Skąd wzięły się "zaplute karły"? O pożegnalnym przemówieniu Piłsudskiego

- Słynne określenie „zapluty potworny karzeł” padło w pożegnalnym przemówieniu Józefa Piłsudskiego w 1923 r.
- Piłsudski odszedł, tłumacząc swoją decyzję kryzysem honoru życia publicznego po zabójstwie prezydenta Narutowicza.
- Po II wojnie światowej komunistyczna propaganda odwróciła znaczenie słów Piłsudskiego.
– Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach, wypluwający swoją brudną duszę, opluwający mnie zewsząd, nie szczędzący niczego, co szczędzić trzeba, rodziny, stosunków, bliskich mi ludzi, śledzący moje kroki, robiący małpie grymasy, przekształcający każdą myśl odwrotnie, ten potworny karzeł pełzał za mną jak nieodłączny druh, ubrany w chorągiewki różnych typów i kolorów – to obcego, to swego państwa, krzyczący frazesy, wykrzywiający potworną gębę, wymyślający jakieś niesłychane historie, ten karzeł był moim nieodstępnym druhem, nieodstępnym towarzyszem doli i niedoli, szczęścia i nieszczęścia, zwycięstwa i klęski. Nie sądźcie, panowie, że to jest tylko metafora…
– Józef Piłsudski mówił długo i wolno, nie spieszył się, każde słowo niemal cedził.
Sprawa honorowa
Jeżeli ktoś sądzi, że wojna polsko-polska jest stygmatem naszych czasów, gdy Polacy dzielą się na wyznawców jednej lub drugiej partii politycznej, że obrzucanie się kalumniami charakteryzuje tylko czasy współczesne, jest w ogromnym błędzie. Takie są reguły demokracji. Tak samo, jak polaryzacja i podział sceny politycznej na dwie wiodące partie są charakterystyczne dla okrzepłych systemów politycznych, jak chociażby Stany Zjednoczone, Anglia czy Niemcy.
Jedyna różnica jest w przekazie. Sto lat temu wiodącym medium były codzienne gazety, plotki oraz wspomnienia pisane post factum, dziś internet jest medium szybszym i skuteczniejszym w docieraniu do odbiorców, którzy karmią się przede wszystkim emocjami, a merytoryka w politycznych sporach schodzi na bardzo daleki plan.
Marszałek, gdy mówił tamte słowa w hotelu Bristol, nie miał jeszcze lat 60, ale miał już za sobą przebogate życie, antycarską konspirę, tłuczenie „bibuły”, dziesiątki napisanych tekstów, zesłanie, ciężkie pobicie, szpital psychiatryczny (symulował chorobę, by uciec Rosjanom), akcje bojowe przeciwko rosyjskiemu zaborcy, legiony, więzienia, odrodzenie Rzeczypospolitej, drugie małżeństwo, wojnę – tym razem z czerwoną Rosją, i tony plwocin, które spadały na niego przede wszystkim ze strony wyznawców Narodowej Demokracji na czele z Romanem Dmowskim, zresztą kochającym się w kobiecie, która została żoną Piłsudskiego.
Być może impulsem do tak gwałtownego i obrazowego przemówienia było zdarzenie, które nastąpiło kilka dni wcześniej. Józef Piłsudski był przede wszystkim żołnierzem i tak właśnie się nosił – na co dzień chodził w skromnym mundurze, myślał jak wojskowy i czasami wysławiał się jak wojskowy, nie unikając wówczas wulgaryzmów.
"Bezkrwawy rezultat"
Gdy 28 czerwca odbyło się posiedzenie Ścisłej Rady Wojennej, Piłsudski już wiedział, że odchodzi z życia publicznego pełnego politykierstwa, wewnętrznych gierek i małych ludzi o wielkich ambicjach, ale za to bez honoru. Na następne trzy lata azylem dla jego żony Aleksandry oraz córek Wandy i Jadwigi miał być skromny dworek w Sulejówku.
Na wspomnianym posiedzeniu rady w Belwederze omawiano tylko jeden punkt zatytułowany
„Zdanie służby jako przewodniczącego ŚRW przez marszałka Piłsudskiego”.
