Waldemar Żyszkiewicz: Barbarzyńcy w polszczyźnie
04.07.2017 00:31

Komentarzy: 0
Udostępnij:
Zewsząd słychać ubolewanie nad poziomem debaty publicznej, nad rozpadem wspólnoty. Ale ten proces degradacji ciągnął się przez całe pokolenie. I nie byłby możliwy bez naszych nagannych zaniechań, bez przyzwolenia na dzikie swawole barbarzyńców.
Jeśli nawet część aktywności ośrodkowego układu nerwowego (OUN) obywa się bez języka, przebiegając poniżej progu świadomości, to badacze są jednak zgodni, że tzw. myślenie racjonalne i dyskursywne bez udziału języka nie byłoby możliwe. Precyzyjna siatka pojęciowa, subtelne kategorie są niezbędne, żebyśmy mogli zbudować sobie sensowny (czyli odpowiadający temu, co istnieje) obraz świata, żebyśmy byli zdolni do refleksji nad rzeczywistością. I żebyśmy - co równie istotne, jak oczywiste - mogli się naszymi rozpoznaniami czy opiniami podzielić z drugim człowiekiem.
*
Skoro język umożliwia myślenie i warunkuje jakość komunikowania się pomiędzy osobami przynależącymi do określonej wspólnoty (etnicznej, więc także językowej i kulturowej) to troska o tak ważne narzędzie wydawałaby się czymś naturalnym i rozumnym. Tym bardziej że wbrew groźnym do dziś złudzeniom oświeceniowych myślicieli nie istnieje jakiś człowiek w ogóle, są natomiast m.in. Polacy, Węgrzy, Bułgarzy, Anglicy czy Niemcy.
Przypadki językowych mód oraz imperialnych sukcesów - kiedyś łaciny i francuskiego, obecnie angielszczyzny i hiszpańskiego, w przyszłości być może chińskiego - wskazują na nieprzewidywalność, by nie rzec kapryśność, procesów kulturowej czy cywilizacyjnej dominacji. Co powinno raczej zachęcać do przezornej dbałości o jakość własnego języka narodowego, w nim bowiem wyraża się i doskonali człowieczeństwo. I tylko znajomość wyższych rejestrów polszczyzny pozwala Polakom (dzięki staraniom tłumaczy) czerpać satysfakcję z uczestnictwa w kulturze wysokiej innych narodów.
Przywołuję te oczywistości, które u progu lat 90. zeszłego stulecia zostały skutecznie (i chyba celowo) usunięte z pola widzenia ludzi mieszkających pomiędzy Bugiem a Odrą, żeby pokazać, że troska o komunikacyjną czy estetyczną jakość używanego języka powinna wynikać z samego sposobu istnienia człowieka jako istoty społecznej. A tradycyjne wartości patriotyzmu, przywiązania do tradycji oraz wiary ojców, stygmatyzowane w ramach stosowanej wobec Polaków po roku 1989 pedagogiki wstydu, warto kultywować, gdyż dowiodły swej przydatności jako gwarant trwania wspólnoty narodowej.
*
Demontaż myślenia w kategoriach wspólnotowych zaczął się w III RP od absolutyzowania anarchicznej wolności, promocji liberalizmu w różnych jego odmianach, radykalnego obniżenia poziomu edukacji, a także natrętnej popularyzacji wszelkich form irracjonalizmu. Szanowany dotąd rozum, czyli przyzwoite myślenie miało ustąpić pierwszeństwa tzw. inteligencji emocjonalnej. Natomiast słowa, czyli nośniki sensu oddały pole emotikonom, w tym np. infantylnym serduszkom, zastępującym czasownik ‘kochać’.
Działanie poszło wielotorowo: zmieniły się uniwersytety i zmieniła się prasa w kioskach. Wystarczy porównać nazwy przedmiotów w uniwersyteckich programach nauczania oraz okładki i spisy treści starych oraz nowych roczników wydawanych w Polsce czasopism. Media elektroniczne też starały się dotrzymywać kroku "postępowi".
