Zmiennokształtni, czyli mity o Konfederacji

- Konfederacja to ugrupowanie o nietypowej genezie i strukturze, które wyrosło z antysystemowego środowiska różnych, często sprzecznych ideowo grup.
- Mimo początkowego chaosu i wewnętrznych różnic partia z czasem się skonsolidowała, a kolejne rozłamy paradoksalnie wzmocniły jej spójność i tożsamość polityczną.
- Wraz ze wzrostem poparcia Konfederacja stopniowo łagodziła swój radykalizm i przesuwała się w stronę bardziej pragmatycznego, częściowo mainstreamowego programu.
Brak rozpoznania rzeczywistej „natury” partii Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka jest o tyle zrozumiały, że polski parlament nie znał dotąd dużego ugrupowania o podobnej strukturze, tak daleko posuniętym ideowym eklektyzmie i nietypowej genezie. W tej sytuacji poznawczej niepewności pojawia się naturalna skłonność do przykładania znanych, lecz nieadekwatnych schematów interpretacyjnych, które łatwo prowadzą na manowce. Najmniej podatni na ten błąd są ci, którzy śledzili drogę Konfederacji, jeszcze zanim przyjęła obecną nazwę: od etapu dziesiątek rozproszonych środowisk i organizacji, które łączyła niechęć do poprawności politycznej i szeroko rozumianego mainstreamu, a zarazem zdolność do podejmowania (a czasem kreowania) tematów nieobecnych w głównym nurcie. To właśnie wtedy zaczęło się kształtować swoiste, autonomiczne uniwersum trudne do wpisania w klasyczne, posttransformacyjne podziały polityczne.
Antysystemowa aura
U zarania Konfederacja była tyglem ideowym na skalę wcześniej w Polsce niespotykaną. Stanowiła formację outsiderów – swoisty „salon odrzuconych”, skupiający środowiska i postaci, które nie znalazły miejsca w największych partiach i mediach. Jedni do nich aspirowali, lecz ich zaloty zostały odrzucone (najczęściej z powodu radykalizmu lub ekscentryzmu poglądów); inni zaś od początku świadomie wybierali pozycję antysystemową. Nie istniała przy tym żadna ukryta, centralna siła sprawcza, która planowo połączyłaby tak odległe od siebie postacie i środowiska. W jednym szeregu znaleźli się m.in. Piotr „Liroy” Marzec, Janusz Korwin-Mikke, Kaja Godek, Krzysztof Bosak, środowiska kresowe, a także postaci funkcjonujące na obrzeżach politycznego folkloru, jak Robert Majka, epizodycznie związany z samozwańczym „prezydentem II RP” Janem Zbigniewem Potockim.
Koncepcja politycznego „wehikułu”, do którego mogły dołączać kolejne środowiska niemieszczące się w ramach dominującego politycznego ładu, dojrzewała stopniowo. Istotną rolę odegrało tu równoległe uniwersum medialne, nieznane posiadaczom telewizorów: internetowe kanały i platformy, takie jak wRealu24, Media Narodowe, Emisja.tv czy Centrum Edukacyjne Powiśle, a także dziesiątki mniejszych inicjatyw. Tworzyły one coś na kształt drugiego obiegu, przyciągającego podobną, przekonaną o swojej antysystemowej elitarności publiczność. To właśnie w tej przestrzeni powstał realny popyt na nową reprezentację polityczną, a więź między odbiorcami i twórcami tego obiegu okazała się silniejsza niż dzielące ich różnice ideowe.
Łatwo zlekceważyć wpływ czegoś tak nieuchwytnego, trudnego do zmierzenia i opisania w kategoriach politologicznych jak „atmosfera”. A jednak to właśnie ta antysystemowa aura współtworzona przez ówczesne, „undergroundowe” media okazała się czynnikiem spajającym. W jej ramach Piotr „Liroy” Marzec mógł porozumieć się z Januszem Korwin-Mikkem: łączył ich zaledwie postulat legalizacji marihuany, choć wyrastający z zupełnie odmiennych przesłanek, i w gruncie rzeczy niewiele więcej. Niekiedy nawet taka wspólna płaszczyzna nie była konieczna, bo wystarczało poczucie politycznego pokrewieństwa oparte na skali radykalizmu: nacjonalistyczni państwowcy mogli funkcjonować obok skrajnie antypaństwowych libertarian, bo poglądy schodziły na plan dalszy; na pierwszy wysuwało się doświadczenie wspólnoty i rosnącej siły budowanej w kontrze do establishmentu.
