[Tylko u nas] Grzegorz Kuczyński: Mołdawski ból głowy Putina

Mołdawia nie jest republiką prezydencką, więc głowa państwa nie ma tak dużej realnej władzy, jak w wielu innych krajach, nie tylko postsowieckich. To zapewne był jeden z powodów, dla których Kreml dość pragmatycznie podszedł do wyniku listopadowych wyborów, które wygrała prozachodnia Maia Sandu, a przegrał prorosyjski Igor Dodon. Władimir Putin szybko złożył gratulacje, zaś Dodon - choć de facto miał do dyspozycji całą machinę państwową (jego partia teraz rządzi) - nie próbował podważać wyniku. Zapewne Moskwa liczyła też na to, że Sandu, która nie tak znów dawno była sojusznikiem Dodona w operacji obalenia rządów oligarchy Vlada Plahotniuca, podejdzie do wszystkiego pragmatycznie. Zwłaszcza, że rząd jest innej opcji - właśnie socjalistycznej. Tymczasem wydaje się, że były to płonne nadzieje Moskwy i jej mołdawskich sojuszników. Sandu zajęła jednak zaskakująco twarde stanowisko - szczególnie niemiłe dla Rosji. Niewykluczone, że wynika to z jej doświadczeń. Wszak może czuć się oszukana. Najpierw, po naciskiem dyplomatów zachodnich, działających w porozumieniu z rosyjskimi, sformowała sytuacyjny sojusz, który obalił rządy Plahotniuca. Jego usunięcie było korzystniejsze dla Moskwy, niż Zachodu. Prozachodnie partie stworzyły koalicję z prorosyjskimi socjalistami, a premierem została właśnie Sandu. Tamten rząd zachowywał z oczywistych powodów geopolityczną neutralność. Ale gdy Sandu postanowiła na serio powalczyć z korupcją, obóz moskiewski dogadał się z częścią dawnych stronników Plahotniuca i obalił rząd. Obóz prozachodni został zepchnięty do opozycji, a władzę sprawuje do dziś koalicja prorosyjskich socjalistów i części dawnych stronników oligarchy. W nowym rządzie główne decyzje podejmował prezydent Dodon, któremu już dawno udowodniono, że bierze pieniądze od Rosjan. Aż do tegorocznych jesiennych wyborów prezydenckich ułożony w Moskwie scenariusz realizował się co do joty. Zakładano, że Dodon uzyska reelekcję, po czym będzie można w końcu wprowadzić w życie tzw. plan Kozaka, czyli "powrót" separatystycznego Naddniestrza (gdzie stacjonuje kontyngent rosyjskich wojsk) pod formalne zwierzchnictwo rządu w Kiszyniowie. Ale ta federalizacja miała być tak zrealizowana, że właśnie ci prorosyjscy separatyści uzyskaliby tak duży wpływ na decyzje państwa mołdawskiego, że już na trwałe Mołdawia utknęłaby w rosyjskiej strefie wpływów.
Biorąc pod uwagę położenie geograficzne - Mołdawia leży między Ukrainą walczącą z Rosją, a Rumunią należącą do UE i NATO (bliskim sojusznikiem USA) - dla Moskwy utrzymanie wpływu na Kiszyniów, choćby szantażując wojskową obecnością i wsparciem dla Naddniestrza, jest kluczowe. Wydaje się, że Rosjanie jednak nie spodziewali się tak stanowczych wypowiedzi Sandu i poruszenia przez nią już na samym początku właśnie kwestii Naddniestrza i obecności wojsk rosyjskich w tym regionie. Prezydent-elekt powiedziała wprost, że warunkiem uregulowania problemu separatyzmu naddniestrzańskiego jest wycofanie stamtąd żołnierzy rosyjskich. To jasny sygnał: Sandu oczekuje wycofania się Moskwy z Mołdawii. Na postulat Sandu szybko odpowiedział szef MSZ Rosji. Jak zwykle posługując się kłamstwami. Wiadomo od dekad, że Rosjanie stacjonują w Naddniestrzu, aby ochraniać separatystyczne quasi-państewko, wasala Moskwy, oraz by szachować zarówno Kiszyniów, jak i Ukrainę. Pamiętamy, jak podczas eskalacji wojny rosyjsko-ukraińskiej w latach 2014-2015 mówiło się, że właśnie oddziały rosyjskie w Naddniestrzu mogą zadać cios w plecy ukraińskiej armii. Ale oczywiście Ławrow trzyma się wersji oficjalnej: Rosjanie są w Naddniestrzu by kontrolować wielkie składy amunicji. To, że pozostawiła to sama rosyjska armia wycofująca się stamtąd na początku lat 90. XX w. - nieważne. To, że te składy stały się źródłem dużego nielegalnego handlu bronią - pod nadzorem służb rosyjskich - też nieważne. - Te magazyny są w takim stanie, że przerwanie kontroli nad nimi groziłoby bardzo poważnymi incydentami - oznajmił Ławrow. - Pomiędzy Mołdawią i Rosją nie było dwustronnej umowy w sprawie obecności w Naddniestrzu rosyjskiej operacyjnej grupy wojsk. I konieczne jest jej wyprowadzenie z terytorium Mołdawii - oświadczyła dzień wcześniej Sandu. Ławrow nie pozostawia wątpliwości. Jego zdaniem "jest wątpliwe, by Moskwa spełniła takie nieodpowiedzialne żądanie".
Nie ma mowy, żeby Rosja dobrowolnie wycofała z Naddniestrza co najmniej 1500 żołnierzy tam stacjonujących. Gdyby to zrobiła, szybko upadłoby separatystyczne quasi-państewko, a Moskwa straciłaby wpływ na Mołdawię. Można za to oczekiwać, że wobec tak jednoznacznej prozachodniej i uderzającej w interesy rosyjskiej postawy Sandu (pierwsze wizyty zapowiedziała w Kijowie i Brukseli), Rosja i jej sojusznicy w Mołdawii, z socjalistami Dodona na czele, będą rzucać kłody pod nogi prezydent. Będzie to tym łatwiejsze, że w parlamencie większość ma obóz promoskiewski, a rząd zdominowali socjaliści. Tylko zmiana tego stanu rzeczy pozwoli na realną zmianę kursu państwa mołdawskiego. Zdaje z tego sobie sprawę także Sandu i Zachód. Stąd, na fali zdecydowanego zwycięstwa nad Dodonem, prezydent-elekt już mówi o przyspieszonych wyborach. - Potrzebujemy przyspieszonych wyborów parlamentarnych, żeby oczyścić parlament i zdymisjonować obecny rząd - oświadczyła Sandu.
Kim jest znajoma Czarzastego? „Pani Czesnych zajmowała się m. in. sprzedażą majątku FSB”
Awaria systemu energetycznego w Mołdawii. Problemy przyszły z Ukrainy

Trump poprosił Putina o przerwę w atakach. Jest reakcja Kremla

Rosja traci bazę w Syrii. Putin oberwał amerykańskim odłamkiem

Karol Nawrocki: Polska nieustannie wspiera Mołdawię w jej drodze do Unii Europejskiej

