Szukaj
Konto

Sebastian Reńca: Literaturogenność Kielecczyzny

Sebastian Reńca: Literaturogenność Kielecczyzny
Źródło: Tygodnik Solidarność | Autor: Sebastian Reńca | Licencja: Tygodnik Solidarność | Mapa
Kielecczyzna ma w sobie coś, co Krzysztof Kąkolewski, jeden z najlepszych polskich reportażystów XX w., nazwał „literaturogennością”. Sam zresztą związany był z Suchedniowem w woj. świętokrzyskim. Kąkolewski, pisząc reportaż o Suchedniowie i tamtejszym poecie Janie Gajzlerze, notował, że „Góry Świętokrzyskie na każdym kawałku mogą rodzić literaturę”, i dodawał, że ziemia świętokrzyska pod tym względem wydała tylu ludzi pióra, co Wileńszczyzna, a ponadto Świętokrzyskie nakazywało jej synom opisywać to, co nieopisane.
Co musisz wiedzieć:
  • Kielecczyzna jest według Krzysztofa Kąkolewskiego „literaturogenna.
  • Region ten ukształtował wyobraźnię i twórczość wielu wybitnych pisarzy.
  • Tradycja literacka tego obszaru sięga aż do średniowiecza.

Suchedniów, skarb dla pisarza

W reportażu „Rok białych kwiatów” Kąkolewski zdradzał:

„Przejmuję dom rodzinny, by zawładnąć jego tajemnicą. To cud, że dom stoi. Jest to modrzewiowy dworek z gankiem, zbudowany w XIX wieku lub przebudowany”.

Ten dworek stoi we wspomnianym Suchedniowie, o którym reportażysta napisał książkę „Ukradli im czterysta lat”, w której można znaleźć taki fragment:

„Wyodrębniłem z mapy Polski Suchedniów jako temat reportażu, ale nie znaczy to, że chcę go potępić. Suchedniów można uznać za miniaturę Polski dzielącą wszystkie jej cierpienia, choć może w większym stopniu niż inne miasteczka w innych regionach Polski. Jeśli Suchedniów byłby kroplą, w której odbijają się losy Polski, owe morza smutku, to raczej nazwałbym go łzą”.

Innym razem Kąkolewski zdradził, że Suchedniów i w ogóle Kielecczyzna jest dla niego, jako pisarza, największym skarbem:

„W Suchedniowie poznałem coś, co nazwałbym strukturą prowincji. W wielkim mieście nie poznaje się ludzi i prawdziwego życia. To wielki błąd, że polscy pisarze żyją wyłącznie w wielkich miastach i nie są powiązani z prowincją. Isaac Bashevis Singer był wielkim pisarzem, bo nosił w pamięci świat polskiej prowincji i tylko o tym umiał pisać. Więc ja Suchedniowowi zawdzięczam poznanie rzeczywistości”.

– Tuż przed wojną niemiecko-sowiecką wyjechaliśmy do Suchedniowa. Wcześniej znałem to miejsce z przedwojennych wakacji. Tam nauczyłem się pływać w stawie, który Gustaw Herling-Grudziński nazywał Czarnym. Po latach, kiedy spotkałem Herlinga i wspominaliśmy tamte czasy, okazało się, że pamięta winorośl, która oplatała nasz dworek

– opowiadał mi ponad 20 lat temu Kąkolewski.

 

Z Kielecczyzny do innego świata

Wielki pisarz Gustaw Herling-Grudziński właśnie z Suchedniowa wyruszył w świat, parafrazując słowa naszego hymnu – z ziemi polskiej do włoskiej. W swoich dziennikach pisanych nocą czy w prozie wielokrotnie wspominał o swoim rodzinnym miasteczku. Na przykład pod datą 15 sierpnia 1977 r., zanotował:

„Trzydzieści osiem lat temu leżałem w trawie naszego dawnego sadu, słuchając szumu rzeczki płynącej do upustu. W dwa tygodnie później dopadł mnie w tym samym miejscu daleki huk bomb w stronie Skarżyska. I tyle ocalało, tyle trzeba nieść dalej: ciemną miłość najnieszczęśliwszej ziemi”.

