Szukaj
Konto

Współczesny fachowiec ważniejszy niż influencer

Współczesny fachowiec ważniejszy niż influencer
Źródło: pexels.clom | Autor: Sergey Sergeev | Licencja: Pexels License | Mężczyzna w niebieskim kasku i kombinezonie
O wyborze drogi kształcenia decydują nie tylko perspektywy finansowe i potrzeby rynku pracy, lecz także coś trudniejszego do uchwycenia: prestiż oraz społeczne poważanie związane z danym zawodem. Pod tym względem ostatnie 35 lat w Polsce można opisać jako drogę „tam i z powrotem”.
Co musisz wiedzieć:
  • Przez lata Polakom wmawiano, że studia wyższe są jedyną drogą do awansu społecznego, co doprowadziło do degradacji prestiżu zawodów technicznych i fizycznych.
  • Wraz z umasowieniem szkolnictwa wyższego okazało się jednak, że wielu absolwentów uczelni trafiło do niestabilnej i mało satysfakcjonującej pracy, podczas gdy fachowcy zaczęli być coraz bardziej poszukiwani i cenieni.
  • Rosnąca popularność techników i szkół branżowych pokazuje, że społeczne uznanie wraca dziś do zawodów praktycznych, konkretnych i trudnych do zastąpienia przez sztuczną inteligencję.

Badania prestiżu zawodów prowadzone są w Polsce od kilkudziesięciu lat. Czołówkę rankingów niemal niezmiennie zajmują profesje związane z ratowaniem życia i bezpieczeństwem, jak: ratownik medyczny, strażak, lekarz czy pielęgniarka. W przypadku większości pozostałych zawodów (zarówno tych kojarzonych ze szkolnictwem zawodowym, jak i uniwersyteckim) dochodziło jednak do wyraźnych przetasowań. Ich główną cezurą okazało się umasowienie szkolnictwa wyższego po 1989 roku.

 

Przetasowania

Przez pierwsze dwie dekady po transformacji ustrojowej branże „po zawodówce” przeżywały w Polsce wyraźny kryzys prestiżu. Istniały oczywiście wyjątki, jak górnik, którego pozycja społeczna długo pozostawała relatywnie wysoka, jednak generalny trend był jednoznaczny. W badaniach CBOS z początku lat 90. rolnik zajmował jeszcze dość wysokie miejsce, jednak już stoczniowiec, będący symbolem klasy robotniczej, znajdował się niemal na samym dole zestawienia. Dwa lata później robotnik wykwalifikowany plasował się już w ogonie tabeli, a prestiż rolnika wyraźnie spadł. Na przełomie tysiącleci zarówno robotnicy, jak i rolnicy nadal pozostawali poniżej społecznej średniej i nie byli postrzegani jako zawody szczególnie godne uznania.

Nie było to zresztą przypadkowe. Polska lat 90. i początku XXI wieku żyła przekonaniem, że awans społeczny dokonuje się przede wszystkim poprzez studia wyższe. Dyplom uczelni miał być przepustką do „lepszego świata”. Szkoły zawodowe zaczęto traktować jako wybór dla tych, którzy „sobie nie poradzili”, mniej zdolnych lub pochodzących z nizin społecznych. W efekcie przez lata wmawiano młodym ludziom, że sukces oznacza odejście od pracy fizycznej – nawet wtedy, gdy rynek coraz bardziej potrzebował fachowców.

Pierwsze symptomy odwrócenia tego trendu pojawiły się około 2008 roku, a prawdziwy przełom nastąpił po roku 2013. Wtedy robotnik wykwalifikowany niespodziewanie awansował na podium rankingów prestiżu społecznego. Później proces ten tylko przyspieszył. Do łask zaczęły wracać profesje takie jak rolnik, tokarz, szewc, listonosz, kierowca komunikacji miejskiej czy pracownik sprzątający. Co znamienne, wiele z nich zaczęło wyprzedzać zawody utożsamiane z prestiżem symbolicznym związanym np. z mediami, show-biznesem, administracją czy nawet duchowieństwem.

