Szukaj
Konto

Gadacz czy Hadacz

Gadacz czy Hadacz
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Krzysztof Karnkowski | Licencja: Tygodnik Solidarność | Tadeusz Gadacz, Andrzej Hadacz
Idea obrony demokracji potrafi łączyć bardzo różne światy, a odbudowa wspólnoty obywatelskiej w Polsce nie musi być z góry skazana na porażkę. Takie wnioski można wysnuć, śledząc równoległe losy ludzi, którym nie jest wszystko jedno, gdy dzieje się zło. Nawet jeśli reszta woli milczeć.
Co musisz wiedzieć:
  • Tekst w satyryczny sposób zestawia postacie prof. Tadeusza Gadacza i Andrzeja Hadacza, pokazując ich ideową drogę od obrony konserwatywnych symboli do zaangażowania po stronie liberalno-opozycyjnej.
  • Autor ironicznie krytykuje środowiska związane z Komitetu Obrony Demokracji, sugerując, że ich moralny i intelektualny elitaryzm opierał się na pogardzie wobec „ludu” i obsesji walki z rzekomym faszyzmem.
  • Główną osią tekstu jest teza, że polityczne zaangażowanie Gadacza i Hadacza miało charakter nie tylko ideowy, ale również symboliczno-medialny, ponieważ obaj stali się potrzebnymi figurami „obrony demokracji”

Prof. Tadeusz Gadacz, uczeń i intelektualny spadkobierca ks. Józefa Tischnera, demoliberalny elitarysta apelujący o powrót rozumu i cnoty dobromyślności. Andrzej Hadacz, postać przypominająca superbohatera: spowity tajemnicą, ale pojawiający się zawsze tam, gdzie dzieje się niesprawiedliwość, z którą rozprawia się bez kompromisu. Pierwszy służy Polsce wybitnym umysłem i etyczną przestrogą, drugi bardziej bezpośrednio, gdy trzeba, także na ulicy. Ich drogi splotły się w trudnych czasach rodzącej się dyktatury, gdy różnice statusu społecznego przestawały mieć znaczenie, bo o prawdziwej mierze czlowieka stanowiło poczucie odpowiedzialności. Co poniektórzy mówią, że Hadacz to po prostu Gadacz bez akademickiego okrzesania, bez kilku tysięcy przeczytanych książek i bez retorycznej sprawności wyćwiczonej na uniwersyteckich salach. I choć wypowiadają to w złych zamiarach, trudno całkowicie odmówić im racji.

 

Od obrońców krzyża do szwoleżerów demokracji

Ich przeszłość nie była oczywista, lecz pełna egzystencjalnych zwrotów. Dawniej obaj stawali, każdy na swój sposób, w obronie chrześcijańskiego dziedzictwa. Gadacz należał do zakonu pijarów, w którym walczył o Kościół z ludzką twarzą, otwarty, przyjazny człowiekowi i dialogujący. Hadacz zaś, w chwili będącej próbą charakteru, ruszył na Krakowskie Przedmieście, by własnym ciałem bronić krzyża przyniesionego przez harcerzy dla upamiętnienia tragedii smoleńskiej. Obaj wierzyli w to, co robią, nie doceniając jednak skali kryzysu instytucji Kościoła, który, zblatowany z politykami i skorumpowany, ukazał, że nie jest tym, co roiło się w ich romantycznych wyobrażeniach. Nie potępiajmy ich jednak zbyt szybko, bo przecież to zrozumienie własnych błędów stanowi o mądrości, a sowa Minerwy wylatuje po zmierzchu.

Po przejrzeniu na oczy zarówno Gadacz, jak i Hadacz postanowili odpokutować swoje błędy. Szybko docenili tych, którzy wcześniej od nich zwracali uwagę na choroby toczące polski katolicyzm. I tak Hadacz zbratał się z Januszem Palikotem, którego wspierał na manifestacjach i paradach, Gadacz zaś niezliczoną ilość razy występował w programach niepokornego Kuby Wątłego, który nigdy nie kłaniał się klechokracji i nie szczędził Kościołowi publicystycznych razów. I były to duety szczególne, bo tak już jest, że intelektualista potrzebuje swojego trybuna, tak jak rozum potrzebuje serca.

Ktoś jednak mógłby zarzucić profesorowi, że Kuba Wątły, rzucający obelgami pod adresem „klechów” i „szczurów”, ma z dialogiem ks. Tischnera niewiele wspólnego, więc występy w jego cyklu mogą budzić uzasadnione wątpliwości. Wystarczy jednak przyjrzeć się uważniej, by zrozumieć, jak wzajemnie na siebie oddziaływali. Gadacz dyskretnie cywilizował gniewnego Wątłego, a Wątły dodawał impetu nieruchliwemu Gadaczowi, ośmielając go do tego, by zarówno przydzwonił jednemu czy drugiemu soczystym „debilem” czy „kretynem”, jak i nawet zamachnął się na Jana Pawła II. A kto wpłynął na kogo bardziej? Zdania są podzielone, choć przemianowanie formatu na „Tak, Panie Kubo”, od najczęściej padającej w nim frazy, nie wydaje się całkiem absurdalne.