Herling kilkoma zdaniami w swej najważniejszej książce „Inny świat” wprowadził Suchedniów do literatury światowej:

„Śniło mi się najczęściej (gdyż był to właściwie półsen), że późnym wieczorem wracam ze stacji w Kieleckiem do domu. I choć była już noc, widziałem dokładnie, jak gdyby w czarnym świetle, najpierw piaszczystą drogę obok toru, potem zagajnik, dużą polanę z opustoszałą willą, strumień obok wzgórza [...] i wreszcie drogę prowadzącą nad nasz stary, zarośnięty szuwarami staw. Schodziłem ku płytkiej rzeczce, przeskakiwałem parę kamieni i groblą wysadzaną wysokimi olchami szedłem wolno w kierunku domu”.

Tego domu już nie ma… Herling-Grudziński napisał kiedyś:

„Tamten Suchedniów już nie istnieje. To, co można przeczytać w moim dzienniku, jest prawdziwe jako mitologia dzieciństwa czy wczesnej młodości. Tworzy się pewne obrazy, które potem, zwłaszcza jeśli się jest emigrantem, odżywają i trwają”.

Podczas pierwszej podróży do Polski Herling-Grudziński jechał drogą prowadzącą przez Skarżysko i Radom w kierunku Warszawy. Samochód zatrzymał się i pisarz wysiadł z auta, przy drodze, która wiodła do jego dzieciństwa. Nie poszedł do Suchedniowa.

 

Bandyta, co stał się pisarzem

Święta Katarzyna, Nowa Słupia oraz Święty Krzyż były ulubionymi trasami wędrówek Gustawa Herlinga-Grudzińskiego. Właśnie na Świętym Krzyżu dokonała się przemiana bandyty w pisarza.

To tam, w tym najcięższym przedwojennym więzieniu, Sergiusza Piaseckiego odwiedził Melchior Wańkowicz. Piasecki zachwycił reportażystę rękopisem swej powieści „Kochanek Wielkiej Niedźwiedzicy”, którą miał napisać w kilka tygodni, między 14 października a 29 listopada 1935 r.

Wańkowicz, relacjonując spotkanie z pisarzem – przemytnikiem, pisał:

„U wysoko sklepionej bramy stał wartownik z rewolwerem w garści. Nad wysokim murem, biegnącym w krąg więzienia zwisało sześć wież, w których strażują uzbrojeni strażnicy”.

Wańkowicz słuchał, a Piasecki mówił, wręcz tokował tylko o pisaniu, jak ma to robić, czy robi dobrze itd. Reportażysta przywiózł dla niego zaliczkę za powieść i podarował mu wieczne pióro, atrament oraz ryzę papieru. Niestety luźnych kartek więzień nie mógł posiadać, dlatego Wańkowicz obiecał mu bruliony.

„Napełniam pióro. Patrzy z zachwytem, jak wypełnia się przezroczysty rezerwuar. Bierze z nabożeństwem do ręki i próbuje pisać” 

– opisywał Wańkowicz zachowanie Piaseckiego.

Wańkowicz zachwycony piórem pisarza-samouka rozpoczął starania o przedwczesne zwolnienie Piaseckiego z więzienia, w którym siedział za napad z bronią w ręku. W tych staraniach wsparli go dziennikarze, literaci i publicyści o różnych poglądach. Mecenas Adam Pragier złożył do prezydenta Polski apelację, a sam Piasecki również słał kolejne pisma o wcześniejsze zwolnienie. W końcu się udało. W sierpniu 1937 r. Piasecki znalazł się na wolności i od razu napisał telegram do Wańkowicza:

„Za zdjęcie z krzyża dziękuję, dziękuję, dziękuję”.

Telegram ten został nadany w Urzędzie Pocztowym w Kielcach.

 

Pisarz, który wyszedł z Kielc

Wiele lat później do Kielc zawitała reportażystka i pisarka Monika Warneńska, która notowała:

„Krążę wśród zakątków Kielc śladami młodego, małomównego człowieka w gimnazjalnym szynelu z błyszczącymi guzikami – szynelu, jaki nosili uczniowie szkół średnich za czasów carskich. Krążę śladem młodego człowieka, którego od dawna nie ma już wśród żywych. Tu, w tym mieście, przekroczył on bramę wiodącą z lat dzieciństwa do kraju młodości. Tu narodził się jako pisarz”.

Tym kimś był Stefan Żeromski. Ten urodzony w roku 1864 pisarz, tylko przez niecałą dekadę był związany z Kielcami, były to lata 1878–1886. Później bywał w tym mieście tylko przelotnie, najdłużej kilka tygodni, ale stolica województwa świętokrzyskiego i okolice były dla niego ukochanym „krajem lat dziecinnych”. Jak zauważała w swoim reportażu Warneńska, zarówno Kleryków z „Syzyfowych prac”, jak i Łżawiec z „Promienia” – „to przecież różne warianty Kielc”.

