Anonimowy Niemiec: Polska ma charakter. W Polsce czuję się kompatybilny

- Anonimowy Niemiec analizuje relacje polsko-niemieckie, pojęcie narodu oraz procesy integracyjne we współczesnej Europie.
- Rozmówcy spierają się o rolę państwa narodowego, znaczenie suwerenności oraz wpływ struktur ponadnarodowych na politykę państw europejskich.
- Wywiad ma charakter publicystyczny i prezentuje osobiste opinie uczestników rozmowy
"Niemcy nie są 'złe', Niemcy realizują swoją rację stanu"
Cezary Krysztopa: Lubię to, że w tej rozmowie możemy sobie wyjść daleko poza ramy wywiadu. W sumie nie wiem czym jest ten format, który tu praktykujemy, być może tworzymy zupełnie nowy. Ale ja też pozwolę sobie trochę wyjść poza przyjęte dla wywiadów ramy i powiem, że nie zgadzam się z Panem już w dwóch punktach. Choć tylko częściowo.
- Oczywiście, że Niemcy realizując swoje interesy w Polsce napotykają niestety na smutną służalczość części Polaków i brak systemowego oporu, ale nie zgadzam się, że nie ma w tym celowej kolonizacji. Sądzę, że Niemcy szybko zauważyli taką możliwość w Polsce i nie sądzę żeby byli na tyle głupi żeby jej świadomie nie wykorzystywać na wszelkich dostępnych poziomach.
- Nie zgadzam się również, że problem z Tuskiem polega na tym, że jest tylko administratorem, a nie liderem politycznym. Oczywiście, że nie umie rządzić, potrafi tylko robić wokół siebie zamieszanie. Jednocześnie jednak, jestem głęboko przekonany, że realizuje skutecznie i świadomie cele niemieckiej racji stanu w Polsce. Przykłady można wymieniać długo. Jest w jakimś sensie, świadomie i z własnej woli, gubernatorem Niemiec na Polskę.
Anonimowy Niemiec: Panie Cezary, oczywiście, że państwa silniejsze realizują cele ekspansji wpływu gospodarczo, politycznie, kulturowo i cywilizacyjnie. Tak działa historia od setek lat, zmieniają się jedynie narzędzia. Dawniej robiło się to przez armię i administrację okupacyjną, dziś robi się to przez kapitał, instytucje, media, edukację, kulturę i modelowanie elit. Nie trzeba już narzucać dominacji brutalnie, jeśli można doprowadzić do sytuacji, w której peryferia same zaczynają uznawać interes centrum za własny interes (sic!).
I nie mam wątpliwości, że Niemcy jako największe państwo gospodarcze Europy taki wpływ budują i rozszerzają. Nie dlatego, że są „złe”, lecz dlatego, że każde poważne państwo realizuje własną rację stanu. Problem zaczyna się wtedy, gdy po drugiej stronie pojawia się klasa polityczna pozbawiona zdolności do strategicznego oporu albo wręcz przekonana, że podporządkowanie się silniejszemu jest oznaką nowoczesności.
Mitteleuropa
Nieprzypadkowo w historii pojawiały się koncepcje takie jak Mitteleuropa Naumanna, czyli projekt polityczno-gospodarczej organizacji Europy Środkowej wokół niemieckiego centrum ekonomicznego i cywilizacyjnego. Oczywiście świat XXI wieku nie jest światem z 1915 roku i nikt rozsądny nie powinien stawiać prostego znaku równości między dawnymi projektami geopolitycznymi a współczesną Unią Europejską, ale sama logika centrum i peryferii pozostała bardzo podobna. Silny ośrodek organizuje przestrzeń wokół siebie poprzez handel, instytucje, przepływy kapitału, kulturę i wpływ elitarny.
Suwerenność pozorna
Wystarczy spojrzeć na przykłady państw, które formalnie pozostają wielkimi krajami europejskimi, ale coraz częściej funkcjonują w ramach tej samej logiki gospodarczej i politycznej. Francja, dawna Grande Nation, państwo de Gaulle’a, własnej doktryny strategicznej i dumy energetycznej, dziś momentami sama kwestionuje filary swojej niezależności, choćby w obszarze energetyki jądrowej, która przez dekady była symbolem jej suwerenności technologicznej i przemysłowej. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Francuzi traktowali atom jak element racji stanu, dziś coraz częściej podporządkowują debatę logice ponadnarodowej administracji europejskiej i ideologicznym trendom.