Produkty książkopodobne z ulicznych stołów, które miały zaspokoić głód spowodowany działaniem cenzury i trwającym blisko półwiecze brakiem kontaktu z budzącym ciekawość światem spoza żelaznej kurtyny, stały się pasem transmisyjnym pseudokulturowego śmiecia, przed którym ostrzegał Polaków Czesław Miłosz. Ciekawe, że w tym przypadku aspirujące do rządu dusz lewicowe elity zignorowały przestrogi noblisty. Pornografię, prostytucję i dewiacje nobilitowano. Nawet piosenka chodnikowa epatowała przaśnym erotyzmem, a niekiedy obleśnym seksualizmem. Temu "nadrabianiu zaległości wobec Zachodu" towarzyszyło dość powszechne przyzwolenie na zaśmiecanie, psucie, potem już wręcz niszczenie polszczyzny.
*
Wielowątkowego procesu nie da się przedstawić w krótkim tekście. Sporo istotnych szczegółów uszło też zapewne mojej uwagi, ale u początków udanej barbaryzacji naszego języka legło przekonanie, że normy językowe, a zwłaszcza reguły polszczyzny wysokiej, literackiej można lekceważyć. Unieważnianie norm zaczęto dość zręcznie od ortografii, rzekomo zbyt trudnej i nie do opanowania.
Kompromitujące kiedyś kłopoty z wyborem właściwych liter z opozycji binarnych ch - h, ó - u, rz - ż, zostały teraz niby uczenie uzasadnione i usprawiedliwione. Cała rzesza ofiar dysgrafii, zasilona nieszczęśnikami z dyskalkulią i wzmocniona przez tłum dyslektyków wymachuje dziś stosownymi certyfikatami niczym kiedyś obca szlachta indygenatem.
Ortograficzną nonszalancję wzmocniły nowinki technologiczne: wpuszczono na nasz rynek sprzęt z oprogramowaniem i klawiaturami bez polskiego alfabetu, a operatorzy telefonii komórkowej za esemesy z użyciem właściwych polszczyźnie znaków diakrytycznych nadal biorą wyższe opłaty. Argumentacja, że dostosowanie klawiatur byłoby nieopłacalne, nie wytrzymuje krytyki. Szwecja, kraj o trzy i pół raza mniejszym rynku, potrafiła sobie to zawarować.
*
Zapyta ktoś, czy to takie ważne, żeby pisać z kreseczkami. Może dla osób starszych, dobrze już język znających, pisanie bez polskich znaków jest korzystnym ułatwieniem, ale dla wchodzącego dopiero w życie pokolenia przyszłych użytkowników polszczyzny mejle, esemesy, twitty czy komenty (komentarze) z zapałem wystukiwane na smartfonach lub tabletach, to jest właśnie - jak wskazuje Hanna Dobrowolska, z Solidarnych 2010 - językowy matecznik. A czym skorupka za młodu...
Fakt, że w sieci pisze się szybko i niechlujnie: bez interpunkcji, bez wielkich liter, nieraz bez spacji, bez redagowania tekstu. Bo tak jest wygodnie. Wspomniana wyżej Hanna Dobrowolska, dziennikarka i autorka podręczników dla klas początkowych, mówi o swoistej aortograficznej manierze pisania na elektronicznych gadżetach.
Co ciekawe, rewersem lekceważenia polskiej ortografii wydaje się obserwowana tendencja do hiperpoprawności w zakresie nazwisk i marek anglosaskich. Zaczęło się przed laty od szyldów w rodzaju KODAK Produkty czy hasełek reklamowych typu Kupujcie w IKEA. Zadowolenie oficerów globalizacji w mundurkach od Bossa czy Armaniego, być może czymś tam okupione, okazało się ważniejsze niż przepisy wynikające z ustawy o języku polskim.