„Partia Pińskiego i Giertycha”?
Poszukiwanie spójnej, „zakulisowej” logiki powstania proto-konfederacyjnego projektu, na przykład w postaci intrygi polityków czy dziennikarzy związanych z obozem Donalda Tuska jest w istocie uleganiem nieprawdziwemu dualnemu modelowi myślenia o polskiej polityce. W tym ujęciu wszystko musi wpisywać się w znane osie podziału: postkomuna kontra Solidarność, „Polska liberalna” kontra „Polska solidarna” etc. Tymczasem te dotychczasowe linie nigdy nie wyczerpywały realnego bogactwa życia politycznego, ponieważ nie uwzględniały „antysystemu” – dziwacznego bytu o „osobowości wielorakiej”, któremu dopiero internet pozwolił się rozpoznać i zorganizować.
Oczywiście naiwnością byłoby sądzić, że antysystem był przestrzenią ludzi „bez biografii”, a indywidualne powiązania i epizody z przeszłości łatwo mogą dziś rodzić pokusę budowania prostych, sensacyjnych narracji. Znajomości Grzegorza Brauna z Janem Pińskim czy dawna współpraca Krzysztofa Bosaka z Romanem Giertychem mogą sugerować istnienie jakiegoś ukrytego planu, zręcznej operacji. Jest to jednak wrażenie powierzchowne wynikające raczej z nieznajomości stopniowego, ewolucyjnego i poligenetycznego procesu krystalizowania się tej partii, co jest o tyle zabawne, że właściwie jest on implicite wpisany w samą jej nazwę.
Umocnieni przez podział
Kto zatrzymał się w śledzeniu losów Konfederacji na etapie, gdy stanowiła niesforną „zbieraninę”, mógłby dziś z przekonaniem stwierdzić, że nie jest to formacja zdolna do wewnętrznej spójności. Byłby to jednak wniosek mylny. Bo choć konflikty i napięcia nie zniknęły, to teza o trwałym rozproszeniu przestała być prawdziwa, a ironicznie przywoływane powiedzenie o „umacnianiu się przez podział” w przypadku Konfederacji okazało się zaskakująco trafne. Kolejne rozstania (często burzliwe) prowadziły nie do rozpadu, lecz stopniowej homogenizacji. Odejścia takich postaci jak Liroy, Kaja Godek, Jakub Kulesza, Artur Dziambor, a ostatnio Grzegorz Braun, nie osłabiały rdzenia ugrupowania, lecz go oczyszczały i konsolidowały. W efekcie dwa najsilniejsze nurty (nacjonalistyczny i konserwatywno-liberalny) mimo narastających napięć wykształciły coś na kształt wspólnej tożsamości. Nie tyle ideowej, ile partyjnej.
Sprzyjało temu kilka czynników. Po pierwsze, stanowisko Krzysztofa Bosaka, który (pod wpływem swojego „wolnościowego” ukąszenia) od początku próbował pełnić rolę pomostu między środowiskami. Na pewnym etapie był to również pragmatyzm Roberta Winnickiego, gotowego do daleko idących (choć w jego rozumieniu tymczasowych) ustępstw. I wreszcie – pozorna polityczna elastyczność Sławomira Mentzena, który dla zachowania iluzji symetrii ustępstw potrafił korygować swoją retorykę, choćby w kwestii masowej migracji zarobkowej, od dawna będącej solą w oku środowisk nacjonalistycznych.
Jednak monolit?
Nie bez znaczenia pozostawał także czynnik zewnętrzny. Stały „ostrzał” ze strony przeciwników, poczucie wspólnoty oblężonej twierdzy, a także przekonanie (fałszywe) o własnej przenikliwości w sprawach takich jak pandemia czy wojna na Ukrainie, wzmacniały wewnętrzne więzy. Do tego dochodziło narastające przeświadczenie o zdradzie prawicy przez PiS oraz bardziej przyziemny, lecz istotny element: zdolność do wypracowania wspólnego programu politycznego.