Podobnie Hiszpania po kryzysie finansowym z 2008 roku. Kraj o ogromnym potencjale został częściowo sprowadzony do roli gospodarki usługowo-turystycznej uzależnionej od kapitału zewnętrznego i sezonowej konsumpcji. W wielu miejscach wybrzeża można wręcz odnieść wrażenie, że powstało gigantyczne zaplecze wypoczynkowe dla zamożniejszej północy Europy, zwłaszcza niemieckich emerytów i rentierów. Formalnie pełna suwerenność, praktycznie coraz silniejsze wpisanie w model centrum–peryferia.
I właśnie dlatego uważam, że błędem jest patrzenie na politykę wyłącznie przez pryzmat formalnej suwerenności państwa. Państwo może mieć flagę, hymn i własny parlament, a jednocześnie pozostawać mentalnie, gospodarczo i strategicznie głęboko zależne od silniejszego centrum. I właśnie ten mechanizm próbuję opisać.
Kwestia Tuska
Natomiast w kwestii Donalda Tuska różnica między nami jest być może bardziej semantyczna niż zasadnicza. Ja po prostu bardzo precyzyjnie rozróżniam pojęcie administratora politycznego od pojęcia lidera. Lider polityczny to człowiek, który potrafi kreować rzeczywistość polityczną, a nie jedynie nią zarządzać, posiada własną wizję państwa zakorzenioną historycznie i cywilizacyjnie, umie podporządkować bieżącą taktykę strategicznemu celowi narodowemu i jest zdolny organizować emocje wspólnoty wokół projektu większego niż on sam.
Administrator polityczny działa inaczej, zarządza nastrojami, reaguje zamiast wyprzedzać, utrzymuje system, dba o komunikację i PR, stabilizuje układ zależności, ale nie tworzy nowej osi cywilizacyjnej państwa.
I właśnie dlatego uważam, że Donald Tusk nie jest liderem politycznym w historycznym znaczeniu tego słowa. Jest sprawnym administratorem emocji społecznych i konfliktu politycznego, ale nie człowiekiem zdolnym do stworzenia samodzielnej wizji polskiej podmiotowości opartej o ciągłość historyczną, kulturową i cywilizacyjną. Bo lider nie istnieje wyłącznie w rytmie bieżącego zarządzania państwem. Lider musi mieć jeszcze zakorzenienie w czymś większym niż bieżąca koniunktura polityczna. Musi rozumieć naród jako ciągłość pokoleń, pamięci, interesów i kultury. Tyle teoria. Do samego pojęcia narodu zapewne jeszcze dojdziemy, bo ono jest tutaj absolutnie fundamentalne. A mówiąc już zupełnie kolokwialnie, trudno mówić o pozycji przywódcy państwa podmiotowego jadąc do kraju ogarniętego wojną wagonem prawie klasy „Wars”, w atmosferze bardziej delegacji administracyjnej niż demonstracji politycznej siły.
"Rów Mariański" dzielący Polaków
I tutaj aż prosi się o postawienie diagnozy głębszej. Bo jeśli przyjmiemy założenie, że Donald Tusk jest jednak liderem politycznym, to należałoby zadać sobie pytanie, kto właściwie widzi go w tej roli i jakie środowiska uznają reprezentowaną przez niego wizję państwa za swoją. Kim są wyborcy głosujący nie tylko na konkretną partię, ale na określony model cywilizacyjny, określony stosunek do historii, państwa, narodu i suwerenności. Bo być może wtedy trzeba będzie zanurkować głębiej i powiedzieć sobie uczciwie, że „Rów Mariański” podziału polskiego społeczeństwa ma się w najlepsze. I że nie jest to wyłącznie spór partyjny czy medialny, ale dużo głębsze pęknięcie cywilizacyjne, historyczne i mentalne.
Nie chcę tego sprowadzać do prostych metafor, ale emocjonalnie bardzo trafne wydaje się czasem zestawienie dwóch tradycji, które w Polsce funkcjonują równolegle od dekad. Z jednej strony etos niepodległościowy, państwowy i wspólnotowy, który symbolicznie można by nazwać pokoleniem AK. Z drugiej strony środowiska wyrastające z późnego PRL-u i postkomunistycznej nomenklatury, wychowane często w duchu adaptacyjnego pragmatyzmu, politycznej zależności i tego, co wielu określa mianem homo sovieticus.
Z dawnych elit niewiele zostało
Bo problemem w ujęciu pokoleniowości jest również zbyt gwałtowny i nienaturalny awans społeczny po wojnie. Proszę pamiętać, że Polska po II wojnie światowej utraciła ogromną część swoich elit, wojna, Katyń, emigracja, represje i późniejszy komunizm dokonały gigantycznej amputacji warstwy przywódczej państwa. A jeśli od tej niewielkiej części, która pozostała, odejmiemy jeszcze ludzi pragmatycznie współpracujących z systemem komunistycznym pod hasłem „bo inaczej się nie dało”, to naprawdę niewiele z tych dawnych elit zostało. W ich miejsce bardzo często pojawili się ludzie szybkiego awansu społecznego, administracyjnego i instytucjonalnego. I nie mówię tego pogardliwie, bo sam awans społeczny jest rzeczą naturalną i potrzebną. Problem zaczyna się wtedy, gdy tempo awansu cywilizacyjnego i instytucjonalnego staje się większe niż tempo dojrzewania kulturowego, państwowego i wspólnotowego.