Dziś skutkuje to kamerdynerską postawą młodych i mało wprawnych użytkowników polszczyzny, którzy z pietyzmem chroniąc kształt anglosaskiego mianownika polski dopełniacz nawet dobrze znanych nazwisk zapisują: John’a Lennon’a, Kevin’a Spacey’a, Francis’a Bacon’a. Śmieszne? Owszem, ale to trochę śmiech przez łzy.
*
Psucie polszczyzny w III RP zaczęło się od zaburzeń frekwencji oraz frazeologizmów. O ile u progu lat 90. nerwowe panienki (prototyp późniejszych lemingów) mówiły o wszystkim, że jest "tak jakby", co w tamtej epoce zamazywania sensów mogło być nawet traktowane jako mimowolne wygadanie się w czym rzecz, o tyle po upływie ćwierćwiecza analogiczna społecznie grupa nadużywa frazy "tak naprawdę". Jednak sztandarowym przykładem zaburzeń ówczesnej polszczyzny było wyrażenie "w tym kraju". Świetnie ilustrowało nie tylko dystans do Polski odczuwany przez osoby, które tak mówiły, ale i wskazywało na ich zdecydowanie negatywną ocenę naszej ojczyzny.
W tym kraju nie da się żyć. Za pieniądze wszystko załatwisz w tym kraju. Dwa sztandarowe przykłady użycia frazy manifestującej pełne zbrzydzenie Polską. Po latach trochę się odwróciło. Teraz młodzi, noszący koszulki firmy Redisbad, podśmiewają się z lemingów żyjących w "tenkraju"...
Polszczyzna się od tego nie poprawi. Lektorzy z agresywnych reklam radiowych nadal skutecznie niszczą prozodię polskiej mowy. Zamiast myślenia króluje przerzucanie się konceptami, często obscenicznymi, wulgarnymi, prowokującymi rechot. Młode dziewczyny w miejscach publicznych klną, nie myśląc przy tym wcale, że używają języka współczesnych parlamentarzystów RP.
Pytany, jak doszło do modelowego wręcz pognębienia polszczyzny, odrzekłbym, że proces był wieloczynnikowy. Np. współczesne dzidzie uroczo sepleniące: dz’jenkuję, dz’jen dobry, dz’jewjęc - fachowo to się nazywa semipalatalizacja - są zasługą Joanny Bukowskiej, niezłej reporterki telewizyjnej z lekką wadą wymowy. Sama Bukowska jest OK, okazała się skuteczną trend-setterką. Winę ponosi ten, kto ją wpuścił na wizję.
Za językową polucję, wulgaryzmy, bluzgi odpowiadają autorzy i wydawcy tzw. literatury rozporkowej. Zasługi w tym zakresie położył też czerwonowłosy kiczmen, który na scenie amfiteatru w Opolu użył wyzywającego wulgaryzmu. Niestety, brygada sceny nie zareagowała wtedy, jak należy. I tama puściła.
Waldemar Żyszkiewicz
[pierwodruk w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, nr 143/2017]
*
Skoro język umożliwia myślenie i warunkuje jakość komunikowania się pomiędzy osobami przynależącymi do określonej wspólnoty (etnicznej, więc także językowej i kulturowej) to troska o tak ważne narzędzie wydawałaby się czymś naturalnym i rozumnym. Tym bardziej że wbrew groźnym do dziś złudzeniom oświeceniowych myślicieli nie istnieje jakiś człowiek w ogóle, są natomiast m.in. Polacy, Węgrzy, Bułgarzy, Anglicy czy Niemcy.
Przypadki językowych mód oraz imperialnych sukcesów - kiedyś łaciny i francuskiego, obecnie angielszczyzny i hiszpańskiego, w przyszłości być może chińskiego - wskazują na nieprzewidywalność, by nie rzec kapryśność, procesów kulturowej czy cywilizacyjnej dominacji. Co powinno raczej zachęcać do przezornej dbałości o jakość własnego języka narodowego, w nim bowiem wyraża się i doskonali człowieczeństwo. I tylko znajomość wyższych rejestrów polszczyzny pozwala Polakom (dzięki staraniom tłumaczy) czerpać satysfakcję z uczestnictwa w kulturze wysokiej innych narodów.
