Szukaj
Konto

Aleksandra Jakubiak OV: Fakt zawarty w Miłosierdziu

12.04.2026 17:27
Aleksandra Jakubiak OV: Fakt zawarty w Miłosierdziu
Źródło: pixabay.com | Autor: CharlVera | Jezus i dziecko
Komentarzy: 0
„Miłosierdzie jest właściwością Boga, w miłosierdziu też najwyraźniej wyraża się Jego wszechmoc”, św. Tomasz z Akwinu.

Kardynalna cecha miłosierdzia

Uważam, że karygodnym błędem jest przeciwstawianie sobie dwóch Bożych przymiotów: sprawiedliwości - szczególnie tej zdefiniowanej na sposób zachodni, czyli bardzo jurydyczny - i miłosierdzia. Pozostają one bowiem rzeczywistościami wzajemnie się dopełniającymi, które powinnym być rozważane na nieco innych płaszczyznach. Podam prosty przykład, zasłyszany bodaj na jakimś kazaniu, dokładnie nie pamiętam gdzie. Otóż był sobie pewien sędzia, który spotkał w sądzie dawnego przyjaciela, oskarżonego słusznie o kradzież. Sędzia nie chciał, by owego człowieka spotkało cierpienie, ale wiedział, że sprawiedliwość wymaga regulacji kwestii kradzieży. Co zatem zrobił? Skazał przyjaciela czy nie skazał? Jako sędzia czuł się zobowiązany wymierzyć sprawiedliwość, więc uznał przyjaciela winnym kradzieży, jednak jako przyjaciel zdecydował się sam uregulować dług.

W bulli Misericordiae Vultus papież Franciszek umieścił pewne wiekopomne zdanie: „Miłosierdzie Boga nie jest więc jakąś abstrakcyjną ideą, ale jest konkretnym faktem, dzięki któremu On objawia swoją miłość ojcowską i matczyną”. Papież pisze tu też o „głębokim uczuciu”, „akcie czułości i współczucia, odpuszczenia i przebaczenia". Miłosierdzie jest zatem sposobem przejawiania się miłości. W przeciwieństwie do sprawiedliwości, miłosierdzie nie może zaistnieć bez relacji do drugiego lub siebie,   jednak kierujemy się nim zawsze w stosunku do kogoś. O ile zatem sprawiedliwość, w tym naszym prawnym znaczeniu, jest tym doskonalsza, im bardziej obiektywna - patrzmy na figurki ślepej Temidy w gabinetach prawników - o tyle miłosierdzie jest całkowicie subiektywne i przejawia się w stosunku do tego, do którego je kierujemy. W tym kluczu sprawiedliwość jest uobecnieniem się idei, ku której chcemy dążyć, a miłosierdzie stanowi „konkretny fakt”: poczynając od oglądu zastanej sytuacji, poprzez myśl przenikniętą miłością, aż po akt wyciągnięcia ręki do wybaczenia, błogosławieństwa, podniesienia lub objęcia.

Prześledźmy kilka takich Jezusowych relacji z rozmaitymi osobami „łatwymi inaczej” , by dostrzec w nich kompletnie odmienny od naszego klucz do związków prześwietlonych  Jego miłosierdziem.

 

Jezus i Samarytanka - Bóg wychodzący naprzeciw

Dzieliło ich w zasadzie wszystko. Status, etniczna przynależność, płeć, moralna kondycja, doświadczenia, duchowość. Była obca. A jednak ich krótkie spotkanie przeszło do historii jako jedno z najpiękniejszych i najbardziej wyzwalających. Przyszła do studni w południe, w czas największej spiekoty, gdy inny siedzieli w domach i chronili się przed żarem. Najpewniej działo się tak nie dlatego, że nie miała ochoty na ploteczki w towarzystwie koleżanek. Raczej dlatego, że nie chciała być widziana. „Miałaś bowiem pięciu mężów, a ten, którego masz teraz, nie jest twoim mężem”. Jezus spoglądał tam, gdzie większość ludzi nie potrafiła - poza zasłonę wyborów i zachowań, patrzył na duszę, na historię ran, na głód miłości. Jak młodego Józefa  Egipskiego wrzucili do studni jego bracia - synowie Jakuba - po to, by ten trafił w niewolę, tak przy studni Jezus - syn Izraela  wyzwolił z niewoli głodu i odium winy tę samarytańską kobietę.

Każdy, kto czuje się obcy i naznaczony, może w tej rozmowie doświadczyć podawanej sobie dłoni, która ma moc uwolnić z łańcuchów niemocy, grzechów i etykietek, byśmy urodzili się na nowo.

 

Jezus i Judasz - miłość do końca

Był przy Jezusie długo. Znał Jego zwyczaje, zachowania, słuchał codziennie Jego słów, jadał z Nim, chodził w skwarze, przeżył uciszoną przed Niego burzę, widział ciągnące za Nim tłumy, był świadkiem mocy uzdrowień, uwolnień, wypędzania złych duchów, rozmnożenia chleba, a jednak... nie znał Jego. Nie rozumiał istoty Jego misji, ani tego, co było napędową Jego działań. Kiedy zobaczył miłość, którą zrównał ze słabością i porażką, przeżył zawód i gniew pchające do zemsty. A Jezus kochał Judasza, nie naruszając jego wolności, dawał mu szansę za szansą. Ostatnim wyrazem tej miłości było puszczenie go wolno, by poszedł tam, gdzie chciał iść. A on poszedł w noc. 

