Szukaj
Konto

Na tę grecką wyspę wracamy od piętnastu lat

Na tę grecką wyspę wracamy od piętnastu lat
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Monika Małkowska | Licencja: Tygodnik Solidarność | Pojemnik z książkami, plaża
Nasza ulubienica nie jest duża, ale zgrabna. Ma proporcje supermodelki: od głowy do stóp mierzy 45 km; w talii liczy zaledwie 10 km. Jej kształt trochę przypomina pantofelka z głową dinozaura, a trochę rybę – i rzeczywiście warto tu ją zjeść, świeżo wyłowioną, najlepiej usmażoną na grillu.
Co musisz wiedzieć:
  • Grecka wyspa Kos zachwyca plażami, kuchnią i spokojnym stylem życia „siga, siga”.
  • Kos to wyspa o wyjątkowo bogatej historii.

Tam, gdzie ryba pija Jamas!

Skąd tę rybę wyłowić? Z Morza Egejskiego, z którego wyłania się archipelag Dodekanez, do którego należy wyspa Kos. Trzecia co do wielkości po Rodos i Karpathos. Rzut beretem do Turcji, zaledwie 4,2 km w linii prostej do kurortu Bodrum. To położenie od zawsze miało strategiczne i handlowe znaczenie, ale o tym pogadamy później.

Najpierw trzeba się posilić różnymi darami morza, łącząc konkretne danie z gradusowym napitkiem. Wznosząc kielichy, stukamy się nimi, z toastem „Jamas!”. Na zdrowie. Tutaj ma to szansę na spełnienie za sprawą lokalnego „slow life”, najkrócej wyrażonego w popularnym powiedzeniu „Siga, siga” – powoli, powoli. Prawdziwa ulga po polskiej galopadzie.

 

My, honorowi „Kosianie”

Kos „odkryliśmy” 15 lat temu i wracamy tu rokrocznie. Zaprzyjaźniliśmy się z kilkoma lokalsami – właścicielami marketów (Vangelis nr 1, Takis i jego żona Sevi); właścicielami sklepików „ze wszystkim” (Despina, Debora, Holenderka, osiadła na Kos); szefami i obsługą kilku tawern (nasi faworyci to „mama” i dwóch Kostasów z Ikarosa, a także Apostolis z Alikes), podnajemcami plaż (Vangelis nr 2, Raja). Dzięki rozmowom z tymi oraz przypadkowo spotkanymi ludźmi wiemy sporo, coraz więcej, o codzienności na wyspie i w ogóle o problemach Greków. Wierność wyspie została nagrodzona: dwa lata temu dostąpiliśmy zaszczytu otrzymania „honorowego obywatelstwa Kos” (nie jedyni, wraz z sześcioma innymi fanami tego miejsca). Od razu uprzedzam pytania: owa godność nie przekłada się na żadne apanaże. Wręczono tylko zafoliowany „dokument”, równie poważny jak pamiątkowe zdjęcie z misiem w Zakopanem. Nawet nie dostaliśmy bonusowej flaszki wina.

A szkoda, bo mają świetne trunki z lokalnego tłoczenia. Lokalna winnica, której produkty przedkładamy nad inne greckie winohrady, to Hatziemmanouil, prowadzona przez czwarte pokolenie winiarzy. Z salonem degustacyjnym. Jeden mankament: konsumpcja (ta pod gołym niebem, bo można wewnątrz) odbywa się przy stoliczkach ustawionych tuż obok głównej kosowej przelotówki, wybudowanej między wybrzeżem a podnóżem masywu górskiego Dikeos. Hałaśliwa trasa praktycznie przez całą dobę, bo jeśli nie autochtoni, to śmigają tu i trąbią turyści. Po prostu innej trasy przez całą wyspę nie ma. Po drugiej stronie traktu, niemal równolegle do linii brzegowej, rozrzucone są miasteczka-kurorty.