Wywiązała się też dyskusja pomiędzy Józefem Piłsudskim a gen. Stanisławem Szeptyckim, który był świeżo mianowanym przez premiera Wincentego Witosa ministrem spraw wojskowych. Marszałek zapytał generała, czy obowiązuje jeszcze dekret z 1921 r. mówiący o istnieniu ŚRW, na co usłyszał:
„Rząd uważa ten dekret za nieistniejący”.
Wtenczas Piłsudski zakończył zebranie, a Szeptycki krzyknął:
„To są kpiny!”.
Wtedy marszałek nie wytrzymał i dogadał generałowi jak żołnierz żołnierzowi:
„Bo pan jesteś jak ta kur*a, co podstawia du*ę to jednemu, to drugiemu”
– Piłsudski pił do tego, że Szeptycki, według niego chciał się przypodobać prawicy.
W tym momencie Szeptycki wyzwał Piłsudskiego na pojedynek, gdyż poczuł się – zresztą słusznie – urażony. Po Warszawie i innych miastach RP szybko rozeszła się pogłoska, że do pojedynku doszło, ale z „bezkrwawym rezultatem”. Nie było to prawdą. Arbitrem w tej sprawie został sam prezydent Stanisław Wojciechowski, do którego Piłsudski napisał list:
„W sprawie honorowej postąpiłeś jak kacyk, który praw honoru nie szanuje i zapomina, że honor należy do ludzi personalnie, a nie urzędowo”.
Dalej Piłsudski żądał od prezydenta, „by nagana wniesiona do stanu mojej służby w polskiej armii brzmiała:
«Marszałek otrzymał dnia takiego i takiego naganę od prezydenta Rzeczypospolitej za to, że w ostrych słowach zwrócił się, jako przewodniczący Ścisłej Rady Wojennej, do ministra spraw wojskowych gen. broni Szeptyckiego, gdyż uważał, że ten zrobił mu impertynencję»”.
Służbę państwową opuszczam
„Rozstawaliśmy się z nim po raz trzeci. Pierwsze odejście jego od nas wywołało legionowy kryzys przysięgowy. Drugim rozstaniem było uwięzienie go przez Niemców w twierdzy Magdeburg. Teraz odbierają go nam nie obcy, lecz swoi rodacy – pisał Felicjan Sławoj Składkowski, wspominając przemówienie Piłsudskiego w hotelu Bristol. – Jedyną pociechą było, że komendant zgodził się na pożegnalny wieczór”.
Piłsudski, mówiąc o plującym karle, mówił również, jak jego opluwano kalumniami. Chociażby o to, że jest złodziejem, ponieważ skradł insygnia królewskie, powstała w tej sprawie nawet nadzwyczajna komisja sejmowa, albo pomawiano go o to, że w czasie wojny z bolszewikami dzwonił specjalnym telefonem do samego sowieckiego komisarza Lwa Trockiego.
– Idzie tylko o plucie, idzie tylko o kał wewnętrzny, którego pełna musiała być dusza, jeżeli na te rzeczy się zdobyła. Idzie o jakieś niesłychanie obrzydłe zjawisko duszy ludzkiej, która w ten sposób postąpić może. Potworny karzeł wyległy z bagien rodzinnych. Bity po pysku przez każdego z zaborców, sprzedawany z rąk do rąk, płatny. Oto ci, którzy chcą obniżyć do swego poziomu to, co zostało wzniesione wysoko
– grzmiał Piłsudski. I dodawał:
Plucie to chrzczono wysokimi słowami, wysokimi hasłami. Była to praca tak zwana narodowa, praca tak zwana patriotyczna!
