"Śmierć Ludwika XIV" - film o tym, jak odchodzą najwięksi
31.03.2017 11:56

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Kataloński reżyser, już czterdziestoletni, wspomnianego tematu dotyka we wszystkich swych filmach, czasem czyniąc zeń główny temat (poza „Śmiercią Ludwika XIV” dotyczy to przede wszystkim jego najbardziej cenionego dzieła, „ Historii mojej śmierci”, gdzie splata wątki z powieści Brama Stokera „Dracula” z biografią i legendą Giacomo Casanovy; film zdobył Złotego Lamparta w Locarno w 2013). W wywiadach podkreśla, że o Królu Słońce czytał tylko jedną książkę, jednak i jej treści nie trzymał się wiernie. Ludwik XIV interesował go nie jako monarcha, lecz po prostu jako umierający człowiek.
Istotnie, próżno w najnowszym dziele Serry szukać wiarygodnych informacji o ostatnich dniach wielkiego władcy. Wprawdzie pojawiają się tu takie postacie historyczne jak madame de Maintenon (Irène Silvani), królewski kapelan, ojciec Michel Le Tellier (Jacques Henric) czy Fagon (Patrick d’Assumçao), osobisty lekarz Burbona, towarzyszący mu aż po... pośmiertną sekcję, ale wydają się one jedynie bronić reżysera przed zarzutem lekceważenia faktów.
Katalończyk często zaznacza, że jego praca polega przede wszystkim na "cierpliwym szlifowaniu formy filmowej, aż będzie idealna". To poszukiwanie doskonałego kształtu artystycznego w "Śmierci Ludwika XIV" nie ulega najmniejszej wątpliwości. Niezwykła dbałość o detale, mistrzowskie opracowanie warstwy dźwiękowej, wysmakowana strona wizualna (oświetlenie, kadrowanie, montaż, scenografia, rekwizyty, kostiumy i charakteryzacja), świetne aktorstwo - wręcz oszałamiają. Serra nie ma jednak na celu artystowskich popisów; stara się skupić naszą uwagę na umierającym, jego przeżyciach i otoczeniu - odchodząc, opuszczamy przecież konkretne miejsca i konkretnych ludzi.
Najbardziej chyba widoczną cechą narracji filmu Katalończyka jest jej powolność - ostentacyjna, lekceważąca przyzwyczajenia lwiej części odbiorców, wręcz nieznośna. Wyjaśnienie tego zabiegu wydaje się jednak oczywiste: twórcom chodzi o uzmysłowienie widzom (a do tego konieczne jest oddziaływanie właśnie na zmysły) istoty umierania.
Doznania widza, być może wręcz znużenie, umożliwiają dostrzeżenie udręki agonii, jej bolesności i powolności. Kamera Jonathana Ricquebourga wpatruje się w ciało Ludwika, w jego pomarszczoną skórę, w symptomy gangreny. Obserwujemy fizyczność umierania, bezradność chorego - wobec samej choroby, własnej słabości, ale też wobec lekarzy, czasami najzwyczajniej w świecie głupich. Odchodzenie następuje stopniowo, lecz nieubłaganie, odziera człowieka ze wszystkiego. W ukazaniu tego procesu wielka zasługa Jean-Pierre’a Léaud, dziś siedemdziesięciodwuletniego, którego karierę aktorską starszym widzom dane było śledzić od ponad pół wieku (niezapomniany Antoine Doinel w znakomitych "400 batach" Françoisa Truffauta). Gra on monarchę przede wszystkim ciałem: jego bezwładnością, czasem gwałtownym, pełnym uporu gestem, jęczeniem, okrzykami bólu, charczeniem, bogatą mimiką. Słów wypowiada Léaud niewiele; dotyczą zresztą spraw prostych, codziennych - ubioru, łaknienia, pragnienia. Serra świadomie odrzuca zapisane przecież wypowiedzi Króla Słońce, które mogłyby wprowadzić do filmu patos, którego reżyser pragnie uniknąć. Nie usłyszymy słów: "Czemu płaczecie? Czyż nie dość długo żyłem? Myśleliście, że jestem nieśmiertelny?
Nie, nie, wiem dobrze, że trzeba to wszystko opuścić". Na własne oczy widzimy za to przedśmiertne ogołocenie człowieka. Tak, człowieka, bo fakt, że moribundem (łac.: ten, kto ma umrzeć) jest król, ten, który utożsamiał siebie z państwem, sam w sobie pozostaje drugorzędny, uwydatnia zaś jedynie ludzką kruchość, nicość wobec śmierci.#NOWA_STRONA#
Jedność miejsca (wciąż przebywamy w sypialni władcy), panujący w komnacie półmrok (Ricquebourg oświetla pomieszczenie wyłącznie świecami, jak przed laty John Alcott w niezapomnianym "Barrym Lyndonie" Kubricka), statyczność kamery wprowadzają nastrój klaustrofobii, zamykają nas niejako w przeżyciach umierającego, pozwalają doświadczać wespół z nim ogołocenia i odchodzenia. Nasze doznania potęguje jeszcze scena, w której grający Ludwika Léaud patrzy wprost w obiektyw kamery, a zza ekranu słyszymy Kyrie z Wielkiej Mszy c-moll Mozarta. A jednak trudno się tu dopatrzyć patosu. Owo spojrzenie króla przypomina raczej słowa ze średniowiecznej legendy o 3 żywych i 3 umarłych: "Jestem tym, kim ty będziesz, jesteś tym, kim ja byłem". Wraz z muzyką wielkiego klasyka budzi owa scena fizyczny i metafizyczny dreszcz.