 

Jak Helios na niebie

Miejscowość, w której zakotwiczamy, nosi nazwę Tigaki. Tamże wynajmujemy apartament należący do… słońca. Nie przesadzam – korzystamy z bungalowu położonego w resorcie należącym do rodziny Iliosów – a ilios to po grecku słońce, domena boga Heliosa. Zajmujemy ten sam parterowy apartament, który czasem odwiedzają spragnione kontaktu i pieszczot piękne hotelowe koty. Żyje im się luksusowo i leniwie, w symbiozie z biegającym pod ich nosami drobiem. Nie tylko koty są zadowolone z kurateli Iliosów, nam tu też jest jak w raju: baseny, przyrządy gimnastyczne, ogrody, dalej różne własne uprawy, co przekłada się na wspaniałą kuchnię z jarzynami prosto z pola i owocami zerwanymi z ogrodu… I wiecie – nawet tutejsze cytryny, opadłe z ogrodowych drzew, są słodkie.

Resort Ilios leży między morzem (ok. 2 km) a masywem górskim Dikeos, którego najwyższy szczyt wznosi się na 843 m (prawie jak Gubałówka). Kto chce i ma kondycję, może uprawiać climbing. Dla mniej zrywnych dostępna jest komunikacja kołowa – tylko do połowy Dikeosu, do leżącej na zboczach ciupeleńkiej wioski Zia, skąd podobno roztacza się najbardziej spektakularny widok na zachody słońca. To jedna z turystycznych atrakcji, których jak dotąd nie zaliczyliśmy. Sunset wolimy podziwiać z perspektywy tarasu naszej ulubionej knajpki Alikes, której szefuje apostoł – Apostolis. Biblijno-mitologiczne imiona to u nich normalka. Spotkaliśmy Eliasza (lat 6), Adonisa, Narcyza, Merkurego, Orfeusza, Jazona i Achillesa – no, panteon mitologicznych bogów i bóstw. Wśród pań zdarzają się imiona znacząco-wzniosłe: Panajota (cała święta), Elefteria (wolność), Stamakia (ta, która trwa niewzruszenie).

 

Sól ziemi greckiej

Wróćmy do Alikes – po grecku słone jezioro. Akwen położony między Tigaki a Marmari jest swoistą „fabryką” soli kuchennej i do lat 80. XX w. jako taki był eksploatowany. Teraz ten minerał można sobie na prywatny użytek po prostu pozbierać w formie wielkich płatów, zwłaszcza po suchym lecie. Wtedy powierzchnia Alikes przypomina białą, zlodowaciałą równinę, po której można chodzić. Choć jezioro częściowo wysycha, nigdy nie jest martwe. Otoczone mokradłami jest terytorium endemicznych gatunków i rajem dla kilkudziesięciu gatunków ptaków, których stada brodzą, pływają, wzbijają się pod niebo, piszczą, kwaczą i wydają przedziwne odgłosy. Nic dziwnego, że grasują tu łowcy ornitologicznych okazów wyposażeni w kamery i teleskopowe aparaty fotograficzne. Najbardziej rozpoznawalne są flamingi, czajki i czaple, ale reszta gatunków to egzotyka! Nawet ich nazwy dla laika brzmią tajemniczo: meropsy, sieweczki obrożne, pokrzewki wąsate, dzieżby gąsiorki… Jak kto ma szczęście, może w okolicy Alikes zobaczyć afrykańską królową – gatunek motyla niewystępujący nigdzie w Europie poza Kos.

 

Tradycja laski z wężem

Na Kos są inne miejscowości cieszące się międzynarodową sławą i powodzeniem – Marmari, Kardamena, Kefalos. Ale my jesteśmy zaprzysięgłymi wielbicielami Tigaki. To typowa, turystyczna dziura, funkcjonująca jedynie przez sześć miesięcy, po sezonie zepchnięta w niebyt. W sensie dosłownym. Od połowy października do kwietnia Tigaki tonie w mrokach. Z wyjątkiem lokalnej apteki. Jej właściciel Michael, młody lekarz, i jego żona farmaceutka trwają na posterunku nawet zimą. A przez cały rok apteka pełni funkcje czegoś w rodzaju miejscowego SOR-u, gabinetu zabiegowego i poradnictwa od lekarza pierwszego kontaktu. Można powiedzieć – podtrzymanie tutejszej tradycji. Przecież wysepkę Kos w starożytnej Grecji rozsławił kult boga Asklepiosa (w mitologii rzymskiej Eskulapa). Na przedstawieniach rzeźbiarskich czy malarskich mityczny heros, patronujący medykom i uzdrowicielom, dzierży laskę, wokół której owija się wąż. Ten atrybut Asklepiosa używany jest do dziś jako graficzny symbol aptek.