Żeromski znał nie tylko Kielce, ale również okolice, najpewniej szlaki jego wędrówek przecinały się ze szlakami, które pokonywał kilkadziesiąt lat później Herling-Grudziński.

W „Puszczy Jodłowej” pisarz wspominał swoje pierwsze młodzieńcze próby literackie z tego okresu:

„Pisałem swe marne wiersze w lasach i wertepach, w ciągu długich letnich dreszczów pod cieniem Olchy obwisłej w nadnidziańskim smugu, pod daszkiem brogu na wilkowskim ugorze oraz w leśnych kapliczkach obok klasztoru Świętej Katarzyny”.

Monika Warneńska podkreślała w swym reportażu zatytułowanym „Śladami Żeromskiego”, że pisarz zabrał w dorosłe życie z Kielc i Kielecczyzny

„bogaty zasób wspomnień oraz mocne, niezłomne postanowienie walki o własną przyszłość literacką”.

 

Dworek zamiast kamieniczki

W niedalekim od Kielc Oblęgoru mieszkał sam Henryk Sienkiewicz. Dworek otrzymał od narodu na początku wieku XX. Przyszły laureat Nagrody Nobla wcale nie był zachwycony dworkiem.

„Z dwojga złego pan Sienkiewicz wolałby jednorodzinną kamieniczkę na Starym Mieście. Stracił kontakt z wsią, gospodarstwem się nie zajmie, bo i czasu nie ma, i nie potrafi; nie został mu sentyment do ziemi. Z dwojga złego wolałby mniej kłopotliwy prezent, bo ów dar – chociaż to niezwykłe wyróżnienie – ciąży mu jednak”

– pisał Stefan Majchrowski, biograf Sienkiewicza. Sam pisarz narzekał na podarunek, głośno mówiąc:

– Bylebym nie dopłacał do tego prezentu, bo już sporo mnie kosztował.

Sienkiewicz traktował dworek w Oblęgorku jako dom na lato. W sierpniu 1914 r. pisarz spędził ostatnie lato w Oblęgorku. Wtedy też odwiedzili go ci, którzy wyruszyli z Oleandrów, by walczyć z jednym zaborcą u boku drugiego. Kilku z nich musiało odwiedzić wielkiego polskiego pisarza. Był to patrol kawalerzystów Władysława Beliny-Prażmowskiego. O tamtym spotkaniu pisał pierwszy ułan II Rzeczypospolitej Bolesław Wieniawa-Długoszowski:

„Zobaczyłem, jak Sienkiewicz dłoń mu podał, usłyszałem uprzejme słowa podziękowania, życzenia szczęścia w naszych zamierzeniach, brzmiące dla mnie jak błogosławieństwo. Widziałem na bladej twarzy wzruszenie, a zarazem troskę głęboką, obawę i niepokój o przyszłość, o losy wojny, która na naszych ziemiach rozgorzała o Polskę… może i o nas, obszarpanych, obdartych, nielicznych, ale pierwszych”

– wspominał Wieniawa.

 

Ojcowie kultury i literatury

Podróżując z Kielc w kierunku woj. śląskiego przez Jędrzejów, nie sposób nie odwiedzić najstarszego klasztoru cystersów w Polsce. To tam mieszkał w ostatnich latach życia i został pochowany Wincenty Kadłubek, który zmarł w 1223 r.
Wielu naukowców podważa wiarygodność jego „Kroniki polskiej”, a co za tym idzie i jej autora, ale rację miał prof. Franciszek Ziejka, który na początku XXI w. mówił – Czy można wyobrazić sobie dziś literaturę polską bez rozlicznych poematów, dramatów, tragedii czy powieści o Wandzie i Krakusie, których na karty naszej legendowej przeszłości wprowadził właśnie Kadłubek? Czyż jesteśmy w stanie wyobrazić sobie literaturę polską bez „Króla-Ducha” i „Lilii Wenedy” Słowackiego, bez „Wandy” i „Krakusa” Cypriana Kamila Norwida, bez „Wandy” Teofila Lenartowicza, bez „Legendy” Stanisława Wyspiańskiego? Bez dziesiątek i setek innych utworów, których autorzy bezpośrednio lub pośrednio czerpali wątki i inspirację z bogactwa Kroniki Kadłubka?