„Umiłowawszy swoich na świecie, do końca ich umiłował”, nie przestał kochać tego, który wyszedł, by zdradzić już nie w sercu, ale także „na papierze”. Jeszcze czekał w Getsemani w nadziei, że przyjaciel zmieni zdanie. Nie zmienił. I choć potem Judasz był w sumie jedynym z apostołów, który czynnie ujął się za Jezusem, to nie rozumiejąc bezkresu Jego miłości, nie uniósł własnego grzechu i błędu, a raczej nie umiał zawierzyć ich Jezusowi. Zwróćmy uwagę, że to nie Jezus go potępił, to on sam wydał wyrok. Czy ostateczny? Tego nie wiemy, licząc na prawdziwy bezmiar miłosierdzia Boga.

Zatem, grzeszniku, zdrajco, apostato, to nie jest koniec, bo miłość Jezusa nie ma końca. Zawsze, z każdej ciemności, z każdej czarnej dziury, każdego bagna, nory i śmierdzącej kloaki, możesz do Niego wrócić, nigdy nie przestajesz być dla Niego wartym pochylenia, podania ręki, podźwignięcia z dołu, w którym siedzisz.

 

Jezus i Synowie Gromu 

Jakub i Jan nie słynęli z uznawania półśrodków, ani z geniuszu w dziedzinie dyplomacji. Nawet po latach znajomosci z Jezusem chcieli spuszczać pioruny na mieszkańców miejscowości, która nie chciała Go przyjąć. I mieli plan - spotkaliśmy Mesjasza, jesteśmy jednymi z Jego najbliższych i najgorliwszych współpracowników, chcemy, by ten stan rzeczy trwał na zawsze. W tym celu wysłali mamę (sic!), aby ona rozmówiła się z Jezusem na temat przydziału miejsc i godności w Królestwie Niebieskim. Tyle zrozumieli z Jego nauczania. 

Nie wyrzucił, nie odrzucił, nie odegnał za egoizm, za gniew, za zapalczywość i agresję, za duchową ślepotę i tępotę. Był z nimi do końca. Nie, nie do Wniebowstąpienia, do końca ich życia. A nie kończyło się ono łatwo. Ale kończyło się z Nim. 

Ile wśród nas zapalczywości? Przesądzania o własnej nieomylności, haseł sprowadzających się do: „moja prawda jest mojsza”, my do nieba, tamci do piekła? Ile handlowania uczynkami za Bożą miłość? Ile pogardy wobec innej duchowości, innych poglądów? Ile przekonania o własnej wyższości? A ilu spośród nas stoi w rozkroku pomiędzy Nim - który jest nam bliski lub jeszcze chociaż słyszalny w głosie i tęsknocie serca - a gniewem lub żądaniem tego, co wydaje się nam słuszne? Ilu zastanawia się nad tym, czy nie spalić za sobą tego mostu? Tylko, że to jedyny most, którego nie da się spalić. On tam czeka zawsze.

 

Jezus i Piotr 

Na ten temat można byłoby napisać całą epopeję. Skupmy się jednak tylko na jednej cesze Piotra, na jego chwiejności. Dwa kroki po wodzie, a potem nur pod wodę. Raz wyrywanie się przed szereg, a potem „ja nigdy”, „ja zawsze”... i na koniec kur piejący i piekące łzy. To nie skończyło się ze zmartwychwstaniem, później Piotr chwiał się w przypadkach sporów między apostołami, frakcjami, ścierającymi się doktrynami. I takiego go Jezus nie tylko kochał, ale i wybrał na przełożonego. Bo nie własnymi siłami mamy być mocni. Nie budujemy dla Boga, lecz z Bogiem. Skałą, której pragnął w Piotrze Jezus był stwardniały cement - proch tej ziemi połączony z żywą wodą.

Ty, który jesteś chwiejny, odchodzisz i wracasz, miotasz się, masz kłopoty z przyjęciem  własnego krzyża, ty, który może ostatnio miałeś dość i stanąłeś wśród atakujących lub nie miałeś odwagi powiedzieć dość, gdy atakowali inni - jeszcze na tobie Jezus może budować swój Kościół.

 

Jezus i Malchos 

Był sługą arcykapłana, kimś kto szedł na Jezusa w grupie osób uważających Go za wroga i bluźniercę. Wśród krótkiej bijatyki, jaka wywiązała się między ludźmi arcykapłana a przestraszonymi uczniami Jezusa, stracił ucho. Odrąbał mu je nie kto inni, jak Piotr. I to nie Piotr doczekał się pochwały, a Malchos uzdrowienia. 

Nigdy nie wiadomo, jakie dobro może spotkać człowieka od Boga. Także człowieka, który sam siebie uważa za Bożego wroga. Przed Jego miłosierdziem skapitulował już niejeden śmiałek, któremu zawsze dana będzie szansa. Może jesteś Apostołem Pawłem przyszłości, ty, który nosisz w sobie teraz gniew. Od zawsze czeka bowiem na ciebie miłość Miłosiernego. Nie chcesz jej? Nie szkodzi. Ona i tak poczeka, bo cierpliwa jest.

 

Jezus i ty 

Choć zapewne mogliśmy odnaleźć się w niejednej z wcześniejszych postaci, to ważne, by pamiętać, że Boże Miłosierdzie nie jest kierowane do jakichś efemerycznych „wszystkich”, tylko do ciebie! Do twojej historii i pomimo niej. Jako konkretny fakt. Jako dłoń, jako wzrok, jako słowo, trafiające z precyzją mikrochirurga w punkt, który jest źródłem stanu zapalnego i jako fakt objawiający niepojętą miłość.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 12.04.2026 17:27
Źródło: Aleksandra Jakubiak OV