Pokoleniowość ma przecież swoje naturalne tempo. Istnieje pewien gradient rozwoju kulturowego, emocjonalnego, społecznego i elitarnych kompetencji. Przeskakiwanie kilku szczebli naraz bardzo często kończy się statystycznym, politycznym „faux pas”, bo człowiek może nauczyć się języka elit, kodów kulturowych czy procedur administracyjnych szybciej niż zdąży wykształcić głębokie zakorzenienie cywilizacyjne i odpowiedzialność państwową.
I być może właśnie tam znajduje się prawdziwe źródło dzisiejszego konfliktu. Nie w bieżącej polityce, lecz w dwóch całkowicie różnych definicjach tego, czym jest państwo, naród, suwerenność i miejsce Polski w Europie.
Czym jest współczesny naród?
A tu pełna zgoda. Ja nie mam pretensji do Niemiec o to, że realizują swoją rację stanu, którą jest uzależnianie Polski i pozbawianie jej prawa manewru. Ja tylko uważam, że trzeba mieć tego świadomość i się temu przeciwstawiać, a jeśli się da, to wręcz odwrócić kierunek tego uzależniania. A pretensje mam do tych Polaków, którzy albo tego nie widzą, albo celowo poświęcają polski interes licząc na korzyści osobiste.
Ale zaintrygował mnie Pan tym odniesieniem do narodu. To jest dziś potężne i kluczowe pytanie. Czym według Pana współczesne, nowoczesne pojęcie narodu różni się od jego definicji z XIX wieku?
Panie Cezary, myślę, że zasadnicza różnica między XIX-wiecznym rozumieniem narodu a współczesnym polega na tym, że dawniej naród był przede wszystkim wspólnotą losu historycznego i kulturowego, natomiast dziś coraz częściej próbuje się go redefiniować jako wspólnotę proceduralną, administracyjną albo wręcz wyłącznie konsumencką. W XIX wieku naród rodził się z pamięci, języka, religii, symboli i doświadczenia historycznego. Człowiek należał do narodu nawet wtedy, gdy państwa nie było na mapie. Naród był czymś organicznym, ciągłością pokoleń i pewnym zobowiązaniem wobec przeszłości oraz przyszłości. Dlatego Polacy potrafili przetrwać zabory, bo naród istniał głębiej niż administracja państwowa.
Spór o definicję narodu
Natomiast współczesność coraz częściej sprowadza naród do poziomu kontraktu społecznego i technokratycznego zarządzania przestrzenią gospodarczą. Obywatel ma być przede wszystkim uczestnikiem rynku, podatnikiem i użytkownikiem usług państwowych. Historia, pamięć i tożsamość zaczynają być traktowane jako coś niewygodnego, archaicznego albo wręcz potencjalnie niebezpiecznego.
I tutaj dochodzimy do rzeczy fundamentalnej. Mam wrażenie, że dzisiejszy spór w Polsce nie dotyczy już nawet konkretnych partii, ale właśnie definicji narodu. Jedni nadal rozumieją naród jako wspólnotę historyczną i cywilizacyjną, inni coraz bardziej jako projekt administracyjno-europejski oparty na procedurach, prawie i ekonomii. Dlatego mam wrażenie, że współczesny spór o naród nie jest już sporem romantyków z pragmatykami. To raczej spór o to, czy naród ma być jeszcze wspólnotą pamięci i odpowiedzialności historycznej, czy już tylko nowoczesną strukturą zarządzania ludnością w ramach większego organizmu politycznego.
A nie wydaje się Panu, że w obu przypadkach jest to raczej wspólnota interesu, który wynika również ze wspólnoty historycznej i kulturowej? Wtedy podział, o którym Pan mówi lokowałby się pomiędzy tymi, którzy widzą wspólny interes z innymi Polakami, a tymi, którzy łudzą się, że mają "wspólny interes" z całą resztą Europy.