Zaiste, wiele zawdzięczamy błogosławionemu Mistrzowi Wincentemu.
Jadąc dalej, można również przystanąć w Nagłowicach, w których mieszkał Mikołaj Rej. O ile o Wincentym Kadłubku mówi się, że to ojciec kultury polskiej, o tyle Rej nazywany jest ojcem polskiej literatury. To on jest autorem zdania:

„A niechaj narodowie wżdy postronni znają, iż Polacy nie gęsi, iż swój język mają”.

Ten XVI-wieczny poeta przez jakiś czas mieszkał w Nagłowicach, które odziedziczył po wuju. Później Rej przeniósł się do niedalekiego miasteczka Okszy, dziś jest to Oksa, gdzie wybudował dwór.

Fragment kamiennego nadproża z herbem Oksza, pochodzący z tego dworu, który został wydobyty w trakcie wykopalisk, przechowuje dzisiaj Muzeum Mikołaja Reja w nagłowickim dworze, który jednak nie ma nic wspólnego z dworem poety, gdyż po tamtym nie ma śladu.

17 grudnia 1905 r., w roku 400. urodzin poety, Wilhelm Bruchnalski mówił w sali Teatru Lwowskiego podczas uroczystości jubileuszowej, za co powinniśmy być wdzięczni Mikołajowi Rejowi.

– Za‎ ‎uwolnienie‎ ‎duchowej‎ ‎kultury‎ ‎polskiej‎ ‎z‎ ‎pęt‎ ‎niewoli‎ ‎rzymsko-klasycznej,‎ ‎‎za urobienie‎ ‎języka,‎ za‎ ‎otwarcie‎ ‎przed‎ ‎prostotą‎ ‎podwojów‎ ‎do‎ ‎świata‎ ‎wyższego‎ ‎i‎ ‎górniejszego

– mówił Bruchnalski i dodawał:

– Za‎ ‎ten trójczyn,‎ ‎my,‎ ‎dzisiejsi,‎ ‎po‎ ‎czterech‎ ‎niemal‎ ‎wiekach, dołączamy‎ ‎się‎ ‎do‎ ‎wyroku‎ ‎praojców‎ ‎naszych‎ ‎i‎ ‎widzimy w‎ ‎Reju‎ ‎jednego‎ ‎z‎ ‎wielkich‎ ‎naszych‎ ‎duchów,‎ ‎jednego z‎ ‎tych,‎ ‎co koroną‎ ‎złotą‎ ‎wieńczą‎ ‎swoją‎ ‎współczesność,‎ ‎‎co‎ ‎dla przyszłości‎ ‎są‎ ‎gwiazdą‎ ‎błyszczącą,‎ ‎potokiem‎ ‎rwącym i‎ ‎rosą‎ ‎niebieską,‎ co‎ ‎jako‎ ‎morze‎ ‎wieczyste‎ ‎łączyć‎ ‎nie przestaną‎ ‎dwóch‎ ‎odległych‎ ‎lądów:‎ ‎tego,‎ ‎co‎ ‎był,‎ ‎i‎ ‎tego, co‎ ‎jest!

 

Jasienica z domku kucharza

Podróż śladami polskich pisarzy po Kielecczyźnie warto zakończyć w Szczekocinach, leżących dziś na granicy województw śląskiego i świętokrzyskiego. W latach 1946–1955 mieszkał tam Paweł Jasienica, pisarz wspominał o tym m.in. w książce „Myśli o dawnej Polsce”:

„Tak się złożyło, że przez kilka lat mieszkałem w Szczekocinach kieleckich, w domu, który zajmował kiedyś kucharz dworski”.

Domek owego kucharza stoi przy głównej bramie prowadzącej do Pałacu Dembińskich. Jasienica mieszkał w pokoju z kuchnią, bez żadnych wygód.
Pisał w Szczekocinach bardzo dużo, przede wszystkim rankami, a popołudniami rąbał na przykład drzewo. Żeby jechać do Krakowa czy Warszawy, Jasienica dojeżdżał autobusem do oddalonego o ok. 20 km Sędziszowa, z którego dalej podróżował pociągiem.

Jasienica zadebiutował w 1935 r. książką „Zygmunt August na ziemiach dawnego Wielkiego Księstwa”. Po wojnie był autorem takich książek jak m.in.: „Polska Piastów”, „Polska Jagiellonów”, „Rzeczpospolita Obojga Narodów”, „Rozważania o wojnie domowej”.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 06.07.2026 10:39
Źródło: Tygodnik Solidarność nr. 26/2026, oprac. Ludwik Pęzioł