Przywołuję te oczywistości, które u progu lat 90. zeszłego stulecia zostały skutecznie (i chyba celowo) usunięte z pola widzenia ludzi mieszkających pomiędzy Bugiem a Odrą, żeby pokazać, że troska o komunikacyjną czy estetyczną jakość używanego języka powinna wynikać z samego sposobu istnienia człowieka jako istoty społecznej. A tradycyjne wartości patriotyzmu, przywiązania do tradycji oraz wiary ojców, stygmatyzowane w ramach stosowanej wobec Polaków po roku 1989 pedagogiki wstydu, warto kultywować, gdyż dowiodły swej przydatności jako gwarant trwania wspólnoty narodowej.
*
Demontaż myślenia w kategoriach wspólnotowych zaczął się w III RP od absolutyzowania anarchicznej wolności, promocji liberalizmu w różnych jego odmianach, radykalnego obniżenia poziomu edukacji, a także natrętnej popularyzacji wszelkich form irracjonalizmu. Szanowany dotąd rozum, czyli przyzwoite myślenie miało ustąpić pierwszeństwa tzw. inteligencji emocjonalnej. Natomiast słowa, czyli nośniki sensu oddały pole emotikonom, w tym np. infantylnym serduszkom, zastępującym czasownik ‘kochać’.
Działanie poszło wielotorowo: zmieniły się uniwersytety i zmieniła się prasa w kioskach. Wystarczy porównać nazwy przedmiotów w uniwersyteckich programach nauczania oraz okładki i spisy treści starych oraz nowych roczników wydawanych w Polsce czasopism. Media elektroniczne też starały się dotrzymywać kroku "postępowi".
Produkty książkopodobne z ulicznych stołów, które miały zaspokoić głód spowodowany działaniem cenzury i trwającym blisko półwiecze brakiem kontaktu z budzącym ciekawość światem spoza żelaznej kurtyny, stały się pasem transmisyjnym pseudokulturowego śmiecia, przed którym ostrzegał Polaków Czesław Miłosz. Ciekawe, że w tym przypadku aspirujące do rządu dusz lewicowe elity zignorowały przestrogi noblisty. Pornografię, prostytucję i dewiacje nobilitowano. Nawet piosenka chodnikowa epatowała przaśnym erotyzmem, a niekiedy obleśnym seksualizmem. Temu "nadrabianiu zaległości wobec Zachodu" towarzyszyło dość powszechne przyzwolenie na zaśmiecanie, psucie, potem już wręcz niszczenie polszczyzny.
*
Wielowątkowego procesu nie da się przedstawić w krótkim tekście. Sporo istotnych szczegółów uszło też zapewne mojej uwagi, ale u początków udanej barbaryzacji naszego języka legło przekonanie, że normy językowe, a zwłaszcza reguły polszczyzny wysokiej, literackiej można lekceważyć. Unieważnianie norm zaczęto dość zręcznie od ortografii, rzekomo zbyt trudnej i nie do opanowania.
Kompromitujące kiedyś kłopoty z wyborem właściwych liter z opozycji binarnych ch - h, ó - u, rz - ż, zostały teraz niby uczenie uzasadnione i usprawiedliwione. Cała rzesza ofiar dysgrafii, zasilona nieszczęśnikami z dyskalkulią i wzmocniona przez tłum dyslektyków wymachuje dziś stosownymi certyfikatami niczym kiedyś obca szlachta indygenatem.