 

Pogromcy faszyzmu i PiS-owskiej wścieklizny

Profesor nie przejmował się zbytnio kręcącymi głowami adwersarzami, którzy zarzucali mu, że „tak niebanalny umysł powtarza banały o faszyzmie”, ani złośliwym wytykaniem „liberalnego bingo: faszyzmu, populizmu, autokracji”. Nie robiły na nim większego wrażenia także uwagi, że jego definicja faszyzmu sprowadzona do bezkrytycznego oddania wodzowi jest nieco zbyt szeroka. A że nie dostrzegał podobnych zjawisk po stronie zwolenników Donalda Tuska, zarzucić mu nie można, bo przecież nigdy żadnej partii nie popierał, a jego celem było wyłącznie przywrócenie kultury dialogu, która w czasach PiS wydawała się niemożliwa.

Do Gadacza padały też pytania na pozór poważne. Dlaczego tak wyraźnie zaangażował się w krytykę nowej władzy po 2015 roku? Przecież w jego tekstach często pojawiała się krytyka kapitalizmu, w którym „ideologia skuteczności” splata się z „banalnością zła”, znaną z myśli Hannah Arendt. Jak to pogodzić z popieraniem porządku liberalnego, który sam chętnie wzmacnia kult kompetencji, a jednocześnie rozmywa zasady moralne? Czy profesor zakładał, że system ten można „ulepszyć” od środka, dzięki obecności autorytetów takich jak on albo choćby obywatel Hadacz, do którego (jak sam twierdził) mieli przychodzić ludzie z Watykanu, wyczuwając w nim coś szczególnego?

Trzeba przyznać, że czasy PiS musiały być dla takich postaci szczególnie trudne. W innych okolicznościach ustawiono by ich na piedestale, pozwalając im nauczać naród i pilnować standardów etycznych. Tymczasem Jarosław Kaczyński, odwołując się do najniższych instynktów tłumu, jak to się mówi, „przywrócił godność” ludowi. Pytanie tylko, o jaką godność chodzi. Czy lud ma godność tylko dlatego, że jest ludem? Czy raczej godność rodzi się dopiero wtedy, gdy słucha profesora Gadacza? Nie powinno więc dziwić, że Gadacz nie odpowiadał na pytania zadawane ze złą wolą i nastawione na schlebianie tłumowi. Sam nigdy nie posunąłby się do przypisania swojej publiczności elitarności tylko dlatego, że przychodzi na spotkania z nim. Nigdy.

 

Gwiazdy KOD-u

Istnieje jeszcze jedno pomówienie, które domaga się polemiki. Otóż zarówno Gadaczowi, jak i Hadaczowi zarzuca się, że pojawiają się w centrum politycznych wydarzeń, ponieważ w przeciwnym razie nie mogliby liczyć na to, że znajdą się na ustach wszystkich i zgromadzą wierne, oddane grono. Być może ekspresja Hadacza nie byłaby doceniona, gdyby nie wybrzmiewała w trakcie wieców, parad czy przepychanek, czyli tam, gdzie politycznie robi się gorąco. A może i Gadacz nie zyskałby takiego poklasku i sławy wykraczającej poza mury uniwersytetu, gdyby nie został dyżurnym filozofem KOD-u, a później szerzej rozumianego frontu opozycji demokratycznej.

Historia przecież pokazuje, że tego typu ludzie są potrzebni i wielu jest gotowych oddawać im hołd, bo żywioł społeczny potrzebuje zarówno swoich trybunów, jak i intelektualnego uzasadnienia. Czym bowiem byłby sprzeciw bez ich obecności? Zbiorem rozproszonych emocji, kapiącą żółcią... niezbyt estetycznym widokiem. A tak staje się on zjawiskiem, któremu można nadać głębi, uporządkować i zapisać na kartach historii, oczywiście pod warunkiem, że to oni będą zwycięzcami.
Jest to oczywiście przypisywanie niskich pobudek wybitnym ludziom, co bywa typową cechą zazdrosnego i nienawistnego społeczeństwa polskiego, którą profesor nieraz diagnozował w swoich wywodach.

Nie ma zresztą większych wątpliwości, że gdyby obaj żyli w innych czasach, Polacy podaliby im cykutę, a być może nawet ukrzyżowali za sam fakt, że ośmielili się próbować czynić ich lepszymi. A przecież nie ma żadnych wątpliwości, że są lepsi, bo dowiedli tego w momencie próby lat 2015–2023. I to bez korzyści własnych, bo zarówno Hadacz, jak i Gadacz osiągnęliby podobną sławę także bez barykad KOD-u. W wykłady profesora wsłuchiwano by się niezależnie od walki z „kaczystami”, a jego książki cieszyłyby się równie dużą uwagą. Sam Hadacz z pewnością wzbudzałby zainteresowanie mediów, a pielgrzymki z Watykanu przybywałyby niezależnie od tego, czy regularnie znajdowałby się w „oku cyklonu”.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 22.05.2026 20:27
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 20/2026, oprac. Ludwik Pęzioł