Szukaj
Konto

22 lipca 1942 roku Niemcy rozpoczęli "Grossaktion". Kłamstwo przetrwało wojnę

Umschlagplatz. Likwidacja warszawskiego getta
Źródło: Wikipedia | Autor: Nieznany | Licencja: domena publiczna | Umschlagplatz. Likwidacja warszawskiego getta
22 lipca 1942 roku Niemcy rozpoczęli "Wielką Akcję" ("Grossaktion"). Tego dnia wyruszyły do Treblinki pierwsze pociągi z mieszkańcami warszawskiego getta. Zostali oni zamordowani w komorach gazowych następnego dnia.
Co musisz wiedzieć:
  • 22 lipca 1942 r. Niemcy rozpoczęli tzw. Grossaktion Warszawa – masowe deportacje mieszkańców getta warszawskiego do obozu zagłady w Treblince.
  • Do 21 września 1942 r. zamordowano około 300 tys. Żydów z getta warszawskiego, co było największą jednorazową akcją eksterminacyjną przeprowadzoną na obywatelach przedwojennej Polski.
  • Deportacje były poprzedzane celową dezinformacją o rzekomym „przesiedleniu do pracy”, a wielu organizatorów zbrodni przez lata unikało odpowiedzialności karnej.

 

Transporty i ludobójstwo były kontynuowane przez 2 miesiące - do 21 września 1942 roku. W tym czasie Niemcy wywieźli z Warszawy i wymordowali blisko 300 tysięcy ludzi, co jest największą w historii liczbą polskich obywateli - ofiar pojedynczej ludobójczej akcji.

 

Najważniejszym narzędziem morderców było kłamstwo

Na plakatach, rozwieszanych w getcie, akcja była przedstawiana przez Niemców jako „przesiedlenie na wschód” do pracy na terenach zdobytych w Sowieckiej Rosji. Oczywiście, to było kłamstwo.
 
Holokaust opierał się na kłamstwie. Jego fundamentem był utrwalony powszechnie stereotyp Niemców, jako ludzi „wyższej cywilizacji” i „wysokiej kultury”. Żydzi wierzyli w ten kłamliwy wizerunek. Niemcom umożliwiał on łatwe doprowadzenie Żydów do komór gazowych. 

Iluzja bezpieczeństwa

Na początku było więc kłamstwo na temat roli getta. Getto miało dawać iluzję bezpieczeństwa i złudę autonomii. Następnie – dla zagłodzonej i dziesiątkowanej chorobami populacji w gettach – obietnica „przesiedlenia na Wschód” miała być wielką szansą na poprawę warunków życia. Najpierw, Niemcy podstępem zwabiali wygłodzonych Żydów do wagonów, oferując żywność. Chleb przekonywał Żydów, że Niemcy mówią prawdę. Marek Edelman, jeden z przywódców powstania w getcie, wspominał: „Niemcy ogłosili, że każdy, kto zgłosi się do pracy, otrzyma trzy kilogramy chleba i marmoladę. Rozdawali rumiane bochenki, a ludzie odbierali chleb i posłusznie wchodzili do wagonów. Zgłosiło się tyle osób, że każdego dnia odjeżdżały dwa transporty do Treblinki.” 

Później zastosowano przemoc. Na Umschlagplatz doprowadzały sterroryzowaną ludność getta formacje pomocnicze (Ukraińcy, Łotysze, Litwini) wraz z policją żydowską pod nadzorem oddziałów niemieckich. Ucieczki z Umschlagplatzu były możliwe tylko dzięki wielkim łapówkom. Później, jedyną metodą dającą niewielkie szanse na ucieczkę, był skok z jadącego pociągu. Do tych, którzy zdecydowali się i nie zginęli pod kołami, strzelali niemieccy strażnicy. Większość uciekinierów ginęła natychmiast, inni leżeli ranni przy torach.

 

Co i kiedy wiedzieli

Niewielka część ludzi widziała w „przesiedleniu na wschód” szanse na poprawę bytu. Część postrzegała to jako śmiertelne zagrożenie. Większość podchodziła to tego z obawą oraz lękiem, ale bez świadomości, że niemieckim celem jest ludobójstwo. 

