Karol Wagner: Bez jaj

- Masowa fala primaaprilisowych „żartów” tworzonych z pomocą AI miała w tym roku wywołać nie tylko śmiech, ale też realną dezorientację turystów.
- Nagły powrót zimy zderzył się z internetową falą fałszywek, przez co część osób mogła bagatelizować prawdziwe ostrzeżenia i warunki w górach.
- Wielkanoc coraz częściej przenosi się z domów do hoteli, a rodzinne wyjazdy stają się nowym świątecznym standardem.
Są takie momenty w roku, kiedy poważne instytucje, takie z marmurowymi holami, miedzianymi literami na fasadach i godłami w gabinetach, postanawiają spuścić z tonu. Raz w roku próbują być cool i dla ludzi… Niestety, w 2026 roku ten luz przypominał bardziej nietoperza z wiersza Waligórskiego, który w samo zachwycie rozbił sobie pyszczek na niespostrzeżonej przeszkodzie, a nie błysk pirotechniki precyzyjnie i inteligentnie rozszerzający jeden z tuneli podhalańskich jaskiń.
Tradycja primaaprilisowych żartów była kiedyś sztuką. Subtelną, wyrafinowaną, czasem niepokojącą, ale zawsze opartą na ludzkiej pomysłowości. Tymczasem tegoroczna fala „dowcipów” wyglądała jak konkurs na najbardziej żenujące wykorzystanie AI. Zamiast ironii mieliśmy kompromitujące memy. Zamiast lotnej puenty – swąd wymęczonych promptów. W miejsce humanistycznej fantazji pojawił się obrazek generowany na kolanie, z narracją o absurdalnych inwestycjach, nowych technologiach albo rzekomych wydarzeniach, które nie mają prawa istnieć nawet w świecie kreskówek.
Kiedyś było jakoś inaczej.
Kiedyś trzeba było 2 kwietnia prostować materiały z poprzedniego dnia, kiedy „wkręty” były celne i „żywe”. Dziś te instytucje z dumne podbijają swój amatorski know-how. Zero autorefleksji, zero krytycznego spojrzenia. Ton triumfu, jakby właśnie ich social media managerowie dokonali rewolucji w komunikacji, podczas gdy w praktyce pokazali jedynie, że z technologii korzystają jak dzieci, które dopadły nową zabawkę i infantylnie naduszają przycisk „random” i „repeat”.
Tegoroczny 1 kwietnia był jak wystawa żartów AI wykonanych przez kogoś, kto nie tylko nie ma poczucia humoru ale nawet nie ma jaj, żeby próbować je mieć – te poczucie rzecz jasna.
Los ma doskonałe poczucie ironii.
Bo akurat w tym roku primaaprilisowy chaos zbiegł się z zimą na Podhalu. I to taką z prawdziwego zdarzenia. Intensywne, ponad 24-godzinne, niezbyt oczekiwane opady śniegu przed Wielkanocą doprowadziły do chwilowego paraliżu i ponad metrowych zasp. Zakopane w bieli jak w grudniu znacząco obniżyło komfort życia mieszkańców i zdezorientowało turystów zmierzających na święta. Część z nich była przekonana, że to kolejny żarcik, w stylu urzędniczo-medialnym. Czyli realne konsekwencje bezmyślnej i w tym roku masowej produkcji fałszywek na prima aprilis.
Bo oto goście docierają w góry w przekonaniu, że zdjęcia śnieżyc to AI albo kolejny psikus. Przyjeżdżają w lekkich kurtkach, trampkach, bez zimowych ubrań. Zaskoczeni i zmarznięci, z czytelnym poczuciem braku komfortu i oszukania. Jak przyjeżdżają na letnich oponach, to już brak elementarnego bezpieczeństwa. Realne góry to nie apka, gdzie zimę da się wyłączyć suwakiem filtra.
To już nie beztroskie figle
Eksperci ostrzegają, że AI może manipulować opinią publiczną, tworzyć dezinformację, kreować nierealne światy. Mało kto przypuszczał, że namacalne i przyziemne – nomen omen – szkody przyniesie nie polityka, nie deepfake’i, tylko „żarty” instytucji, które nie mają potencjału na inteligentne kawały ani odwagi na polemikę z własną ignorancją.
Po raz kolejny problem nie tkwi w sztucznej inteligencji, lecz w tym, że zastępuje się nią własną inteligencję.
Humor wymaga błysku. Celnej obserwacji. Autoironii. Dystansu. A przede wszystkim odwagi i poświęcenia mu odrobiny czasu. AI może być narzędziem, ale jeśli staje się jedyną treścią, wtedy wszystko okazuje się puste, miałkie i tak samo śmieszne jak plastikowy kurczak z piszczałką w / z tyłu.