Panie Cezary, ale czy Pan właśnie tym przykładem nie potwierdził istnienia bardzo głębokiej polaryzacji polskiego społeczeństwa? Bo sam sposób postawienia pytania pokazuje, że mówimy już nie tylko o sporze politycznym, ale o dwóch różnych definicjach wspólnoty lojalności i interesu. Jedna strona nadal uważa, że podstawową wspólnotą polityczną, historyczną i emocjonalną pozostaje naród oraz państwo narodowe, a więc wspólnota ludzi połączonych pamięcią, kulturą, językiem i odpowiedzialnością za własne państwo. Druga coraz częściej uważa, że interes narodowy można częściowo rozpuścić w większym organizmie europejskim, bo wspólnota europejska jest ważniejsza niż klasyczna suwerenność polityczna.
I właśnie dlatego mam wrażenie, że ten spór jest dużo głębszy niż bieżąca polityka. Bo on dotyczy odpowiedzi na pytanie, wobec kogo człowiek odczuwa podstawową lojalność polityczną i wspólnotową. Czy najpierw wobec własnego narodu i państwa, a dopiero później wobec szerszych struktur międzynarodowych? Czy odwrotnie, naród jest już tylko jednym z elementów większej europejskiej konstrukcji administracyjno-ekonomicznej?
To przecież nie jest drobna różnica poglądów. To są dwie różne filozofie organizacji społeczeństwa i państwa. I być może dlatego emocje wokół tych sporów są aż tak ogromne. Bo ludzie bardzo często nie kłócą się już o konkretne ustawy czy polityków, ale o to, czym w ogóle ma być wspólnota polityczna w XXI wieku.
Ależ ja tej polaryzacji nie zaprzeczam, jest bardzo ostra. Wydaje mi się tylko, że wspólnota historyczna, jakkolwiek ważna, bo zapewniająca swego rodzaju "emocjonalny klej" wspólnocie, jest dziś wtórna wobec wspólnoty interesu. A może i zawsze była.
A ja właśnie tutaj postawiłbym znak zapytania. Bo mam wrażenie, że wspólnota interesu bez wspólnoty historycznej i kulturowej bardzo szybko przestaje być wspólnotą, a staje się wyłącznie czasowym układem korzyści. Interes potrafi łączyć ludzi na chwilę, ale nie buduje trwałej lojalności politycznej. Historia pokazuje przecież, że społeczeństwa są gotowe ponosić gigantyczne koszty materialne nie wtedy, gdy coś im się ekonomicznie opłaca, ale wtedy, gdy czują głębszą więź wspólnotową. Żołnierz nie idzie ginąć za PKB, procedury ani wskaźniki makroekonomiczne. Idzie za poczucie przynależności, pamięć, kulturę, rodzinę, język i przekonanie, że uczestniczy w ciągłości czegoś większego od samego siebie.
Zresztą bardzo dobrze widać to również we współczesnych badaniach społecznych dotyczących gotowości do obrony własnego państwa. W wielu wysoko rozwiniętych krajach zachodnich, opartych coraz bardziej na modelu konsumenckim i posttożsamościowym, odsetek ludzi deklarujących gotowość do realnej obrony własnego kraju jest zaskakująco niski. Bo jeśli wspólnota zostaje sprowadzona głównie do komfortu życia i rynku usług, to w momencie pojawienia się realnego zagrożenia bardzo trudno oczekiwać gotowości do poświęceń. Dlatego uważam, że wspólnota historyczna nie jest dodatkiem do wspólnoty interesu, ale jej fundamentem. To ona wyznacza granice solidarności. To ona odpowiada na pytanie, dla kogo jesteśmy gotowi ponosić koszty i wobec kogo czujemy zobowiązanie.
Nie tylko interes
Bo jeśli wszystko sprowadzimy wyłącznie do interesu, to równie dobrze można zapytać, dlaczego bogatszy region ma utrzymywać biedniejszy, dlaczego młodzi mają finansować starszych, dlaczego ktokolwiek ma ponosić wyrzeczenia dla ludzi, których nawet nie zna. W pewnym momencie sama matematyka przestaje wystarczać. Potrzebny jest jeszcze element wspólnotowy, emocjonalny i cywilizacyjny. I być może właśnie dlatego projekty budowane wyłącznie na technokratycznie rozumianym interesie mają często problem z trwałością. Bo człowiek nie jest wyłącznie istotą ekonomiczną. Potrzebuje zakorzenienia, pamięci i poczucia ciągłości.
Oczywiście interes zawsze był ważny, polityka nigdy nie była romantyczną bajką. Ale mam wrażenie, że interes narodowy staje się naprawdę trwały dopiero wtedy, gdy jest osadzony w czymś głębszym niż bieżąca kalkulacja korzyści. Inaczej każda wspólnota rozpada się przy pierwszym poważniejszym kryzysie.