 

Nauki pod platanem

Starożytni Grecy wierzyli, że tylko potomkowie Asklepiosa mogą zajmować się leczeniem. Aż w 460 r. p.n.e. urodził się chłopiec imieniem Hipokrates. I to on został okrzyknięty ojcem medycyny. Jego praktyki nie zdezaktualizowały się do dziś. Lansował holistyczne podejście do zdrowia, stosował zrównoważoną dietę (w której ważną rolę odgrywały zioła), a także dostrzegał współzależność formy zdrowotnej od trybu życia („siga, siga”). W sezonie turystycznym w mieście Kos atrakcją są Hipopokratia, czyli festiwal upamiętniający zasługi uczonego, co przekłada się na śpiewy i tańce. Co jednak ważniejsze architektonicznie i historycznie, to ruiny „pierwszego na świecie szpitala”. Asklepion, świątynię dedykowaną wspomnianemu powyżej bóstwu, wzniesiono na wzgórzu leżącym 4 km od centrum stolicy Kos. Podobno tu praktykowali adepci nauk Hipokratesa; tu ćwiczyli leczenie w praktyce: obserwowali pacjentów, zgłębiali tajemnice diagnostyki, doskonalili zasady stosowania leczniczych ziół. Dlatego właśnie w Asklepionie na Kos corocznie odbywa się uroczystość składania przysięgi przez kandydatów na lekarzy świeżo przyjętych na studia w Grecji.

Inna związana z ojcem medycyny ciekawostka to… platan zwany „drzewem Hipokratesa”. Rośnie w sercu miasta Kos i podobno liczy około 500 lat (według innych źródeł to 700-latek). Z rachunku niezbicie wynika, że wyrósł sporo czasu po tym, kiedy Hipokrates tu praktykował. Tak czy inaczej jest to leciwe drzewo. Niestety, uszkodziło je trzęsienie ziemi w lipcu 2017 r. Resztki pomnika przyrody otoczono ogrodzeniem i wsparto rusztowaniami, ale daleko mu do niegdysiejszej wspaniałości.

 

Zakonne fortyfikacje

Nie tylko platan ucierpiał w 2017 r. Podczas kataklizmu zawalił się XVI-wieczny minaret, częściowemu zniszczeniu uległa cerkiew z XVII stulecia, budynek dawnej Agory, Brama Główna prowadząca do miasta oraz nadbrzeże portowe, które po prostu pękło, co skutkowało niewielkim tsunami w portowych okolicach. Poszkodowanych było ponad stu ludzi plus dwie ofiary śmiertelne. To był jednak incydent, który jak do tej pory nigdy się nie powtórzył.

W mieście Kos jest kilka platanów-zabytków, monstrualnie wielkich, wrośniętych w tkankę murów jak kłącza perzu w rabatkę. W pewnych miejscach są tak potężne, że przypominają rury kanalizacyjne, a nie drzewo. Te najbardziej imponujących rozmiarów wrosły w fortecę Neratzia wzniesioną w XIV/XV wieku przez Kawalerów Maltańskich, czyli zakon joannitów, którzy władali wyspą Kos w latach 1314–1522. Podczas trzęsienia ziemi te prastare mury z widocznymi do dziś herbami wielkich mistrzów zakonu prawie wcale się nie zachwiały. Nic dziwnego, że strzegły portu przed oblężeniem osmańskim. Niestety, nieskutecznie. To w ogóle wyspa o zawiłej historii, która sięga II tysiąclecia p.n.e., kiedy została zasiedlona przez Dorów. Po Grekach Kos trafiła pod panowanie Rzymian, potem Bizancjum, następnie wspomnianych joannitów, by w XVI w. zostać wcieloną do Imperium Osmańskiego, pod władzą którego pozostawała prawie 400 lat.