Ortograficzną nonszalancję wzmocniły nowinki technologiczne: wpuszczono na nasz rynek sprzęt z oprogramowaniem i klawiaturami bez polskiego alfabetu, a operatorzy telefonii komórkowej za esemesy z użyciem właściwych polszczyźnie znaków diakrytycznych nadal biorą wyższe opłaty. Argumentacja, że dostosowanie klawiatur byłoby nieopłacalne, nie wytrzymuje krytyki. Szwecja, kraj o trzy i pół raza mniejszym rynku, potrafiła sobie to zawarować.
*
Zapyta ktoś, czy to takie ważne, żeby pisać z kreseczkami. Może dla osób starszych, dobrze już język znających, pisanie bez polskich znaków jest korzystnym ułatwieniem, ale dla wchodzącego dopiero w życie pokolenia przyszłych użytkowników polszczyzny mejle, esemesy, twitty czy komenty (komentarze) z zapałem wystukiwane na smartfonach lub tabletach, to jest właśnie - jak wskazuje Hanna Dobrowolska, z Solidarnych 2010 - językowy matecznik. A czym skorupka za młodu...
Fakt, że w sieci pisze się szybko i niechlujnie: bez interpunkcji, bez wielkich liter, nieraz bez spacji, bez redagowania tekstu. Bo tak jest wygodnie. Wspomniana wyżej Hanna Dobrowolska, dziennikarka i autorka podręczników dla klas początkowych, mówi o swoistej aortograficznej manierze pisania na elektronicznych gadżetach.
Co ciekawe, rewersem lekceważenia polskiej ortografii wydaje się obserwowana tendencja do hiperpoprawności w zakresie nazwisk i marek anglosaskich. Zaczęło się przed laty od szyldów w rodzaju KODAK Produkty czy hasełek reklamowych typu Kupujcie w IKEA. Zadowolenie oficerów globalizacji w mundurkach od Bossa czy Armaniego, być może czymś tam okupione, okazało się ważniejsze niż przepisy wynikające z ustawy o języku polskim.
Dziś skutkuje to kamerdynerską postawą młodych i mało wprawnych użytkowników polszczyzny, którzy z pietyzmem chroniąc kształt anglosaskiego mianownika polski dopełniacz nawet dobrze znanych nazwisk zapisują: John’a Lennon’a, Kevin’a Spacey’a, Francis’a Bacon’a. Śmieszne? Owszem, ale to trochę śmiech przez łzy.
*
Psucie polszczyzny w III RP zaczęło się od zaburzeń frekwencji oraz frazeologizmów. O ile u progu lat 90. nerwowe panienki (prototyp późniejszych lemingów) mówiły o wszystkim, że jest "tak jakby", co w tamtej epoce zamazywania sensów mogło być nawet traktowane jako mimowolne wygadanie się w czym rzecz, o tyle po upływie ćwierćwiecza analogiczna społecznie grupa nadużywa frazy "tak naprawdę". Jednak sztandarowym przykładem zaburzeń ówczesnej polszczyzny było wyrażenie "w tym kraju". Świetnie ilustrowało nie tylko dystans do Polski odczuwany przez osoby, które tak mówiły, ale i wskazywało na ich zdecydowanie negatywną ocenę naszej ojczyzny.
W tym kraju nie da się żyć. Za pieniądze wszystko załatwisz w tym kraju. Dwa sztandarowe przykłady użycia frazy manifestującej pełne zbrzydzenie Polską. Po latach trochę się odwróciło. Teraz młodzi, noszący koszulki firmy Redisbad, podśmiewają się z lemingów żyjących w "tenkraju"...
Polszczyzna się od tego nie poprawi. Lektorzy z agresywnych reklam radiowych nadal skutecznie niszczą prozodię polskiej mowy. Zamiast myślenia króluje przerzucanie się konceptami, często obscenicznymi, wulgarnymi, prowokującymi rechot. Młode dziewczyny w miejscach publicznych klną, nie myśląc przy tym wcale, że używają języka współczesnych parlamentarzystów RP.
