Zapytałem Anonimowego Niemca czy Niemcy gardzą Donaldem Tuskiem

- Anonimowy rozmówca twierdzi, że w Niemczech Donald Tusk jest postrzegany przede wszystkim jako polityk przewidywalny i „kompatybilny” z unijnymi instytucjami, a nie jako postać budząca szczególne emocje.
- W rozmowie dominują rozważania o polskich elitach, relacjach Polski z Zachodem oraz wpływie zagranicznych ośrodków na debatę publiczną, a nie wyłącznie ocena samego Donalda Tuska.
- Zdaniem rozmówcy największym problemem nie są działania Niemiec, lecz słabość polskich mechanizmów budowania własnego prestiżu, elit i niezależnej podmiotowości państwowej.
Czy Niemcy gardzą Tuskiem?
Cezary Krysztopa: Fascynuje mnie jedna, dość polityczna, sprawa. W Polsce mówi się czasem o Tusku, że "chciałby być Niemcem, a Niemcy nim gardzą". W sumie nigdy żadnego Niemca o to nie pytałem. Więc, jak w gruncie rzeczy ,Tusk jest postrzegany w Niemczech? Jako sojusznik, pożyteczny idiota? Czy jeszcze inaczej?
Anonimowy Niemiec: Panie Cezary, zadam to pytanie po swojemu z pozycji „człowieka z Niemiec”, a nie obserwatora z zewnątrz bo mam wrażenie że my często rozmawiamy o tych samych zjawiskach tylko używamy zupełnie innych kategorii i potem dziwimy się że odpowiedzi są rozbieżne.
W Polsce nazwisko Donald Tusk wywołuje reakcję natychmiastową emocjonalną często bardzo ostrą to nazwisko coś znaczy coś reprezentuje coś budzi jest nośnikiem konfliktu. U nas nie. I nie dlatego że ktoś go szczególnie ceni, albo szczególnie nie lubi, tylko dlatego, że dla większości społeczeństwa to nazwisko w ogóle nie jest centralne - ono funkcjonuje gdzieś na obrzeżach świadomości w przestrzeni ludzi zainteresowanych polityką europejską, mediów, administracji. Przeciętny Niemiec - jeśli już kojarzy Tuska - to raczej jako tego od Europy z Brukseli niż jako postać pierwszoplanową
A jeśli już go kojarzy to nie w kategoriach które dominują w polskiej debacie. Nie ma tu pytania - „kim on jest, czyj jest komu służy”. Jest inne pytanie, czy działa w ramach systemu który rozumiemy. I tutaj dochodzimy do sedna. Donald Tusk jest postrzegany jako polityk przewidywalny, instytucjonalny, osadzony w logice Unii. Jego rola w Radzie Europejskiej była dowodem, że potrafi funkcjonować w strukturze, a nie poza nią, że rozumie język kompromisu, że nie generuje chaosu i „nie wywraca stołu”.
Narracja kontra system
To nie jest pochwała. To jest klasyfikacja. Polska narracja lubi operować kategoriami ostrymi: sojusznik, zdrajca, pożyteczny idiota i tym podobne. Problem w tym, że żadna z tych kategorii nie pasuje do niemieckiego sposobu myślenia o polityce. One zakładają emocjonalny stosunek do jednostki. A niemiecki system polityczny jest zbudowany tak, żeby ten stosunek minimalizować.
Najbliższe słowo jakie przychodzi mi do głowy jest inne - kompatybilny. To brzmi technicznie i bardzo dobrze, bo dokładnie tak to działa, jeśli polityk jest kompatybilny z systemem, to znaczy, że rozumie reguły, nie wprowadza nieprzewidywalności, operuje w ramach uzgodnionej architektury. I to w zupełności wystarcza. Nie potrzeba sympatii, nie potrzeba emocji, nie potrzeba nawet głębszego zainteresowania. Bo u nas polityka nie jest teatrem postaci. Jest zarządzaniem strukturą, bez kultu jednostki.