A co do „emocjonalnego kleju”, to powiedziałbym raczej, że z socjologicznego punktu widzenia nie jest on dodatkiem do wspólnoty interesu, ale warunkiem jej trwałości. Dlatego uważam, że społeczeństwo pozbawione silnego „kleju” tożsamościowego bardzo łatwo staje się jedynie zbiorem jednostek połączonych administracyjnie i konsumpcyjnie, a nie realną wspólnotą polityczną. Bo przecież żadna bitwa ani wojna nie odbywała się z okrzykiem: „za stabilny wzrost gospodarczy i interoperacyjność administracyjną Europy!”…
Współczesne liberum veto
Myślę, że tu nie ma sprzeczności. Po co jest patriotyzm? Żeby odczuwać romantyczne porywy? Chyba nie, jest po to żeby wspólnota miała świadomość wspólnego interesu. Ale nie będzie miała świadomości wspólnej przyszłości bez świadomości wspólnej przeszłości. To są rzeczy kompatybilne. Pisząc o interesie nie mam ny myśli tylko PKB, ale również interes we wspólnej obronie domów, żon, matek i dzieci.
To zadajmy sobie pytanie inaczej. Jeśli społeczeństwo przestaje widzieć spójną wizję polityczną, gospodarczą i geopolityczną własnego państwa, to naturalnie zaczyna pojawiać się pytanie o sens symboli i rytuałów państwowych. Bo jeśli widzimy premiera realizującego głównie logikę „postępowej Europy”, prezydenta szukającego politycznej legitymizacji w Waszyngtonie, dawnych ludzi systemu, którzy jeszcze niedawno śpiewali rosyjskie piosenki i jeździli na Krym, a obok tego całą mozaikę środowisk funkcjonujących w zupełnie różnych porządkach lojalności i interesów, to rzeczywiście można odnieść wrażenie, że państwo zaczyna przypominać bardziej przestrzeń administracyjną niż jednolitą wspólnotę polityczną.
I to nie chodzi o to, kto ma rację. Chodzi o samo zjawisko.
I wtedy pojawia się bardzo niebezpieczne pytanie: po co właściwie świętować 11 listopada albo 3 maja, jeśli coraz mniej ludzi potrafi odpowiedzieć, czym konkretnie ma być współczesna polska podmiotowość. Czy to jeszcze projekt państwowy i cywilizacyjny, czy już tylko historyczna dekoracja służąca „ku pokrzepieniu serc”. Czasem mam wrażenie, że każdy funkcjonuje dziś w swoim własnym subsystemie. Jedni mentalnie są już wyłącznie częścią liberalnej Europy, inni nadal żyją logiką postsowieckiego pragmatyzmu, jeszcze inni próbują utrzymać tradycyjny model wspólnoty narodowej. Wszystko to dzieje się jednocześnie w granicach jednego państwa, ale coraz częściej bez wspólnego integratora cywilizacyjnego i projakościowej idei państwowej. I być może właśnie to jest współczesna forma liberum veto. Nie w sensie ustrojowym, lecz mentalnym. Każde środowisko buduje dziś własną definicję rzeczywistości, własną hierarchię wartości i własny katalog lojalności, a interes wspólnotowy coraz częściej przegrywa z interesem partykularnym, plemiennym albo ideologicznym. W dawnej Rzeczypospolitej liberum veto było symbolem rozpadu zdolności państwa do strategicznego działania. Dziś mechanizm wygląda inaczej, ale efekt momentami wydaje się podobny - rozproszenie lojalności, atomizacja wspólnoty i coraz większa trudność w budowaniu długofalowej strategii państwowej.
I być może właśnie dlatego debata publiczna sprawia momentami wrażenie kompletnego chaosu poznawczego. Bo media, politycy i elity coraz częściej nie opisują rzeczywistości wspólnym językiem, tylko próbują kreować równoległe rzeczywistości informacyjne zgodne z własną soczewką ideologiczną. Każdy mówi o „obiektywizmie”, ale najczęściej jest to po prostu subiektywizm ubrany w język moralnej wyższości i instytucjonalnego autorytetu. Niestety państwo bardzo źle znosi sytuację, w której zanika wspólna definicja rzeczywistości. Wtedy przestaje istnieć nie tylko wspólnota poglądów, ale nawet wspólnota podstawowych odniesień cywilizacyjnych.
Spór o legitymizację teraźniejszości
„…nie będzie miała świadomości wspólnej przyszłości bez świadomości wspólnej przeszłości…” — i właśnie do tego fragmentu Pańskiej wypowiedzi pozwolę sobie wrócić, bo on wydaje mi się absolutnie kluczowy. Czy rzeczywiście może istnieć jedna, spójna wspólna pamięć historyczna w obecnym kształcie polskiego społeczeństwa, gdzie z jednej strony mamy potomków środowisk AK i NSZ, wychowanych w etosie niepodległościowym i antykomunistycznym, a na drugim biegunie kolejne pokolenia postkomunistycznej nomenklatury oraz ludzi wyrastających z logiki szybkiego awansu społecznego w realiach PRL?
