Szukaj
Konto

Ukraińskim elitom nie zależy ani na UE, ani na NATO. Mają zupełnie inny cel

Wołodymyr Zełenski
Źródło: Chat GPT | Autor: Chat GPT | Licencja: Chat GPT | Wołodymyr Zełenski
Oficjalnie Kijów głosi żarliwą chęć przystąpienia do dwóch najważniejszych zachodnich struktur. Czyli NATO i Unii Europejskiej. Ba, w tym drugim przypadku ruszyły już nawet rozmowy akcesyjne.
Co musisz wiedzieć:
  • Ukraina od 2022 r. posiada status państwa kandydującego do UE i prowadzi negocjacje akcesyjne.
  • Członkostwo w NATO pozostaje przedmiotem debat i zależy od decyzji państw Sojuszu oraz sytuacji bezpieczeństwa.
  • Artykuł przedstawia autorską analizę możliwych celów geopolitycznych ukraińskich elit, opartą na interpretacji wydarzeń.

 

Tyle że ukraińskie elity wcale nie chcą stać się częścią euroatlantyckiego świata – z wynikającymi z tego korzyściami dla zwykłych obywateli, ale problemami dla oligarchów i klasy politycznej. To tylko narzędzie polityczne Kijowa, który ma inne ambicje: długofalowo chce wręcz zastąpić Moskwę jako centrum świata wschodniego.

 

Ruski (?) mir

Od czasu upadku Związku Sowieckiego w Rosji popularna jest idea zbudowania „ruskiego mira” w kształcie mocno zawężonym, gdzie wspólnym mianownikiem jest religia, etnosy, podobieństwo językowe, wspólna historia i podobna kultura. Czyli Rosja, Ukraina, Białoruś i może część Kazachstanu. Proponował to choćby Aleksandr Sołżenicyn w schyłkowym, wielkoruskim okresie jego życia. Oczywiście centrum tego mira miałaby być Moskwa. To zresztą jeden z głównych powodów, dla których Władimir Putin już wiele lat temu zaczął proces „nowego zbierania ziem ruskich”. A więc powolna inkorporacja Białorusi, a przede wszystkim dążenie do podporządkowania Rosjanom Ukrainy.

Po interwencji wojskowej w styczniu 2022 roku i usunięciu Nazarbajewa, wydawało się, że Moskwa wzmacnia też swój wpływ w Kazachstanie. Dziś widzimy, że Kazachstan rozluźnia więzi z Rosją. Ale co najważniejsze, nie widać szans na ukorzenie Ukraińców. I to jest największy problem (i też determinacja Putina, by wojnę nadal prowadzić) – bo oto okazuje się, że w ruskim mirze może być tylko jeden gosudar. I okazuje się, że walkę o to miano może długoterminowo wygrać… Ukraina.

 

Kijów poczuł krew

W Kijowie poczuli przysłowiową krew. Wojna zaczyna toczyć się w kierunku korzystnym dla Ukrainy. Nie chodzi o to, że może ona militarnie wygrać – co to, to nie, bo też jest wyczerpana. Liczy raczej w Rosji na „efekt 1917 roku” – kryzys tak poważny, że zagrozi reżimowi. Oznaki już są. Gospodarcze i społeczne. Kryzys paliwowy, pogłębiająca się dziura w budżecie – ktoś powie, że to krótkoterminowe problemy. Tak, ale faktem jest, że Rosja jako "petrostate" skazana jest na porażkę długoterminowo. Do tego staje się energetyczną przystawką Chin. Na to liczy Ukraina. Po zamrożeniu wojny kryzys polityczny u sąsiada, może nowa „wielka smuta”. Do tego coraz większy związek z Chinami – co nie podoba się coraz bardziej silnym nacjonalistycznym, prawosławnym środowiskom rosyjskim. Mówiąc krótko, słabsza Rosja, nie będąca atrakcyjnym potencjalnym centrum dla „słowiańskiego świata”.

Kijów chce to wykorzystać, a widać już, że Zełenski ustawia politykę właśnie nie pod prowadzoną wojnę, a pod porządek powojenny. Wychodząc z konfliktu de facto zwycięsko i dużo mocniej będąc związanym z Zachodem, państwo ukraińskie może zacząć rościć sobie prawa do bycia głównym ośrodkiem „zbierania ziem ruskich”. Mówiąc krótko: w pewnym sensie powrót do czasów, gdy to Kijów, a nie Moskwa, był centrum tego wschodniego świata. Kiedyś ekspansja Mongołów odebrała to miano miastu nad Dnieprem i w efekcie punkt ciężkości przesunął się do Moskwy. Dziś ekspansja Chińczyków (oczywiście, że innego rodzaju) może dokonać odwrotnego przesunięcia.

 

Ukraińskim elitom nie zależy ani na UE, ani na NATO

I tutaj dochodzimy do tezy postawionej w tytule. Otóż wojna z Rosją – niewątpliwie ciężka i wyczerpująca dla Ukraińców – sprawiła, że państwo ukraińskie przybliżyło się w wielu aspektach do Zachodu w stopniu niewidzianym (zachowując historyczne uwarunkowania) od czasów, gdy ziemie nad Dnieprem należały do Rzeczypospolitej (a potem ich część do II RP). Na Ukrainę popłynęły niebywale duże środki finansowe, przy pomocy Zachodu ukraińska armia stała się jedną z najpotężniejszych w Europie. Ażeby jeszcze bardziej związać Zachód ze sobą i jednocześnie zachęcić do dalszej pomocy, Ukraina oficjalnie bardzo aktywnie stara się o członkostwo w NATO i UE. Sęk w tym, że strategia Kijowa sprowadza się do powiedzenia „chodzi o to, żeby gonić króliczka”. Któż bowiem znający wewnętrzne realia ukraińskie wierzy, że kraj ten kiedykolwiek wejdzie do Unii Europejskiej? Któż chciałby mieć Ukrainę w NATO, z całym ryzykiem jej konfliktu zbrojnego z największym wrogiem Sojuszu, czyli Rosją?

Nie, elitom ukraińskim wcale nie zależy na wejściu do UE (o NATO mogą w ogóle zapomnieć biorąc pod uwagę konflikt z Rosją, który będzie trwał jeszcze przez dekady). Skala korupcji na Ukrainie, jej oligarchizacja, sowiecki charakter i choćby specyfika pewnych sektorów gospodarki, od ciężkiego przemysłu po rolnictwo, sprawiają, że nie ma takiej opcji. Kijów nie chce UE, ale chce pokazywać, że mu na niej zależy. Żeby ciągnąć pieniądze i żeby mieć stałe wsparcie polityczne i militarne co najmniej Europy.

 

Po co Zełenskiemu konflikt z Polską?

W tej sytuacji trzeba robić tak, by wina za fiasko unijnego projektu Ukrainy spadła nie na ukraińskie elity, a na kogoś innego. I tak padło na Polskę (wcześniej były to Węgry Orbana).

Ale konflikt z Polską wynika nie tylko z tych kalkulacji. Nie przypadkiem jest coraz bardziej agresywna polityka Zełenskiego – także choćby wobec Białorusi Łukaszenki. To już jest rozpychanie się łokciami przed końcem wojny. To jest też już walka o stanie się centrum ruskiego mira. Ruskiego w sensie nie rosyjskiego (jak to sobie wyobrażają w Moskwie i co jest podobnie przyjmowane na Zachodzie), ale „ruskiego”. W sensie Rusi. Rusi z czasów, gdy jej sercem był Kijów.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 30.06.2026 21:27
Źródło: Tysol.pl