Polska wchodzi w wiek dojrzewania wobec USA

- W opinii autora Polacy coraz częściej patrzą na relacje z USA w sposób bardziej krytyczny i zdystansowany, co świadczy o dojrzewaniu politycznym, a nie o antyamerykanizmie.
- Wskazuje on, że zdecydowana większość społeczeństwa nie popiera działań USA (np. wojny z Iranem) i chce większej samodzielności w polityce zagranicznej.
- Mimo rosnącego krytycyzmu Polska nadal uznaje strategiczną zależność od USA i nie kwestionuje samego sojuszu, lecz jego dotychczasowy charakter - pisze Jakub Pacan.
Wojna w Iranie objawiła się w Polsce bardzo ważnym wskaźnikiem dojrzewania politycznego i samodzielnego myślenia naszego społeczeństwa. Wskaźnik ten dotyczy sceptycyzmu i krytycyzmu wobec Donalda Trumpa, a tym samym polityki Ameryki.
Trudny sondaż
W badaniu CBOS z końca marca zapytano respondentów, czy ich zdaniem decyzja Stanów Zjednoczonych i Izraela o ataku na Iran była słuszna, 77 proc. badanych uważa, że decyzja ta była niesłuszna, 51 proc. wyraziło swój pogląd w sposób zdecydowany, 26 proc. stwierdziło „raczej nie”. Jedynie 8 proc. pytanych uważa, że USA i Izrael podjęły słuszną decyzję – w tej grupie 5 proc. odpowiedziało „raczej tak”, a jedynie 3 proc. „zdecydowanie tak”. 15 proc. badanych odmówiło odpowiedzi bądź nie potrafiło jej udzielić. Padło również pytanie, czy konflikt Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem zagraża bezpieczeństwu Polski. 49 proc. pytanych uważa, że konflikt ten stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa Polski. Za to aż 89 proc. badanych pozytywnie oceniło stanowisko rządu, który zapowiedział, że nie wyśle naszych wojsk do Iranu.
Gdy zobaczyłem sondaż wskazujący, że 77% Polaków nie popiera tej wojny, na myśl przyszły mi słowa z Pierwszego Listu św. Pawła do Koryntian, który upomina młodą wspólnotę:
„A ja nie mogłem, bracia, przemawiać do was jako do ludzi duchowych, lecz jako do cielesnych, jak do niemowląt w Chrystusie. Mleko wam dałem, a nie pokarm stały, boście byli niemocni; zresztą i nadal nie jesteście mocni”.
Dziwne, że akurat ta myśl Apostoła Narodów przyszła mi do głowy w kontekście wojny USA z Iranem, prawda? Jednak przez całe lata nasz bezwarunkowy, cielęcy proamerykanizm będący splotem różnych historycznych doświadczeń (fakt, Ameryce zawdzięczamy bardzo, bardzo wiele) był mlekiem naiwności, wdzięczności, nadziei i bezrefleksyjnego zachwytu.
„Wypowiedzmy Stanom Zjednoczonym wojnę, poddajmy się, niech nas zaczną okupować i stańmy się 51. stanem USA”
– krążyła anegdota w okresie PRL. Polski proamerykanizm na tle europejskiego antyamerykanizmu przybrał postać fenomenu.
W średniej adolescencji
Teraz wydajemy się dojrzewać i patrzeć na naszego głównego sojusznika z większą świadomością, dystansem i krytycyzmem. W relacjach z Ameryką jesteśmy teraz – używając metafory zaczerpniętej z psychologii rozwoju człowieka – w średniej adolescencji (wiek ok. 14–17 lat). To wiek dojrzewania nastolatka, kiedy młody człowiek charakteryzuje się intensywną walką o niezależność, koncentruje nad rozwojem własnej tożsamości, eksperymentowaniem z relacjami i separacją od rodziców. Polacy na szczęście młodzieńczego buntu wobec Ameryki nie przeżywają, ale nie patrzą już na nią w zachwycie, jak kilkanaście lat temu.
Polacy 37 lat po upadku komunizmu zaczynają chłodniejszym okiem patrzeć na swoich akuszerów, którzy uczyli ich wolności, pluralizmu, demokracji i kapitalizmu. Podobnie jak średni adolescent chcemy w końcu decydować o sobie sami, wyrażamy coraz głośniej nasz sprzeciw, gdy nasz protektor, ba! polityczny „rodzic” robi coś, czego obronić się za bardzo nie da, przynajmniej z punktu widzenia moralności. Chcemy w końcu sami decydować o jakości naszych relacji w przestrzeni międzynarodowej (jak nastolatek w swoim otoczeniu) oczywiście na tyle, na ile sami potrafimy to udźwignąć, obrzydło nam już odbieranie jedynie poleceń i dobrych rad. To było dobre w wieku dziecięcym, teraz nas to drażni.
W okresie średniej adolescencji nastolatek przeżywa rozczarowanie w stosunku do rodziców i dotychczasowych autorytetów i jest wyczulony na niespójności między deklarowanymi wartościami a zachowaniem dorosłych. Komentarze w mediach społecznościowych po ataku USA na Iran były właśnie w tym tonie, wytykano Ameryce to, że krytykuje Rosję za atak na Ukrainę, a bez żadnego zażenowania sama atakuje Iran. Jeśli ktoś jednak miał jeszcze wątpliwości, czy można tak otwarcie nie wspierać Ameryki, słowa Trumpa:
„Cokolwiek wykaże śledztwo w sprawie uderzenia na szkołę, mogę z tym żyć”,
odnoszące się do tragedii w Minab południowym Iranie, w której w wyniku uderzenia rakiet Tomahawk zginęło 150 uczennic w wieku 7–12 lat, dały mu do niepopierania Ameryki moralne prawo.