Jeśli instytucja nie potrafi wymyślić niczego lepszego niż automatycznie wygenerowany obrazek z fałszywą inwestycją w postaci schodów ruchomych na Rysy, to może lepiej przemilczeć święto żartów? Albo, o zgrozo, spróbować humoru prawdziwego, ludzkiego. Tego, który ma jaja i puentę zmuszającą społeczeństwo do zastanowienia.
Bo inaczej zostaniemy z rzeczywistością, w której sztuczna inteligencja tworzy żarty, ludzie biorą prawdziwy śnieg za fejka, a w Zakopanem turyści z gołymi kostkami wypychają auta z zasp.
A to nie jest już ani śmieszne, ani inteligentne. To jest po prostu bez jaj. W poszukiwaniu, których ciągną coraz większe tłumy z całego kraju.
Bo kiedyś, o dziwo, święta nie były sezonem wyjazdowym. Jeszcze w latach 2017–2019, złotym dla polskiej turystyki okresie wzrostów, próżno było wyciągnąć rodzinę z domu. Wielkanoc była „domowa”, „nasza”, „przy stole”. Babcia piekła babkę, ciotka ozdabiała koszyk, a stryj tarł chrzan. Wyjazd absolutnie nie wchodził w grę. Przecież „święta to tylko w domu”. Hotelarze marzyli o więcej niż dwóch pokoleniach przy świątecznych stołach. Bo tylko 30 - 40-latkom ze swoimi latoroślami udawało się wyrwać ze szponów przywiązania do tradycji.
Dziś mamy czytelną zmianę pokoleniową, która przewróciła obyczaje jak stół, na którym stał żur, do góry nogami. To Z-etki, wychowane w rytmie city breaków i wakacji last minute, komfortu i konsumpcji, przekonały swoich rodziców, że czas spędzony razem jest ważniejszy niż to, gdzie stoi koszyk wielkanocny. A pokolenie Y-ków, które doszło do życiowej stabilności, płynności finansowej i zauważalnej siły nabywczej, a miało już dość świąt w rytmie „pokrój ładnie marchewkę do sałatki jarzynowej”, otworzyło portfele i zarezerwowało noclegi.
I nagle okazało się, że Polaków stać.
Że święta poza domem to nie ekstrawagancja, tylko normalność. Dlatego dziś przy śniadaniu wielkanocnym w hotelowych restauracjach siadają trzy, cztery, a czasem nawet pięciopokoleniowe rodziny. Od oseska po 90-letniego nestora, który po raz pierwszy w życiu je białą kiełbasę w bufecie all inclusive. I nikogo to nie dziwi. To znak czasu.
Całe wielopokoleniowe rodziny, liczące po kilkanaście osób, masowo jadą na Podhale, Mazury czy Bałtyk. Po prostu celebrować. W spokoju z dala od kuchennego stresu. Bo ważniejsze od tego, czy jajko jest w domu, czy w hotelu, jest to, z kim je się dzieli.
Bo dziś czas jest najlepszym prezentem, jaki możemy podarować swoim najbliższym.
Wspólna, beztroska celebracja świąt, przy radykalnym obniżeniu kosztów ich outsourcingu, bez stresu i chaosu własnej organizacji, jest dostępna i akceptowalna społecznie. W miejsce walki z zepsutym prodiżem do pasztetu, między myciem okien a odkurzaniem, w stresie wizytacji teściowej, nachalności szwagra czy eskalującego gwaru dzieciaków na zamkniętej przestrzeni, wybiera się spacer Krupówkami czy po molo, zaangażowaną dyskusję z dawno niewidzianym pradziadkiem czy rower lub narty (jak w tym roku) z juniorem.
Bez jaj? Ależ właśnie z jajami! Z jajami na rzeżusze, podanymi przez kelnera z żonkilem w klapie, ciepełkiem kominka i sernikiem z kawą pod baziami. Czyli niby w bezcennym luksusie, na który coraz więcej Polaków wreszcie może sobie pozwolić. I czasem dla siebie oraz bliskich.
Karol Wagner, ekspert ds. turystyki I hotelarstwa
[Tytuł, lead, sekcje "Co musisz wiedzieć" i śródtytuły od Redakcji]
Wiecie, że na liście 100 najbardziej wpływowych osób AI Magazynu TIME jest dwóch Polaków?

Aleksandra Fedorska: Merkel ogłasza wojnę o algorytmy i media cyfrowe z USA
AI nie jest nieomylna. Eksperci apelują o krytyczne myślenie

Rafał Brzoska chce zainwestować 100 mln euro w polską gigafabrykę AI
AI zamiast sędziów. Jak daleko pójdzie cyfryzacja wymiaru sprawiedliwości?








