Strefa euro pełna nierówności – rozmowa z ekspertem

- Strefa euro – według rozmówcy – nie wyrównuje poziomu rozwoju państw, lecz z czasem pogłębia różnice gospodarcze i społeczne między nimi.
- Własna waluta daje Polsce większą odporność na kryzysy dzięki elastycznemu kursowi i niezależnej polityce stóp procentowych.
- Doświadczenia części krajów po przyjęciu euro pokazują ryzyko cyklu boom–kryzys, wzrostu zadłużenia i bezrobocia oraz trudności z wyjściem ze strefy.
Agnieszka Żurek (Tygodnik Solidarność): W jaki sposób możemy czerpać z doświadczeń państw, które wprowadziły euro i dziś ponoszą tego negatywne konsekwencje?
Artur Soboń (ekonomista, członek zarządu NBP): Jedne wprowadziły, inne nie. Są państwa w UE, takie jak choćby Szwecja, które znajdują się poza strefą euro i mają się znakomicie. W przypadku Polski trzeba zaznaczyć, że posiadanie własnej waluty bardzo dobrze służy gospodarce.
– Dlaczego?
– Nasza gospodarka rośnie, rośnie nasze PKB, a złoty, mówiąc kolokwialnie, doskonale „absorbuje szoki”. Tak było przy wszystkich większych kryzysach. Złoty był „zderzakiem”, który sprawiał, że mimo krótkookresowych turbulencji gospodarka szybko wracała na swoją ścieżkę wzrostu. Wciąż jesteśmy gospodarką, która rośnie dwu-, trzykrotnie szybciej niż gospodarki strefy euro. Dlatego potrzebujemy innych, na ogół wyższych, stóp procentowych niż strefa euro.
Jeżeli spojrzymy na mniej zamożne gospodarki Unii Europejskiej, które w przeszłości wchodziły do strefy euro, to częstym zjawiskiem po przyjęciu wspólnej waluty był tak zwany cykl boom and bust. Oznacza to, że wejście do strefy euro rzeczywiście na początku było motorem wzrostu gospodarczego, ale wiązało się ze wzrostem braku równowagi makroekonomicznej, w szczególności z nadmiernym wzrostem kredytu, bo stopy procentowe po prostu okazywały się zbyt niskie. W pewnym momencie gospodarka hamuje i pojawiają się problemy wynikające z nadmiernego zadłużenia – publicznego bądź prywatnego. Tak stało się na przykład w Grecji czy w Hiszpanii. Pomiędzy rokiem 2000 a 2010 w Grecji mieliśmy kryzys zadłużenia publicznego i wzrost bezrobocia, szczególnie wśród młodych ludzi. W tym kraju do tej pory PKB per capita jest niższe niż przed wejściem do strefy euro. Gospodarka potrzebuje stóp procentowych na poziomie, który jest adekwatny do jej cech strukturalnych, w tym zwłaszcza długookresowego tempa wzrostu PKB.
– Polska gospodarka lepiej radzi sobie z kryzysami, kiedy operujemy złotym?
– Tak. Po pierwsze, jak już wspomniałem, płynny kurs złotego amortyzuje wstrząsy. Inaczej mówiąc, w sytuacji kryzysu kurs złotego się osłabia i dzięki temu bezrobocie rośnie mniej albo nie rośnie w ogóle. Po drugie, dzięki posiadaniu własnej waluty możemy elastycznie zmieniać stopy procentowe, co również czyni naszą gospodarkę bardziej odporną na turbulencje. Na przestrzeni ostatnich 20 lat Polska zmieniała stopy procentowe 62 razy. W strefie euro były one zmieniane 46 razy. Mogliśmy reagować z odpowiednim wyprzedzeniem na sytuację gospodarczą i robić to w bardziej precyzyjny, chirurgiczny sposób, niż może to zrobić Europejski Bank Centralny, który przecież podejmuje decyzje z myślą o całej strefie euro. Poszczególne państwa są jednak w różnej sytuacji gospodarczej.