Po 10 dniach od rozpoczęcia wywózek, partia Bund wysłała swojego zwiadowcę, żeby sprawdził, dokąd jadą pociągi z Umschlagplatzu. Wysłannik dowiedział się od kolejarzy, że linia kolejowa rozdwaja się i jedna bocznica prowadzi do stacji Treblinka. Pociągi wypełnione ludźmi wracają puste i nie ma tam żadnego dowozu żywności. Wtedy wszystko stało się jasne, ale niewielu miało odwagę w to uwierzyć.

23 lipca popełnił samobójstwo przewodniczący Judenratu w getcie, Adam Czerniaków. Nie chciał firmować swoim podpisem niemieckich rozporządzeń o wywózce. Niemcy zwrócili się więc do żydowskiej policji. Policjanci, pod rozkazami Niemców, zaczęli spędzać tysiące ludzi na Umschlagplatz. Liczyli, że w ten sposób uratują siebie i swoich najbliższych. Oczywiście, przeliczyli się, bo uwierzyli w niemieckie kłamstwo. Ostatni transport (21 września) z Warszawy do komór gazowych Treblinki składał się w większości z policjantów i ich rodzin.

 

Co ich czekało u kresu podróży

Ludzie wywożeni z Umschlagplatzu dusili się z braku powietrza w wagonach i umierali z upału i odwodnienia. W Treblince, przy krzykach strażników, biciu i strzelaniu do ludzi uznanych za zbyt powolnych, Żydzi musieli natychmiast oddać wszystko, co mieli ze sobą, rozebrać się do naga i przebiec ścieżką (około 350 metrów) wśród kolczastych drutów zamaskowanych gałęziami drzew do udającego łaźnię pomieszczenia, w którym byli mordowani.

 

Obozowy system mistyfikacji

Z relacji ludzi, którym udało się uciec z Treblinki, wynika, że kłamstwo było fundamentem na wszystkich etapach wędrówki do komór gazowych. Niemcy stworzyli cały system mistyfikacji, który miał wmówić ludziom, że trafili do obozu tranzytowego lub obozu pracy, co pozwalało zapobiegać oporowi aż do ostatniej chwili. Napisy na stacji kolejowej służyły udawaniu, że to tylko pośredni etap między kolejną podróżą. Obok rampy kolejowej zbudowano atrapę budynku stacyjnego z namalowany na murze zegarem. Na peronie widniały napisy kierujące do rzekomych pociągów do Białegostoku czy Wołkowyska. Fikcyjny rozkład jazdy, umieszczony na ścianie, sugerował normalny ruch pasażerski. Na jednym z budynków widniał napis „Kasa”.

Gdy zajeżdżały pociągi z kolejnymi tysiącami ofiar, często grała orkiestra pod batutą znanego kompozytora Artura Golda. Miało to uspokoić przyjezdnych, zagłuszając hałasy z głębi obozu, oraz sprawić wrażenie, że to cywilizowane i bezpieczne miejsce. 

Uciekinier z obozu, Jakub Rabinowicz, opowiadał:

„Z boku placu na wysokim słupie umieszczona jest tablica z ogromnym napisem „Achtung Warschauer! Zostaliście przesiedleni by zacząć pracować. Przed otrzymaniem przydziału pracy musicie przejść kąpiel. Wszyscy muszą rozebrać się do naga. Należy pozostawić kosztowności i pieniądze natomiast trzeba zabrać ze sobą dokumenty i mydło„.

"Łaźnia"

Buty trzeba było oddać związane sznurowadłami, żeby nie pogubiły się, gdy ich właściciele będą je odbierać po wyjściu z „łaźni”. Często wydawano nawet fikcyjne pokwitowania, obiecując zwrot depozytu i ubrań zaraz po wyjściu z łaźni. 

Ludzi zbyt słabych, aby o własnych siłach dojść do komory gazowej, na rozstrzelanie do krawędzi dołu prowadzili funkcyjni z opaskami z czerwonym krzyżem, a zarządzający esesman nosił biały fartuch, by sprawiać wrażenie lekarza. 

Sam budynek komór gazowych przypominał tradycyjną łaźnię miejską. Na fasadzie budynku umieszczono nawet Gwiazdę Dawida, co miało ostatecznie uspokoić żydowskie ofiary. Nad wejściem znajdował się napis „Łaźnia”. Wewnątrz komór zainstalowano rury oraz atrapy pryszniców, z których zamiast wody wydobywały się spaliny.