 

Inflacja magistrów

Zmiana ta nie wynika wyłącznie z sentymentu do „starych zawodów”. Umasowienie studiów doprowadziło do spadku realnej wartości dyplomów. Tytuł magistra przestał być dobrem elitarnym, a wiele zawodów wymagających wyższego wykształcenia utraciło nimb wyjątkowości. Jednocześnie coraz bardziej widoczny stał się deficyt fachowców: hydraulików, elektryków, operatorów maszyn, kierowców, mechaników etc. Rynek pracy brutalnie zweryfikował przekonanie, że gospodarka może opierać się wyłącznie na pracy „kreatywnej” i usługowej.

W najnowszych rankingach prestiżu widać wyraźnie, że zawody związane z praktyczną użytecznością społecznie się obroniły. Nawet jeśli ich pozycja bywa zróżnicowana, właściwie nigdy nie spotykają się z pogardą. Najniższe noty otrzymują raczej profesje postrzegane jako mało konkretne, pasożytujące na emocjach, politycznie uwikłane albo produkujące dobra trudne do uchwycenia. Influencer, youtuber, coach biznesowy czy celebryta mogą budzić zazdrość ze względu na pieniądze i rozpoznawalność, ale niekoniecznie przekłada się to na autentyczny szacunek społeczny.

Społeczeństwo być może po latach fascynacji „nowoczesnością” ponownie zaczęło bardziej cenić zawody, których wyjaśnienie sensu nie wymaga tłumu „apologetów”, bo jest on zrozumiały sam przez się. Praca hydraulika, pielęgniarki, kierowcy autobusu czy elektryka daje namacalny efekt i zaspokaja podstawowe potrzeby wspólnoty. Tego rodzaju profesje są też mniej ideologiczne i mniej polaryzujące. Co ciekawe, wbrew dawnym stereotypom nie kojarzą się one już z „klasą niższą” i coraz częściej można spotkać osoby dobrowolnie porzucające na ich rzecz zawody czysto umysłowe, w kierunku których kształcili się na drodze uniwersyteckiej.

 

Wielkie rozczarowanie

Rosnąca dostępność szkolnictwa wyższego (gwałtowny rozwój uczelni prywatnych, studiów zaocznych i wieczorowych) zbiegła się w Polsce z ogromną presją społeczną. W latach 90. i na początku XXI wieku młodym ludziom nieustannie powtarzano, że „bez dyplomu jesteś nikim”. Studia miały być nie tylko sposobem na zdobycie zawodu, ale wręcz warunkiem godnego życia i społecznego awansu. W efekcie tysiące osób, które mogły zdobyć stabilny fach i dobrze odnaleźć się w pracy praktycznej, trafiały na uczelnie, po których spotkało je bolesne rozczarowanie. Był to rezultat zarówno ofensywy marketingowej części szkół wyższych, jak i aspiracyjnego charakteru polskiego społeczeństwa po transformacji. Polska chciała być „nowoczesna”, a nowoczesność utożsamiono z masowym wykształceniem wyższym i odejściem od pracy fizycznej. Problem polegał na tym, że za ekspansją uczelni nie nadążał rynek pracy.

Jednym z pierwszych sygnałów kryzysu był spadek statusu samego studenta. Jeszcze w latach 90. studiowanie kojarzyło się z elitą i przepustką do lepszego życia. Kilkanaście lat później coraz częściej stawało się obiektem kpin. Popularność zdobyły żarty o „wyższych szkołach gotowania na gazie”, przekonanie, że studia są jedynie przedłużeniem młodości, a absolwent po obronie pracy magisterskiej będzie szukał pracy u dawnego kolegi, który wybrał technikum albo zawodówkę.

Rzeczywistość często potwierdzała te obawy. Wielu absolwentów nigdy nie znalazło zatrudnienia w zawodzie, do którego formalnie się przygotowywało. Zamiast obiecywanej kariery czekała ich praca biurowa o niewielkiej stabilności albo (w najlepszym razie) korporacyjna rutyna. Do języka weszły ironiczne określenia związane z „klepaniem Excela”, a praca biurowa zaczęła być przedstawiana jako coś odtwórczego, pozbawionego sensu, łatwo zastępowalnego i niedającego poczucia satysfakcji.