Ja mam poważne wątpliwości, czy te dwie narracje historyczne rzeczywiście zostały kiedykolwiek scalone i czy mogą być kiedykolwiek scalone. One istnieją równolegle pod powierzchnią formalnie wspólnego państwa. Bo dla jednych T-34 i „pepesza” pozostają symbolem okupacji, przemocy i narzuconego systemu. Dla drugich nadal funkcjonują jako symbol „wyzwolenia”, awansu społecznego i wejścia do nowoczesności w wydaniu sowieckim.
I właśnie dlatego spór o historię w Polsce nigdy nie jest wyłącznie sporem o przeszłość. On jest tak naprawdę sporem o legitymizację teraźniejszości. Bo sposób interpretowania historii bardzo często określa później stosunek do państwa, elit, suwerenności i samej definicji polskości.
Polskość jako idea
Oczywiście, że tych wizji nie scalono i nie wiem czy można je scalić. Wydaje mi się jednak, że ta wizja "internacojalna" nie ma przyszłości, ponieważ wynika z fałszywych założeń. Szansę na rozwój ma wyłącznie "nacjonalna". A co Pan sądzi o takim koncepcie, że "polskość" to nie tyle, swego rodzaju "genetyczna" wspólnota, ale rodzaj idei?
Oczywiście, że tych wizji nie scalono i nie wiem, czy w pełni da się je scalić. Mam jednak wrażenie, że wizja internacjonalna ostatecznie rozbija się o fałszywe założenie dotyczące samej natury człowieka. Zakłada bowiem, że człowiek jest przede wszystkim jednostką ekonomiczną, którą można niemal dowolnie przenosić między systemami, kulturami i państwami, a jego tożsamość jest czymś wtórnym, niemal przypadkowym. Tymczasem historia pokazuje coś odwrotnego - ludzie potrzebują zakorzenienia, pamięci, symboli i poczucia ciągłości. Potrzebują odpowiedzi na pytanie: „kim jesteśmy?”. Bez tego wspólnota polityczna staje się jedynie administracją.
Dlatego znacznie bliższe jest mi rozumienie polskości nie jako wspólnoty czysto „genetycznej”, ale jako pewnej idei i formy cywilizacyjnej. Zresztą sama historia Polski bardziej potwierdza taki model, niż mu przeczy. Dawna Rzeczpospolita nie była przecież państwem budowanym wyłącznie na biologicznym pochodzeniu. Polskość tworzyła kultura, język, obyczaj, pamięć historyczna, pewien etos wolnościowy i lojalność wobec wspólnoty. Można było mieć litewskie, ruskie czy ormiańskie korzenie, a mimo to należeć do polskiego świata politycznego i duchowego. Naród był bardziej wspólnotą sensu niż materiałem biologicznym.
Wspólnota sensu
I właśnie dlatego nawet w chwili próby człowiek nie walczy za grupę krwi ani za mechanikę biologii. Nie oddaje życia za wynik badań DNA. Walczy za dom, pamięć, swoich ludzi, język dzieciństwa, porządek wartości, za świat, który uważa za własny. Innymi słowy - za pewien ordo caritatis, porządek miłości i powinności. Za wspólnotę sensu. To zresztą bardzo mocno pokrywa się z klasycznym chrześcijańskim rozumieniem człowieka, który nie istnieje jako abstrakcyjna jednostka zawieszona w próżni, ale żyje w konkretnych kręgach lojalności: rodzinie, narodzie, kulturze i cywilizacji. Miłość do własnej wspólnoty nie musi oznaczać nienawiści wobec innych; staje się groźna dopiero wtedy, gdy odrywa się od moralności i absolutyzuje samą biologiczną przynależność.
Dlatego wydaje mi się, że trwałość mają przede wszystkim te narody, które rozumieją siebie jako wspólnoty kultury i sensu, a nie jedynie zbiór jednostek połączonych administracyjnie albo biologicznie. Bo biologiczne pokrewieństwo samo w sobie nie tworzy jeszcze cywilizacji. Cywilizację tworzy dopiero wspólna opowieść o tym, co warto chronić, przekazać i ocalić.
Polonizacja elit
Co do drugiej części Pana pytania, sądzę, że polskość - jej historycznie znacznie - bardziej przypominała ideę i wspólnotę cywilizacyjną niż wspólnotę czysto „genetyczną”. Wynika to zarówno z historii Polski, jak i z badań nad procesami narodotwórczymi.