 

Okłamywano ich aż do zamknięcia hermetycznych drzwi

Celem było utrzymywanie ofiar w przekonaniu, że nie grozi im śmierć, jeśli nie stawią oporu - aż do momentu, gdy drzwi komór gazowych zostaną zaśrubowane od zewnątrz. 

Kobiety były strzyżone, a wcześniej okłamywane, że powodem są względy higieniczne. Niemcy wykorzystywali ich włosy do produkcji materacy do okrętów podwodnych. 

Ludzi mordowano przy pomocy spalin wytwarzanych przez silnik wymontowany z sowieckiego czołgu. Gdy silnik działał bez awarii, po mniej więcej 20 minutach cierpień ludzie byli martwi. Gdy silnik psuł się (co zdarzało się dość często) umierali w wielogodzinnych mękach. W początkowym okresie działania obozu, funkcjonowały trzy komory mieszczące od około 500 do 800 osób każda. Później Niemcy zbudowali trzy następne. 

 

Kłamstwo przetrwało wojnę

Niemieckie kłamstwo przeżyło swoje ofiary. Koniec Zagłady i koniec II wojny światowej nie zakończył mistyfikacji. Ostatnią odsłoną gigantycznego, państwowego oszustwa i ostatnim elementem zbrodni było traktowanie sprawców ludobójstwa przez władze Niemiec i Austrii już po wojnie. Pozorując rozliczanie winnych, robiono przecież wszystko, aby nie stanęli oni przed sądem, lub żeby stało się to jak najpóźniej.

Szef akcji deportacyjnej z getta (szef sztabu akcji „Reinhardt”), Hermann Höfle, był w 1947 roku przekazany austriackiemu wymiarowi sprawiedliwości. Został przez Austriaków wypuszczony na wolność. Gdy Polska wystąpiła o jego ekstradycję, ukrywał się we Włoszech i w Niemczech. Ostatecznie został aresztowany w Austrii w roku 1961, ale zdążył popełnić samobójstwo przed rozpoczęciem procesu.

Kłamstwo długo po wojnie

Komendant Treblinki, Franz Stangl, przez długie lata przebywał w Brazylii pod własnym nazwiskiem i pracował w zakładach Volkswagena w São Paulo. Nakaz aresztowania Stangla władze austriackie wystawiły wreszcie w roku 1961, a aresztowano go dopiero w 1967, dzięki staraniom Simona Wiesenthala. Został skazany w roku 1970, a zmarł w 1971.

Trzeci komendant obozu, Kurt Franz, który własnoręcznie zamordował setki więźniów, skazany został dopiero w 1965 roku. Nie odsiedział wyroku. Wypuszczono go z więzienia pod pretekstem złego stanu zdrowia. Dożył 84 lat w domu spokojnej starości.

Większość pomniejszych morderców też nie poniosła konsekwencji. Np. Franz Suchomel, który był odpowiedzialny za doprowadzenie ofiar z wagonów do komór gazowych i za konfiskatę ich bagażu, został skazany w Niemczech na sześć lat więzienia, ale zwolniony po czterech.

Kłamstwo, które umożliwiło wymordowanie milionów, trwało w Niemczech i w Austrii o wiele dłużej niż III Rzesza i nazizm.

[Paweł Jędrzejewski jest również publicystą Forum Żydów Polskich]

[Tytuł, sekcje "Co musisz wiedzieć", "Dlaczego to ważne" i niektóre śródtytuły od Redakcji]

 

Dlaczego to ważne?

  • Grossaktion Warszawa była kluczowym etapem realizacji Akcji „Reinhardt”, której celem była zagłada Żydów na okupowanych ziemiach polskich.
  • Rocznica przypomina o mechanizmach propagandy, dezinformacji i terroru wykorzystywanych przez nazistowskie Niemcy podczas Holokaustu.
  • Upamiętnianie tych wydarzeń ma znaczenie dla zachowania pamięci historycznej i przeciwdziałania fałszowaniu historii II wojny światowej.
Komentarzy: 0
Data publikacji: 20.07.2026 22:28
Źródło: tysol.pl