W tym samym czasie coraz częściej zaczęto mówić o prekaryzacji. Umowy śmieciowe, ciągłe poczucie tymczasowości, konieczność przebranżawiania się i brak stabilizacji stały się doświadczeniem dużej części młodej klasy średniej. Paradoksalnie problemy te często rzadziej dotykały osoby po szkołach zawodowych niż magistrów, którym wcześniej wmówiono, że jedynie studia wyższe gwarantują bezpieczną przyszłość. W pewnym momencie doszło więc do symbolicznego odwrócenia ról. To nie hydraulik czy elektryk zaczął być przedstawiany jako życiowy „przegryw”, lecz sfrustrowany absolwent pracujący poniżej kwalifikacji.

 

Powrót zawodówek

Zmiany w postrzeganym prestiżu zawodów antycypowały zmiany na rynku pracy. W czasach PRL szkolnictwo zawodowe stanowiło fundament systemu oświaty. Jeszcze na początku lat 90. większość młodych ludzi wybierała technika lub zawodówki. Między 1990 a 2004 rokiem nastąpiło jednak gwałtowne tąpnięcie: odsetek uczniów wybierających tę ścieżkę spadł niemal dwukrotnie – z około 70 do 40 procent. Był to efekt nie tylko zmian gospodarczych, ale także ogromnej degradacji symbolicznej pracy fizycznej. „Robol” stał się figurą człowieka przegranego w nowym kapitalizmie. To pokazuje, jak silnie prestiż zawodów wpływa nie tylko na indywidualne wybory młodych ludzi, ale również na politykę edukacyjną państwa. Szkoły zawodowe zaczęto masowo wygaszać właśnie wtedy, gdy społeczne aspiracje przesunęły się w stronę uniwersytetów. Problem polegał na tym, że gospodarka nie była w stanie wchłonąć takiej liczby absolwentów studiów wyższych, a wiele „nowych zawodów” nie zdobyło zaufania ludzi.

Pierwsze oznaki zmiany pojawiły się około 2010 roku, a kilka lat później trend stał się już wyraźny. W 2015 roku niemal połowa absolwentów gimnazjów wybrała technikum lub zasadniczą szkołę zawodową. Był to znaczący wzrost w porównaniu z początkiem wieku i sygnał, że społeczne postrzeganie tych szkół zaczyna się odbudowywać. Warto zauważyć, że ten zwrot rozpoczął się jeszcze przed dużą reformą szkolnictwa zawodowego z 2016 roku. Reforma oczywiście odegrała istotną rolę: zwiększono subwencje, rozbudowano system praktyk i staży u pracodawców, umożliwiono zdobycie dyplomu zawodowego już po branżowej szkole I stopnia, a przedsiębiorcy uzyskali większy wpływ na programy nauczania. Państwo zaczęło dostrzegać, że przez lata zaniedbywano segment edukacji kluczowy dla realnej gospodarki.

 

Zawody przyszłości

Jak jednak pokazały przywołane wcześniej dane z rankingów prestiżu zawodowego, społeczna zmiana mentalna wyprzedziła działania instytucjonalne. Ludzie szybciej niż państwo zauważyli, że fachowiec może dziś zarabiać więcej niż wielu absolwentów uczelni wyższych. Wzrost prestiżu zawodów technicznych i branżowych był więc najpierw reakcją organiczną, a dopiero później został wzmocniony przez reformy.

Kulminację tego procesu widać w najnowszych danych. W 2024 roku aż 59 procent absolwentów szkół podstawowych wybrało szkoły branżowe lub techniczne. Jeszcze kilkanaście lat wcześniej taki wynik wydawałby się nie do pomyślenia. Trudno nie dostrzec, że tę zmianę może dodatkowo pogłębić rozwój sztucznej inteligencji i automatyzacji. Wiele zawodów biurowych, administracyjnych czy „kreatywnych” okazuje się podatnych na zastąpienie przez algorytmy. Tymczasem fachy wymagające fizycznej obecności, manualnych kompetencji i praktycznego doświadczenia pozostają znacznie trudniejsze do automatyzacji. Elektryk, hydraulik czy mechanik stają się dziś nie symbolem „gorszego wyboru”, lecz zawodami przyszłości.

[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 29.05.2026 09:20
Źródło: Tygodnik Solidarność nr 21/2026, oprac. Ludwik Pęzioł