Rzeczpospolita od XVI do XVIII wieku była jednym z najbardziej wieloetnicznych organizmów politycznych Europy. Obok etnicznych Polaków żyli w niej Litwini, Rusini, Niemcy, Żydzi, Ormianie, Karaimi czy Tatarzy. Mimo tak dużego zróżnicowania możliwe było funkcjonowanie względnie spójnej wspólnoty politycznej. Wynikało to z faktu, że „polskość” oznaczała przede wszystkim uczestnictwo w określonej kulturze politycznej i cywilizacyjnej w języku elit, tradycji prawnej, etosie wolności szlacheckiej oraz lojalności wobec państwa. Historycy określają to mianem „narodu politycznego”, który nie był definiowany wyłącznie biologicznie.
Dobrym przykładem jest fakt, że wielu przedstawicieli polskich elit miało pochodzenie litewskie, ruskie, niemieckie czy ormiańskie, a mimo to byli oni uznawani za część polskiego świata kulturowego. Proces polonizacji polegał nie na zmianie „genów”, lecz na przyjęciu języka, obyczaju, pamięci historycznej i wspólnoty interesów politycznych. W praktyce oznacza to, że polskość działała bardziej jako tożsamość kulturowa niż etniczna kategoria biologiczna.
Ignorancja Brukseli
Dlatego uważam, że polskość najlepiej rozumieć jako wspólnotę historyczno-kulturową i cywilizacyjną. Powtórzę - nawet w sytuacjach granicznych człowiek nie walczy przecież za materiał genetyczny czy abstrakcyjną biologię. Walczy za wspólnotę sensu: za język, pamięć, kulturę, religię, swoich ludzi, własny porządek wartości i świat, który uważa za „swój”.
I właśnie dlatego opowieści eurokratów z Brukseli czy części lewicowych środowisk, jakoby Polska była jakąś „hermetyczną”, zamkniętą na kontakt z innymi kulturami twierdzą, są zwyczajnie fałszywe. Co więcej, często wynikają bardziej z ignorancji niż z realnej wiedzy historycznej. Trudno bowiem znaleźć w Europie państwo, które przez setki lat funkcjonowało jako tak złożony organizm cywilizacyjny i wieloetniczny jak dawna Rzeczpospolita. Problem polega na tym, że Polska historycznie asymilowała ludzi do własnej kultury i własnego porządku cywilizacyjnego, a nie rozpuszczała samej siebie w bezkształtnej masie. I chyba właśnie to najbardziej drażni współczesnych wyznawców „postnarodowej Europy”, że można być otwartym, nie rezygnując jednocześnie z własnej tożsamości.
Eksperyment
Zróbmy eksperyment dla czytelników: Słowo klucz - integracja. Zacznijmy jednak od prostego porównania technicznego, bo ono najlepiej pokazuje absurd całego procesu. Współczesny inżynier konstruktor, korzystając z systemów CAD i symulacji, sprawdza przede wszystkim jedno - czy dany komponent pasuje do całości układu i z nim nie koliduje. Czy silnik współpracuje ze skrzynią biegów. Czy bateria nie destabilizuje architektury pojazdu. Czy ogniwo paliwowe ma sens energetyczny i termiczny w danym systemie. Cała filozofia projektowania polega na kompatybilności komponentu i jego części z istniejącym układem.
Jeżeli komponent nie pasuje do systemu, to oczywiście można próbować go adaptować. Problem zaczyna się wtedy, gdy dla jednej „śrubki” trzeba przebudować cały mechanizm: zmienić architekturę, logistykę, obciążenia, bezpieczeństwo, koszty produkcji, przewidywalność działania i filozofię konstrukcji. W normalnej firmie ktoś wtedy zadaje podstawowe pytanie: czy ta śrubka w ogóle ma sens w tym układzie? Czy jej obecność zwiększa sprawność systemu, czy przeciwnie - destabilizuje go i generuje gigantyczne koszty? A może zamiast przebudowywać cały mechanizm, należy po prostu uznać, że komponent jest niekompatybilny, nieintegrowalny i wyrzucić go z projektu?
I teraz najważniejsze: żaden poważny inżynier nie podporządkowuje całego systemu jednemu wadliwemu lub niepasującemu elementowi. Taki kierownik projektu zostałby uznany za niekompetentnego idiotę. Dlaczego? Bo narażałby firmę na ryzyko egzystencjalne, drastycznie zwiększał koszty, rozwalał spójność projektu i ryzykował jakością końcowego produktu. W świecie przemysłu - szczególnie tam, gdzie chodzi o bezpieczeństwo, transport czy energetykę - takie błędy kończą się bankructwem albo katastrofą techniczną. I właśnie dlatego ludzi forsujących podobne pomysły zwyczajnie się zwalnia. Bez sentymentów i bez mrugnięcia okiem.