Serra wielokrotnie podkreślał, że śmierć, obecna we wszystkich jego filmach, nie ma w sobie nic wzniosłego, że jest banalna, choć jednocześnie intymna i niezwykle ważna. "Śmierć Ludwika XIV" potwierdza te słowa - realizacją scenariusza, warstwą wizualną, dźwiękową i aktorstwem. Choć niełatwa w odbiorze, przykuwa uwagę myślącego widza. O każdym z nas, w zgodzie z dziełem Katalończyka, można przecież rzec słowami Jarosława Marka Rymkiewicza:
"Śmierć Ludwika XIV", reż.: Albert Serra; wyk.: Jean-Pierre Léaud, Patrick d’Assumçao, Marc Susini; Francja, Portugalia 2016
Paweł Gabryś-Kurowski
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (13/2017) dostępnego także w wersji cyfrowej tutaj.
Katalończyk często zaznacza, że jego praca polega przede wszystkim na "cierpliwym szlifowaniu formy filmowej, aż będzie idealna". To poszukiwanie doskonałego kształtu artystycznego w "Śmierci Ludwika XIV" nie ulega najmniejszej wątpliwości. Niezwykła dbałość o detale, mistrzowskie opracowanie warstwy dźwiękowej, wysmakowana strona wizualna (oświetlenie, kadrowanie, montaż, scenografia, rekwizyty, kostiumy i charakteryzacja), świetne aktorstwo - wręcz oszałamiają. Serra nie ma jednak na celu artystowskich popisów; stara się skupić naszą uwagę na umierającym, jego przeżyciach i otoczeniu - odchodząc, opuszczamy przecież konkretne miejsca i konkretnych ludzi.
Najbardziej chyba widoczną cechą narracji filmu Katalończyka jest jej powolność - ostentacyjna, lekceważąca przyzwyczajenia lwiej części odbiorców, wręcz nieznośna. Wyjaśnienie tego zabiegu wydaje się jednak oczywiste: twórcom chodzi o uzmysłowienie widzom (a do tego konieczne jest oddziaływanie właśnie na zmysły) istoty umierania.
Doznania widza, być może wręcz znużenie, umożliwiają dostrzeżenie udręki agonii, jej bolesności i powolności. Kamera Jonathana Ricquebourga wpatruje się w ciało Ludwika, w jego pomarszczoną skórę, w symptomy gangreny. Obserwujemy fizyczność umierania, bezradność chorego - wobec samej choroby, własnej słabości, ale też wobec lekarzy, czasami najzwyczajniej w świecie głupich. Odchodzenie następuje stopniowo, lecz nieubłaganie, odziera człowieka ze wszystkiego. W ukazaniu tego procesu wielka zasługa Jean-Pierre’a Léaud, dziś siedemdziesięciodwuletniego, którego karierę aktorską starszym widzom dane było śledzić od ponad pół wieku (niezapomniany Antoine Doinel w znakomitych "400 batach" Françoisa Truffauta). Gra on monarchę przede wszystkim ciałem: jego bezwładnością, czasem gwałtownym, pełnym uporu gestem, jęczeniem, okrzykami bólu, charczeniem, bogatą mimiką. Słów wypowiada Léaud niewiele; dotyczą zresztą spraw prostych, codziennych - ubioru, łaknienia, pragnienia. Serra świadomie odrzuca zapisane przecież wypowiedzi Króla Słońce, które mogłyby wprowadzić do filmu patos, którego reżyser pragnie uniknąć. Nie usłyszymy słów: "Czemu płaczecie? Czyż nie dość długo żyłem? Myśleliście, że jestem nieśmiertelny?
Nie, nie, wiem dobrze, że trzeba to wszystko opuścić". Na własne oczy widzimy za to przedśmiertne ogołocenie człowieka. Tak, człowieka, bo fakt, że moribundem (łac.: ten, kto ma umrzeć) jest król, ten, który utożsamiał siebie z państwem, sam w sobie pozostaje drugorzędny, uwydatnia zaś jedynie ludzką kruchość, nicość wobec śmierci.#NOWA_STRONA#
Jedność miejsca (wciąż przebywamy w sypialni władcy), panujący w komnacie półmrok (Ricquebourg oświetla pomieszczenie wyłącznie świecami, jak przed laty John Alcott w niezapomnianym "Barrym Lyndonie" Kubricka), statyczność kamery wprowadzają nastrój klaustrofobii, zamykają nas niejako w przeżyciach umierającego, pozwalają doświadczać wespół z nim ogołocenia i odchodzenia. Nasze doznania potęguje jeszcze scena, w której grający Ludwika Léaud patrzy wprost w obiektyw kamery, a zza ekranu słyszymy Kyrie z Wielkiej Mszy c-moll Mozarta. A jednak trudno się tu dopatrzyć patosu. Owo spojrzenie króla przypomina raczej słowa ze średniowiecznej legendy o 3 żywych i 3 umarłych: "Jestem tym, kim ty będziesz, jesteś tym, kim ja byłem". Wraz z muzyką wielkiego klasyka budzi owa scena fizyczny i metafizyczny dreszcz.
Serra wielokrotnie podkreślał, że śmierć, obecna we wszystkich jego filmach, nie ma w sobie nic wzniosłego, że jest banalna, choć jednocześnie intymna i niezwykle ważna. "Śmierć Ludwika XIV" potwierdza te słowa - realizacją scenariusza, warstwą wizualną, dźwiękową i aktorstwem. Choć niełatwa w odbiorze, przykuwa uwagę myślącego widza. O każdym z nas, w zgodzie z dziełem Katalończyka, można przecież rzec słowami Jarosława Marka Rymkiewicza:
"Kiedy zamkną mi powieki
I na oślep po omacku
Ja w minione pójdę wieki
Przeczytacie moje łokcie
Książkę czaszki i śledzionę
Wszystkie kartki mego życia
Zamazane pokreślone"
"Śmierć Ludwika XIV", reż.: Albert Serra; wyk.: Jean-Pierre Léaud, Patrick d’Assumçao, Marc Susini; Francja, Portugalia 2016
Paweł Gabryś-Kurowski
Artykuł pochodzi z najnowszego numeru "TS" (13/2017) dostępnego także w wersji cyfrowej tutaj.

