawet w stosunku do podporządkowanej sobie w ramach UE z dużym stopniu Polski kwestia niemieckiej winy autentycznie ich niepokoi. Oni po prostu boją się naszych roszczeń. Jeśli cokolwiek wzbudza w nich niepokój w stosunkach z Polską, to właśnie temat ewentualnych roszczeń i przypominanie o ich zbrodniach.

Ten, kto opowie historię pierwszy lub kto wciśnie swoją wersję historii w zęby reszcie zainteresowanych, zyskuje przewagę nie tylko moralną, ale często również polityczną. Ten, kto oddaje pola w tym obszarze antagonistycznym wersjom wydarzeń, nie osłabia jedynie wspólnoty narodowej, ale pozostawia pola do manipulacji przez innych.

 

Dysproporcja honoru, dysproporcja troski

Polityka historyczna w Europie, a szczególnie w części Europy Środkowo-Wschodniej, to nieustanne miejsce walk, przesuwania się linii frontu o pamięć, honor i odszkodowania. To w końcu potężne narzędzie dyplomatyczne w postaci wyrzutów sumienia i dozowania poczucia winy na oprawców, nawet gdy zbrodni dokonano kilkadziesiąt lat temu. Zresztą zbrodnie przeciwko ludzkości nie ulegają przedawnieniu, mówi o tym artykuł 43 konstytucji RP.

Niestety, ten zapis w konstytucji jest bardziej symboliczny niż praktyczny, nasza polityka historyczna przez lata była reaktywna, odpowiadała tylko na ataki, dosyć niemrawo zresztą. O jej słabości świadczą także zabiegi osłabionej, będącej w stanie wojny Ukrainy, która próbuje swoje ludobójstwo dokonane na setkach tysięcy Polaków na Wołyniu zrównać z akcjami AK w Bieszczadach lub Akcją „Wisła”. Fakt, że Ukraińcy nie wiedzą nic lub bardzo niewiele trzydzieści lat po upadku ZSRR o rzezi wołyńskiej, to wielki akt oskarżenia dla wszystkich polskich elit politycznych od 1989 roku.

Porównując naszą politykę historyczną z politykami historycznymi naszych sąsiadów, o Żydach już nawet nie wspominając, na myśl przychodzi jedno słowo klucz: dysproporcje. Dysproporcje wiedzy na temat tego, jak postępowano w okupowanej Polsce wobec obywateli polskich nieżydowskiego pochodzenia, bo świat zna jedynie martyrologię Żydów, nawet Niemcy nie mają pojęcia o rozmiarach zbrodni dokonywanych przez ich dziadków na tych terenach. Dysproporcja honoru, dysproporcja troski o swoich męczenników. Niemieckie i ukraińskie elity, choć doskonale wiedzą, że Wehrmacht czy UPA to łajdacy i zwyrodniali często mordercy, starają się dbać o ich godny pochówek i jeśli tylko się da, rehabilitują ich, budują im legendy o zwykłym żołnierskim losie.

 

Nasz błąd

W budowaniu naszej polityki historycznej popełniamy błąd wynikający z lęku wobec państw ościennych. Chcielibyśmy, aby budowane przez nas muzea, miejsca pamięci stanowiły także centra wspólnej refleksji z dawnymi wrogami, miejsca pojednania. Posłowie PiS obiecują, że jeśli wygrają wybory, to wybudują Muzeum Pamięci Ofiar Rzezi Wołyńskiej oraz Centrum Prawdy i Pojednania. Trzeba docenić takie deklaracje, bo warto budować pokój, jednak do tanga trzeba dwojga. Ani Ukraińcy, ani strona żydowska, ani niemiecka często nie chce ustalania wspólnych wersji ze stroną polską. Owszem, próby są, toczą się rozmowy, były próby wspólnych podręczników historii ze stroną niemiecką, ale przychodzą momenty, gdy trzeba powiedzieć „non possumus”, a taką asertywność strona polska w relacjach międzynarodowych ma wyjątkowo słabo wyćwiczoną.

W pamięci ofiar często jest bowiem tak, że nie tyle szuka się tego, co łączy, i na próżno czeka się na skruchę drugiej strony, ile dochodzi do wyeliminowania oponenta z własnego pola doświadczenia. Pojawia się opozycja międzygrupowa. Następuje negatywne wartościowanie drugiej strony, w miejscu antagonizmu obronnego pojawia się antagonizm zaczepny. Obserwujemy to aktualnie w relacjach z Ukrainą. Nie można się tego bać ani obarczać poczuciem winy.

Po to mamy politykę historyczną, by móc się nią odwinąć, gdy ktoś bezczelnie nas atakuje i przekracza kolejne granice. Obserwujemy u siebie negatywne zainteresowanie symbolami i bohaterami obcej grupy? Mamy do tego prawo, mamy prawo czuć emocjonalną niechęć do tych, którzy mówią o „polskich obozach śmierci” lub wywieszają banderowskie proporce na kijowskich urzędach.

Ze świadomości historycznej wywodzą się korzenie ideowe, te z kolei są podstawą do budowania postaw i wyborów politycznych. W XXI wieku historia stała się jednym z najważniejszych pól rywalizacji między państwami. To nie tylko nauka o przeszłości, ale również element bezpieczeństwa informacyjnego, dyplomacji i budowania międzynarodowego prestiżu. Polska nie może pozwolić sobie na bierność. Potrzebuje przemyślanej, odpowiedzialnej i długofalowej polityki historycznej, opartej na faktach, szacunku dla prawdy oraz trosce o dobro wspólne.

[Tytuł, śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 01.08.2026 19:44
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 30/2026, oprac. Ludwik Pęzioł