Dokładnie ten sam model obserwujemy dziś na poziomie politycznym i cywilizacyjnym. Integracja przestała oznaczać dostosowanie jednostki do kultury, prawa i norm istniejącego społeczeństwa. Coraz częściej zakłada się coś odwrotnego: że to całe społeczeństwo ma zostać przebudowane pod potrzeby i wymagania przychodzącego komponentu wg. modły - ubogacania. Tylko nikt nie dodaje - ubogacania czym? Innymi słowy - to już nie „śruba” ma być kompatybilna z systemem, lecz system ma zostać przeprojektowany pod śrubę. Zmienia się normy kulturowe, język, edukację, bezpieczeństwo, przestrzeń publiczną, interpretację prawa, a czasem nawet własną pamięć historyczną - wszystko po to, by uniknąć stwierdzenia oczywistego faktu, że nie każdy komponent pasuje do każdego układu.
Warunek działania integracji
I to jest eksperyment skrajnie ryzykowny. Nie tylko ekonomicznie, ale przede wszystkim cywilizacyjnie. Historia zna niewiele przykładów trwałych społeczeństw, które nie przetrwały długofalowego rozpuszczania własnego kodu kulturowego, bez utraty stabilności. Najczęściej przywoływanym przykładem jest późny Upadek Cesarstwa Zachodniorzymskiego, gdzie elity przez długi czas wierzyły, że system można bez końca przeciążać i redefiniować bez konsekwencji dla jego spójności. Okazało się jednak, że nawet najpotężniejsza cywilizacja ma granice adaptacji.
I chyba właśnie to najbardziej umyka współczesnym eurokratom i ideologom „społeczeństwa postnarodowego”. Integracja działa tylko wtedy, gdy nowy element przyjmuje zasady systemu, do którego wchodzi. W przeciwnym razie nie mamy integracji, lecz destrukcyjną przebudowę całego układu pod element, którego kompatybilności nikt nawet nie odważył się uczciwie ocenić.
Zna Pan definicję narodu polskiego przedwojennego działacza narodowego Wincentego Lutosławskiego (pewnie dziś byłby nazwany najonalistą, populistą, a nawet "faszystą")? "Do polskiego narodu należą spolszczeni Niemcy, Tatarzy, Ormianie, Cyganie, Żydzi, jeśli żyją dla wspólnego ideału Polski. (…) Murzyn lub czerwonoskóry może zostać prawdziwym Polakiem, jeśli przejmie dziedzictwo duchowe polskiego narodu, zawarte w jego literaturze, sztuce, polityce, obyczajach i jeśli ma niezłomną wolę przyczyniania się do rozwoju bytu narodowego Polaków".
Święte słowa. Dokładnie tak. To nazywam kompatybilnością osoby obcej - aspirującej do systemu narodowościowego danego kraju. To taka jednostka ma być integracyjno-kompatybilna do reszty, a nie na odwrót.
"W Polsce czuję się kompatybilny"
I tutaj nieco bardziej osobiste pytanie. Pan od niedawna ma obywatelstwo polskie. Dlaczego Pan postanowił zostać Polakiem?
Czuję się … kompatybilny. A może bardziej troje na wesoło, lubię kraje, które mają charakter. Polska zdecydowanie ma charakter. Czasem jak stary diesel po 700 tysiącach przebiegu - kopci, stuka, wszyscy mówią że zaraz padnie… a on dalej jedzie do Chorwacji bez kontrolki check engine.
Poza tym, Polska ma świetnych ludzi. Bez zadęcia, często brutalnie szczerzy, ale jak już uznają cię za „swojego”, to staną za tobą murem. W wielu miejscach świata tego już nie ma.
Hmm … każdy rozsądny człowiek po pierwszym kontakcie z „chrząszczem brzmiącym w trzcinie” powinien uciec. A ja zostałem. To już chyba wystarczający dowód obywatelskiego poświęcenia.
[Rozmówca posiada wykształcenie z zakresu nauk społecznych i od zajmuje się analizą procesów społecznych oraz kulturowych w Niemczech i Europie Środkowej. Z uwagi na wykonywaną działalność zawodową i kwestie prywatne, poprosił o zachowanie anonimowości]
Komentarze
SAFE w praktyce. Rheinmetall podpisał umowy na 5,7 mld euro z armią Rumunii

Kosiniaka-Kamysza „zbrodnia i zdrada”

Polski Klub Biznesu przy Ambasadzie RP w Berlinie. Na pewno polski?

Nowy komunikat Straży Granicznej. Pilne doniesienia z granicy