Dlatego bank centralny spełnia rolę arbitra, który musi wziąć pod uwagę rozmaite czynniki i godzić interesy poszczególnych państw. To oczywiste, że jest tym samym o wiele mniej elastyczny. Siłą rzeczy w strefie euro przewagę mają państwa największe, przede wszystkim Niemcy, bo to one są największą gospodarką.
Rozwarstwienie w strefie euro
– Czy komuś poza lobby niemieckim zależy na wprowadzeniu w Polsce euro?
– Zacznijmy od tego, że dziś nie spełniamy elementarnych kryteriów konwergencji, żeby wejść do strefy euro, teoretycznie więc nie ma tematu. Trzeba jednak pamiętać, że tego rodzaju decyzje mają w większym stopniu charakter polityczny niż ekonomiczny.
Rząd jest jednak zależny od wzrostu gospodarczego, więc dzisiaj z całą pewnością nie będzie tym, który zdecyduje się na próbę wprowadzenia Polski do strefy euro. Z pewnością takie próby nie uzyskałyby akceptacji społecznej ani większości parlamentarnej. Nie byłoby na to także zgody Narodowego Banku Polskiego. Zdarzało się już jednak w naszej historii, że tematy, które wydawały się niepopularne społecznie, były jednak forsowane przez rząd. Dla Solidarności najbardziej znamienną tego rodzaju sytuacją było choćby podniesienie wieku emerytalnego. Zaletą tego, że w roku 2027 odbędą się wybory, jest m.in. to, iż rząd musi brać pod uwagę reakcje wyborców na swoje decyzje. A te byłyby zapewne… nieprzesadnie entuzjastyczne.
– Czy wprowadzenie euro zwiększyłoby rozwarstwienie społeczne, czy je zmniejszyło?
– Rozwarstwienie pomiędzy poszczególnymi państwami, które od samego początku są w strefie euro, na przestrzeni lat wyłącznie wzrosło. To nie jest tak, że strefa euro buduje spójność pomiędzy poszczególnymi krajami. Jeśli zestawimy najbogatsze i najbiedniejsze kraje strefy euro i przeanalizujemy, jakie panuje w nich bezrobocie, jaki jest dług publiczny czy prywatny, zauważymy, że rozwarstwienie przez lata wyłącznie się pogłębiło. Tym, co służy w Polsce wyrównaniu poziomu życia, zdecydowanie jest polski złoty i płynny kurs walutowy oraz – rzecz jasna – mądre decyzje w prowadzeniu polityki pieniężnej.
Jeśli natomiast chodzi o rozwarstwienie społeczne w ramach jednego kraju, to – jak już wspomniałem – po wprowadzeniu euro dostosowania w gospodarkach w większym stopniu odbywają się poprzez rynek pracy, a nie nominalny kurs walutowy. Oznacza to większą zmienność bezrobocia, w tym jego silne wzrosty w okresach kryzysów. To oczywiście pogłębia rozwarstwienie społeczne. Dla przykładu po globalnym kryzysie finansowym bezrobocie wśród młodych w Grecji przejściowo przekroczyło nawet 60%, a w Hiszpanii – 55%. Zresztą warto zauważyć, że również w krajach Europy Środkowo-Wschodniej z własną walutą bezrobocie w czasach kryzysów rosło wyraźnie mniej niż w krajach regionu, które przyjęły euro, i pozostaje w nich długookresowo niższe.
Korzyści z własnej waluty
– Jeśli już się wejdzie do strefy euro, to nie jest łatwo ją opuścić, jeśli coś pójdzie nie tak. To trochę droga w jedną stronę.