A jeszcze niedawno oba główne komponenty traktowały Konfederację jako rodzaj parasola czy wygodnej platformy współpracy przy zachowaniu odrębnych tożsamości. Dziś ten etap jest już w dużej mierze zamknięty i można mówić o czymś w rodzaju „konfederackiego stanu świadomości”. W wypowiedziach liderów niemal zanikły charakterystyczne niegdyś zastrzeżenia: „jako Ruch Narodowy uważamy” czy „jako Nowa Nadzieja uważamy”. Cały zespół gra do jednej bramki, a zawodnicy doskonale podzielili się rolami i pozycjami.
Kto więc uważa, że łatwo można „wyjąć” jeden z tych elementów albo rozegrać ideowe sprzeczności, by doprowadzić do dezintegracji całego projektu, ulega kolejnemu złudzeniu. Wspólna historia, doświadczenie konfliktów i seria politycznych prób sprawiły, że ten organizm zdążył się zahartować, mimo wciąż obecnych niechęci i różnic.
Topnienie radykalizmu
Czasy, w których Konfederację można było bez większego wahania określać mianem formacji radykalnej, w dużej mierze należą już do przeszłości. Świadomy dryf ku centrum podyktowany względami pragmatycznymi i marketingowymi okazał się zresztą skuteczny z punktu widzenia rosnącego poparcia. Kierunek ten Sławomir Mentzen chętnie przypisuje sobie, wyraźnie odcinając się od strategii „jazdy po krawędzi”, charakterystycznej dla Janusza Korwin-Mikkego, który wcześniej namaścił go na swojego następcę.
Ewolucję tę dobrze widać na przykładzie niemal każdej istotnej kwestii programowej. W podejściu do Unii Europejskiej dawna Konfederacja traktowała polexit jako coś oczywistego. Wraz ze wzrostem notowań przekaz zaczęto jednak łagodzić: pojawiła się rozmiękczająca koncepcja „wypierpolu”, czyli takiej polityki wobec Brukseli, która miałaby doprowadzić do wypchnięcia Polski z Unii bez konieczności niepopularnej deklaracji o potrzebie polexitu. Z czasem zastąpiły ją jeszcze bardziej wyważone formuły: że „z Unii nie można wyjść w obecnym momencie” albo że w „świecie idealnym” należałoby to rozważyć, lecz realia polityczne na to nie pozwalają. W efekcie z ugrupowania otwarcie postulującego zniszczenie „brukselskiego Babilonu” wyłoniła się partia, która w wielu aspektach mieści się w granicach szerokiego, mainstreamowego konsensusu, od czasu do czasu zaznaczając tylko odrębność głównie na poziomie retoryki.
Już nie tak ideowi?
Podobną trajektorię widać w innych obszarach. W sprawie ZUS-u: od postulatów natychmiastowej likwidacji, przez koncepcję stopniowego wygaszania, następnie – pozostawienia, ale z dobrowolnością dla przedsiębiorców, aż po dzisiejsze stanowisko, dopuszczające istnienie systemu przy jednoczesnej potrzebie ograniczenia jego biurokratycznego ciężaru. W państwowej edukacji: od idei likwidacji systemu publicznego do postulatu bonu oświatowego. W polityce zagranicznej: od flirtu z koncepcją sojuszu z Rosją przeciw Ukrainie, przez hasła „polityki wielowektorowej”, po obecną programową proatlantyckość, choć z zastrzeżeniem większej podmiotowości i bez ostentacyjnego lokajstwa.
Topnienie radykalizmu, postępujące równolegle ze wzrostem poparcia, każe więc zrewidować obraz Konfederacji jako formacji „ideowej prawicy”, przeciwstawianej przez jej liderów „nieideowej prawicy” PiS. W praktyce okazuje się, że „procenty sondażowe nie śmierdzą” i warto poświęcić dla nich ten szlachetnie brzmiący epitet.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Grzegorz Braun w rządzie Czarnka? Kandydat PiS na premiera odpowiada

Mentzen u Nawrockiego. W tle pakt senacki i rozmowy o nowej koalicji
Braun nie usłyszał zarzutów za incydent w Oleśnicy. Sprawdź dlaczego

Jarosław Kaczyński wyklucza sojusz z partią Grzegorza Brauna. Padły ostre słowa