Pytany, jak doszło do modelowego wręcz pognębienia polszczyzny, odrzekłbym, że proces był wieloczynnikowy. Np. współczesne dzidzie uroczo sepleniące: dz’jenkuję, dz’jen dobry, dz’jewjęc - fachowo to się nazywa semipalatalizacja - są zasługą Joanny Bukowskiej, niezłej reporterki telewizyjnej z lekką wadą wymowy. Sama Bukowska jest OK, okazała się skuteczną trend-setterką. Winę ponosi ten, kto ją wpuścił na wizję.
Za językową polucję, wulgaryzmy, bluzgi odpowiadają autorzy i wydawcy tzw. literatury rozporkowej. Zasługi w tym zakresie położył też czerwonowłosy kiczmen, który na scenie amfiteatru w Opolu użył wyzywającego wulgaryzmu. Niestety, brygada sceny nie zareagowała wtedy, jak należy. I tama puściła.
Waldemar Żyszkiewicz
[pierwodruk w Obywatelskiej. Gazecie Kornela Morawieckiego, nr 143/2017]

Treść redakcyjna
Komentarzy: 0
Tagi
Data publikacji: 04.07.2017 00:31
Jest nowe nagranie z awantury "Babci Kasi". Liczne wulgaryzmy i agresja kandydatki na "Warszawiankę Roku"
11.10.2021 12:44

Komentarzy: 0
W niedziele w wielu polskich miastach odbyły się prounijne manifestacje zorganizowane z inicjatywy Donalda Tuska. Część opozycji twierdzi, że czwartkowy wyrok Trybunału Konstytucyjnego w sprawie wyższości polskiej konstytucji nad prawem unijnym to kolejny krok w drodze do Polexitu. Podczas manifestacji doszło do incydentu, w którym udział wzięła aktywistka tzw. Babcia Kasia.
Czytaj więcej
"'Wyp...ać!' nie zawsze musi być słowem nieprzyzwoitym". Sąd w Gryficach uniewinnił manifestantów Strajku Kobiet
13.07.2021 12:47

Komentarzy: 0
Jak donosi szczeciński oddział "Gazety Wyborczej", dwójka manifestantów, którzy podczas pro-aborcyjnych Strajków Kobiet nieśli transparent o wulgarnej treści, uniknie konsekwencji. Taką decyzję podjął sąd w Gryficach.
Czytaj więcej
[sondaż] Elektorat ZP i KO - ogromna rozbieżność w akceptacji dla wulgaryzmów w przestrzeni publicznej
15.11.2020 10:15

Komentarzy: 0
Sondaż sporządzony przez pracownię Social Changes na zamówienie portalu wPolityce.pl dotyczył akceptowalności dla wulgaryzmów w przestrzeni publicznej. Respondentom zadano pytanie: "Czy popiera Pani/Pan używanie wulgaryzmów jako haseł w trakcie manifestacji i protestów w Polsce?".
Czytaj więcej
„Wy...chowywać!” RPD apeluje do rodziców, którzy protestują
30.10.2020 12:09
Dziecko o J. Kaczyńskim zachęcane przez opiekuna: „Ch*j”. Ostra reakcja Rzecznika Praw Dziecka
16.10.2019 16:15

Komentarzy: 0
Do sieci trafił wstrząsający film, na którym opiekun małego chłopca, pokazując na przemawiającego w telewizji Jarosława Kaczyńskiego, pyta malca, kim on jest. "Ch*j" - odpowiada dziecko. "No właśnie, to jest stary ch*j" - dopowiada opiekun. Skandaliczny sposób wychowania autora filmu został bardzo ostro skrytykowany przez internautów; okazuje się, że to jednak nie koniec konsekwencji dla "wychowawcy". Sprawa dotarła bowiem do Rzecznika Praw Dziecka, który zapowiedział wystąpienie do sądu z wnioskiem o wgląd w sytuację wychowawczą dziecka.
Czytaj więcej