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Data publikacji: 31.03.2017 11:56
Pałac Buckingham: Księżna straciła honorowy tytuł po latach
27.03.2026 15:51
Standard współczesnego domu. Dlaczego stabilne łącze jest dziś ważniejsze niż kiedykolwiek?
27.03.2026 13:29

Komentarzy: 0
Współczesny dom to już nie tylko miejsce odpoczynku. To często jednocześnie biuro, sala do nauki, centrum rozrywki i przestrzeń, w której działa coraz więcej urządzeń podłączonych do sieci. Nic więc dziwnego, że stabilne łącze przestało być wygodnym dodatkiem, a stało się jednym z podstawowych elementów codziennego komfortu. W Polsce dostęp do internetu ma już ponad 90% gospodarstw domowych, a prawie 85% osób korzysta z sieci każdego dnia lub prawie codziennie.
Czytaj więcej
Jak dobrać zestaw LEGO do wieku dziecka i jego zainteresowań?
05.03.2026 15:05

Komentarzy: 0
Rynek zabawek, a zwłaszcza fascynujący świat klocków LEGO, oferuje obecnie przytłaczającą liczbę zestawów, co może być źródłem niepewności dla wielu rodziców i opiekunów. Wybór idealnego prezentu dla dziecka nie powinien być ograniczony wyłącznie przez cenę czy rozmiar pudełka; kluczowe jest trafne połączenie etapu rozwojowego malucha z jego unikalną osobowością i rozwijającymi się pasjami. Zrozumienie tej synergii pozwoli wybrać zestaw klocków LEGO, który nie tylko sprawi radość, ale także wesprze wszechstronny rozwój. Ten artykuł stanowi praktyczny przewodnik, który pomoże Ci podjąć świadomą decyzję i podarować dziecku coś więcej niż tylko zabawkę – podarować mu inspirację i okazję do nauki przez zabawę.
Czytaj więcej
Musical z wykorzystaniem sztucznej inteligencji
20.02.2026 12:07

Komentarzy: 0
W Gdańsku rusza kolejny etap pionierskiego projektu muzycznego autorstwa Fundacji Kultury WOBEC – oficjalna strona fundacji – organizacji prowadzonej przez artystę i publicystę Piotra Kotlarza. W Gdańskim Towarzystwie Przyjaciół Sztuki przedstawiono plany realizacji multimedialnego musicalu „Walka pokoleń”, przygotowywanego w dużej mierze dzięki narzędziom sztucznej inteligencji. Projekt wpisuje się w nurt współczesnej produkcji muzycznej łączącej tradycyjne formy artystyczne z cyfrową technologią oraz twórczą innowacją.
Czytaj więcej
Pojedynek – historia zapomniana, a dziś niezwykle aktualna. Polski film wojenny, który trzeba zobaczyć
13.02.2026 11:29

Komentarzy: 0
Już 27 lutego 2026 do kin wchodzi poruszający thriller historyczny „Pojedynek”, w którym reżyser Łukasz Palkowski („Bogowie, Najlepszy”) opowiada mało znaną, lecz kluczową część historii Polski po 17 września 1939 roku. Film powstał na podstawie autentycznych wydarzeń – losy polskich oficerów i przedstawicieli elity, uwięzionych przez NKWD, zostają przedstawione jako opowieść o honorze, oporze i psychologicznym starciu całych światów.
Czytaj więcej