Tak jak nastolatki silnie walczą o autonomię, co prowadzi do konfliktów z rodzicami, tak my zaczynamy coraz głośniej mówić, ile nas ten protektorat amerykański kosztował i kosztuje. Nie chcemy też bez szemrania być prowadzeni na awantury wszczynane przez naszych pryncypałów. Dwie dekady temu wyjazdy na misje do Iraku czy Afganistanu polskich żołnierzy dawały nam poczucie dumy, sprawczości i ważności. Myśleliśmy, że w końcu nasz kraj też wchodzi do ligi państw, które są na tyle silne, by wprowadzać pokój i demokrację w egzotycznych zakątkach świata. Kraj, który niedawno wyszedł z komunizmu i bankructwa, stawał się na tyle godny zaufania, że dostawał odpowiedzialne zadania w najważniejszych rozgrywkach świata i w jego najbardziej zapalnych miejscach. Polscy żołnierze patrolujący piaski pustyni – wyglądem niczym nieróżniący się od marines – grubą kreską oddzielali historię przaśnego Ludowego Wojska Polskiego od nowoczesnej armii ekspedycyjnej. Tak było przynajmniej w naszych wyobrażeniach.
Podliczanie sojusznika
Jednak po latach ci, którzy wrócili – nie w trumnie wprawdzie, ale też nie w jednym kawałku, bez ręki czy nogi – z tamtych misji, skłaniali już do innych refleksji na przykład, czy było warto? Przypieczętowaliśmy nasze sojusze krwią polskich żołnierzy, dobrze, tak się to robi, ale może już wystarczy? Te pytania nie są podważaniem sojuszu z USA, nie należny się ich bać czy wstydzić. Nikt sojuszu nie podważa, pytanie o to, czy było warto, nie jest wyrazem rozczarowania Ameryką, lecz dojrzewania politycznego. My jako społeczeństwo i naród uczymy się zdrowego egoizmu narodowego (nie nacjonalizmu). Nieśmiało, ale coraz bardziej konsekwentnie przestajemy się krępować robienia przeglądów i bilansów struktury zależności od USA.
Krytycyzm i chłodniejsze spojrzenie na dokonania Ameryki w przestrzeni międzynarodowej nie ujmują wzajemnego uznania i wspólnej identyfikacji obu państw wokół fundamentalnych wartości mających wolność w mianowniku i historii bycia blisko siebie. Nam już tak nie zależy na silnej potrzebie uznania przez Amerykę, bo słusznie uważamy, że to już mamy. Przez minione dziesięciolecia nie robiliśmy nic innego, jak tylko podejmowaliśmy wysiłki o względy Ameryki, co ta skrzętnie wykorzystywała, choćby w wysokich cenach sprzętu wojskowego. Teraz, podobnie jak w przypadku bilansu z UE, chcemy spojrzeć wstecz, zobaczyć, gdzie popełniliśmy błędy, czy nie byliśmy zbyt nadgorliwi. To nie jest z naszej strony zdrada.
Nie uważamy także, by nakładać na siebie obowiązek obrony autorytetu USA czy jego prezydenta, kiedy to sam prezydent tego mocarstwa swoimi publicznymi wypowiedziami i wpisami ów autorytet demoluje. Polscy politycy czy część prawicowych publicystów nie naprawi wizerunku przywódcy Stanów Zjednoczonych, nawet gdy bardzo tego pragną.
Sojusz trwa
Jest jeszcze jeden ważny aspekt w trudnych relacjach między nastolatkiem tuż przed osiągnięciem wieku dojrzałości a rodzicami – on dalej od nich zależy, nadal jest na ich utrzymaniu, on wciąż ich potrzebuje. Polacy potrzebują Stanów Zjednoczonych: strategicznie, militarnie i politycznie. Nadal od nich zależymy i akceptujemy to, że nasze relacje są asymetryczne, w których my jesteśmy w sytuacji podległości. Dokładnie tak jak w średniej adolescencji. Tego akurat nie podważamy. To istotne w aktualnej debacie o relacjach z Ameryką, gdyż pojawiają się głosy o podważaniu naszych strategicznych sojuszy, ruchach samobójczych, zwycięstwie Rosji i prowadzonej przez nią wojny informacyjnej.
Nie można wpadać w pułapkę, że jeśli nie we wszystkim zgadzamy się z Ameryką, to od razu jesteśmy przeciw niej. W ramach sojuszu można mieć zdanie odrębne. Stany Zjednoczone mają długą tradycję współpracy z państwami, w których opinia publiczna daleka jest od miłości do Wielkiego Brata, mimo to nie są za to karane, Waszyngton się za to nie obraża. W Polsce to dla nas nowa sytuacja, choć do europejskiego poziomu niechęci do Ameryki droga nad Wisłą jest daleka i wcale nie musimy nią iść.
Kończy się w naszym światku politycznym czas jasnego podziału na europejski antyamerykanizm lub daleko idący dystans wobec Waszyngtonu firmowany przez lewicę, PO i środowiska orbitujące wokół obecnie rządzącej koalicji a dziecięcym zachwytem nad Stanami Zjednoczonymi prezentowanym przez PiS i resztę prawicy. To przestaje być takie oczywiste, zaczynamy widzieć różne odcienie szarości, a sojusz trwa jednak nadal.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Rafał Woś: Trumpofobia i totalne odrzucenie

Bardzo mi przykro, ale Trump znowu wygrał

Trump ostro o Meloni: Jest inna niż myślałem. Jestem nią zszokowany
Zwrot ws. sprzedaży właściciela TVN Warner Bros. Discovery przez Paramount? Będzie dochodzenie

Leon XIV: Nie boję się administracji Trumpa, będę głośno mówił o Ewangelii