Marszałek miał dość plujących karłów, do tego niejednokrotnie dwulicowych i zakłamanych („Karły próbowały w ostatnim czasie zmienić swoje grymasy na uśmiech szczęścia z powodu spotkania mnie w tym czy innym miejscu”), dlatego podał się do dymisji. Tak mówił o powodach swojej decyzji, nawiązując do niedawnej śmierci prezydenta Gabriela Narutowicza zastrzelonego 16 grudnia 1922 r. przez Eligiusza Niewiadomskiego:
– Ta szajka, ta banda, która czepiała się mego honoru, tu zechciała szukać krwi. Prezydent nasz zamordowany został po burdach ulicznych obniżających wartość pracy reprezentacyjnej przez tych samych ludzi, którzy ongiś w stosunku do pierwszego reprezentanta, wolnym aktem wybranego, tyle brudu, tyle potwornej, niskiej nienawiści wykazali. Teraz spełnili zbrodnię. Mord karany przez prawo. Moi panowie, jestem żołnierzem. Żołnierz powołany bywa do ciężkich obowiązków, nieraz sprzecznych ze swoim sumieniem, ze swoją myślą, z drogimi uczuciami. Gdym sobie pomyślał na chwilę, że ja tych panów jako żołnierz bronić będę – zawahałem się w swoim sumieniu. A gdym się raz zawahał, zdecydowałem, że żołnierzem być nie mogę. Podałem się do dymisji z wojska. To są, moi panowie, przyczyny i motywy, dla których służbę państwową opuszczam.
Plwociny i błoto
Na koniec przemówienia Piłsudski wspomniał o innym marszałku – księciu Józefie Poniatowskim, którego pomnik stanął kilka miesięcy wcześniej przed Pałacem Saskim i Grobem Nieznanego Żołnierza w rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja.
Notabene, dwóch wielkich marszałków, jeden francuski, drugi polski, dwóch wielkich żołnierzy i wskrzesicieli Polski, którym „Bóg powierzył honor Polaków”, miało te same inicjały: JP, które później przyjął Karol Wojtyła jako papież Jan Paweł II.
Marszałek widział z okien swego gabinetu, jak montowano rzeźbę, i imaginował sobie, że Poniatowski, widząc to, co dzieje się obecnie w Polsce, najprawdopodobniej zapytałby:
„Gdzie są moi następcy? Gdzie w wolnej Polsce naczelni wodzowie? Gdzie są moi koledzy? Ja zginąłem ongiś w błocie. Błoto przykryło mi oczy, błoto zasłoniło wzrok. Gdzie są oni? Na mnie pierwszego padł zaszczyt być wodzem naczelnym Polski. Ja hufce stawiałem, ja je rzucałem w bój. Na pomniku są słowa: honor i ojczyzna. Szukasz honoru? Znajdziesz twego następcę także w błocie, w błocie rodzimym! Błotem został napojony. Taki jest los naczelnych wodzów polski bez honoru, Polski, której serce drgać nie umie”.
Skąd w ogóle wziął się „Zapluty potworny karzeł na krzywych nóżkach”? Rąbka tajemnicy uchylił Stanisław „Cat” Mackiewicz w swych „Zielonych oczach”:
„Piłsudski, człowiek o pięknej, fascynującej powierzchowności […] mścił się w ten sposób na Stanisławie Strońskim [ze Stronnictwa Narodowego, który nazywał Narutowicza niepolskim prezydentem – przyp. aut.], który istotnie był gruby i brzydki”.
Dwie dekady później, po tamtym historycznym przemówieniu, w lutym 1945 r., nie w Warszawie, ale w Łodzi, maszyny drukarskie wypuszczały plakat autorstwa Włodzimierza Zakrzewskiego „AK – Olbrzym i zapluty karzeł reakcji”. Propagandowa komunistyczna flegma oblepiła słupy ogłoszeniowe, parkany, ściany urzędów i mury więzień i ubeckich katowni, które zapełniały się akowcami torturowanymi, mordowanymi i grzebanymi na cmentarnych śmietnikach.
[Tytuł, niektóre śródtytuły i sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzą od redakcji]
Komentarze
Tadeusz Płużański: Zapomniani bracia marszałka Piłsudskiego

Józef Piłsudski: Byłem sam, zupełnie samotny…

Tadeusz Płużański: Tajemnicza śmierć gen. Edwarda Rydza-Śmigłego
Bitwa Niemeńska. Drugi cud wojny 1920 roku