 

Sałata rzymska z Kos

Rodzina Iliosów-hotelarzy to wyjątkowy przykład łączenia dawnych, rolniczych tradycji tej ziemi (całkiem żyznej na niektórych terenach) z przemysłem turystycznym datującym się od lat 70. Wcześniej Kos słynęła z hodowli oliwek, winorośli, fig (co pozostało), a także z hodowli kóz, owiec, bydła rogatego oraz flagowego zwierzęcia Grecji – osłów. Jeszcze kilkanaście lat temu w wielu miejscach słychać było charakterystyczne „io!”. Teraz ośle porykiwania to ewenement. Zniknęły też… pomidory, jeszcze pół wieku temu towar eksportowy na Europę. Mało kto wie, że od lat eksportuje się je z Polski. Za to gatunek znakomitej tutejszej sałaty podbił europejską kulturę kulinarną. Nazywamy ją „rzymską”, tymczasem to „cos lettuce”, zielenina wyhodowana na Kos. Można ją jeść bez przypraw, i tak smakuje.

Wspaniała jest też tutejsza feta. Takiej nie jadłam nigdzie indziej – kremowa, rozpływająca się w ustach, w połączeniu z arbuzem czy melonem (również zbieranymi prosto z pola) wydaje mi się najlepszym deserem. Ale, ale. Zakosztowaliśmy jeszcze jednego dania z fetą, w tym przypadku twardszą, ostrzejszą. Otoczona ciastem filo, usmażona, polana miodem i posypana sezamem może być daniem głównym (całkiem sycącym) lub deserem. Podobnie niezwykły smak mają malutkie rybki – właściwie narybek, jeszcze bez ości, smażony w głębokim oleju jak frytki i w ten sam sposób jedzone.

 

„Spacerniak” w stronę Marmari

Wylegiwanie się nad morskim brzegiem po jakimś czasie nudzi. Owszem, tutejsza plaża jest szeroka i piaszczysta, rzadkość w Grecji. Wejście w morze także łatwe, płytkie, aż za długie, jeśli chce się popływać. Pewną plażową rozrywkę stanowi pojawienie się pojazdu Jorgosa sprzedającego pączki domowej roboty. To zdumiewający wehikuł, coś jak zdobny w malowidła tuktuk. Z daleka słychać, że nadjeżdża: z hałaśliwą muzyką splata się donośny głos „pączkarza”, reklamującego cukiernicze wyroby zawsze tymi samymi sloganami. Co roku czekamy z napięciem, czy Jorgos, już mocno niemłody i coraz bardziej rozrośnięty w partii brzucha, przejedzie plażą. A, jest. To można iść na spacer.

Kierunek „w prawo” prowadzi wzdłuż rozlicznych hotelowych i prywatnych skupisk łóżek do opalania. Nuda. Za to skręt w lewo oferuje rozliczne atrakcje. Za ostatnią plażą „Happy Flamingo” rozciągają się wydmy opanowane przez nudystów. Jak oni to robią, że brązowieją na heban po całości, bez słonecznych oparzeń? Na pewno mają swoją technikę. Dominują pary jednopłciowe, choć nie brak też normalsów. Za tym nudystycznym rajem – oaza sportów wodno-wietrznych. Niestety, przejażdżka z wiatrem po morzu możliwa jest tylko w wietrzne dni, a tych wcale nie tak wiele. Na koniec docieramy do miejscowości Marmari i… wracamy z poczuciem spełnionego obowiązku. Na zasłużony późny lunch u Apostolisa, z zimnym piwem lub winem. Jamas!

[Tytuł i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 10.07.2026 13:52
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 27/2026, oprac. Ludwik Pęzioł