– Wielka Brytania opuściła całą Unię Europejską z wielkim hukiem i – nawiasem mówiąc – bez specjalnych korzyści. Ale tak, wyjście ze strefy euro to operacja, która byłaby bardzo trudno odwracalna i kosztowna. Tym, na czym korzystają polskie przedsiębiorstwa i polska gospodarka, jest oczywiście przede wszystkim wspólny rynek UE. Pamiętajmy o tym, że to nie transfery w postaci środków europejskich ani żadne inne rozwiązania napędzają polską gospodarkę, ale że czynią to nasze firmy, które na rynku europejskim funkcjonują po prostu jak na rynku krajowym. To dzięki pracowitości Polaków, ich kompetencjom i przedsiębiorczości polska gospodarka wykorzystuje szansę, którą daje wspólny rynek UE.
– Pomysły wprowadzania w Polsce euro z pewnością nie są ideami, które byłoby racjonalnie rozważać w czasie kryzysu i niepewności.
– Nie potrafię dzisiaj wskazać, uczciwie mówiąc, dobrego momentu, kiedy mielibyśmy rozpocząć poważną dyskusję na temat wejścia do strefy euro. Ta dyskusja jest nieuzasadniona zwłaszcza teraz, gdy jak na dłoni widać korzyści, które Polska osiąga dzięki własnej walucie i możliwości prowadzenia niezależnej polityki pieniężnej. Bo to dzięki skutecznej polityce NBP w poprzednich latach w odpowiedzi na globalne „megaszoki”, inflacja jest obecnie zgodna z celem NBP. W marcu wyniosła 3,0%. Jednocześnie Polski PKB jest o 18% wyższy niż przed pandemią, przy utrzymującej się stagnacji w Niemczech.
Jednocześnie w sytuacji rosnącego zadłużenia publicznego, trudnej sytuacji budżetowej, a także przy gigantycznych wyzwaniach związanych z kwestią energetyki wprowadzenie euro z pewnością nie byłoby to korzystne. Trzeba także pamiętać, że polska gospodarka wciąż jest na etapie przechodzenia transformacji, zatem posiadanie narzędzia w postaci własnej waluty jest dużo bardziej skuteczne oraz mniej kosztowne społecznie i fiskalnie niż inne dostępne rozwiązania.
Niektórzy wskazują, że po wejściu do strefy euro w sytuacji kryzysów większą rolę w stabilizowaniu gospodarki może odgrywać polityka fiskalna – czy to krajowa, czy na szczeblu UE. Jednak transfery fiskalne czy środki z UE nie zawsze będą skuteczną odpowiedzią na wyzwania poszczególnych krajów, w tym zwłaszcza w obliczu możliwej utraty konkurencyjności po przyjęciu euro.
Zawsze będę podawał tutaj przykład bliskiej mi Polski Wschodniej i przeznaczonych dla jej programów finansowych. Mimo transferu tych środków województwo lubelskie wciąż należy do najbiedniejszych w kraju. Podobnie jest w przypadku NRD czy południowych Włoch. Pomimo przekazania na przestrzeni lat gigantycznych środków nie bardzo widać, aby przyniosły one zamierzony efekt i faktycznie wyrównały poziom życia w obrębie Włoch i Niemiec.
Posiadanie własnej waluty o płynnym kursie jest o wiele bardziej efektywnym narzędziem stabilizowania koniunktury, wspierania gospodarek w kryzysie czy przywracania konkurencyjności.
BIO:
Dr Artur Soboń jest ekonomistą, członkiem zarządu Narodowego Banku Polskiego, przedstawicielem NBP w Komisji Nadzoru Finansowego. Przez wiele lat był politykiem, samorządowcem i posłem na Sejm RP. Pełnił funkcje m.in.: sekretarza stanu w Ministerstwie Inwestycji i Rozwoju, Ministerstwie Funduszy i Polityki Regionalnej, Ministerstwie Aktywów Państwowych, Ministerstwie Rozwoju i Technologii oraz Ministerstwie Finansów.
[Śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Wiktor Orban: Unia Europejska się rozpada

Równość według Solidarności

Rafał Woś: W obronie równości

EBC wypuści nowe banknoty euro. Polska noblistka tylko z francuskim nazwiskiem?