„Dem deutschen Volke”
Dotknął Pan czegoś jeszcze ważniejszego - tej różnicy cywilizacyjnej która sprawia, że Polak szuka twarzy, a Niemiec mechanizmu i to nie jest kwestia przypadku tylko historii, która nauczyła nas nie ufać nadmiernie jednostce. „Dem deutschen Volke” - czyli narodowi niemieckiemu. Napis wyryty na wielu budynkach publicznych. Nie politykom nie partiom nie jednostkom. Narodowi. To zdanie nie jest ozdobą, to jest fundament. Ono mówi jasno - państwo nie należy do tych którzy nim zarządzają, oni są tylko tymczasowymi wykonawcami. Dlatego Helmut Kohl, Angela Merkel, czy nawet Gerhard Schröder nie funkcjonują jako żywe symbole, wokół których buduje się niekończące się narracje. Ich czas mija, system trwa.
I w tym sensie Donald Tusk nie jest tu ani kimś, kto chciałby być Niemcem, ani kimś kim Niemcy gardzą. On jest jednym z wielu aktorów, którzy dopóki działają zgodnie z regułami, pozostają częścią układu. A kiedy przestają, są zastępowani. Bez dramatyzmu, bez emocjonalnych rozliczeń, bez potrzeby budowania wokół nich opowieści większych niż ich funkcja. I to jest chyba najtrudniejsze do przyjęcia z polskiej perspektywy. Że można istnieć w polityce, nie będąc, ani bohaterem ani wrogiem - tylko elementem systemu.
Personalia zamiast procedur
Panie Cezary, a pozwoli Pan, że ja zadam Panu pytanie: nie o osobę, lecz o mechanizm, bo mam wrażenie, że w Polsce diagnoza bardzo często zatrzymuje się na poziomie nazwisk, a nie sięga do poziomu struktury. Według jakiego klucza emocjonalnego są w Polsce kreowane określenia i zarzuty wobec polityków, skoro w istocie opisują one zjawisko, które nie jest wyjątkowe ani lokalne? Bo przecież strefy wpływów istnieją w każdym państwie – są naturalnym elementem gry politycznej i międzynarodowej. Nie stanowią same w sobie patologii. Problemem nie jest ich istnienie.
Problemem wydaje się brak wewnętrznej zapory instytucjonalnej, która ograniczałaby ich wpływ na decyzje państwowe i stabilność systemu. I tu pojawia się pytanie: czy w polskim doświadczeniu historycznym, sięgającym choćby czasów wolnej elekcji, nie ukształtował się model, w którym zamiast wzmacniać instytucje, koncentrowano się na piętnowaniu osób? Czyli zamiast neutralizować mechanizmy, które umożliwiały i umożliwiają powstawanie zależności, konstruuje się język emocjonalny, który stygmatyzuje jednostki jako „służące innym”. Co jest - o tyle paradoksalne - że taka narracja jednocześnie polaryzuje scenę polityczną i wzmacnia dokładnie te warunki, które umożliwiają powstawanie wpływów. Czyli zamiast zamykać system, nie otwiera go jeszcze bardziej?
Czy Polska nie operuje nadal w logice personalizacji odpowiedzialności, podczas gdy odporność państwa buduje się poprzez bezosobowe mechanizmy kontroli, równowagi i procedur? I czy w tej perspektywie język oskarżeń wobec jednostek nie pełni funkcji zastępczej, przykrywając fakt, że realna walka powinna toczyć się nie o to, kto służy, ale o to, dlaczego system na to pozwala?
"Śmietanka płaszczyła się przed Niemcami"
Oczywiście, że tak jest. Trudno powiedzieć, czy wynika to z "romantycznej" natury Polaków, czy raczej z wielokrotnego wymordowywania polskich elit. Ale tak jest. Również osiem lat rządów PiS to zmiany głównie w logice personalnej, nie instytucjonalnej, czy proceduralnej.
To co Pan mówi, przypomina mi własne doświadczenia. Byłem kiedyś na takim zjeździe niemieckich i polskich ludzi mediów w Schwerinie. Trochę jako "baba z brodą", byłem wtedy blogerem Salonu24, co dla Niemców, którzy blogosfery politycznej nie mieli rozwiniętej, było dziwne. I Niemcy rozmawiali ze mną bardzo merytorycznie, a atakowali mnie obecni tam Polacy. Taka "śmietanka", która jednocześnie płaszczyła się przed Niemcami w sposób absolutnie obrzydliwy. Można było odnieść wrażenie, że nie była to odpowiedź na oczekiwanie Niemców, tylko potrzeba tych Polaków.
Panie Cezary, to, co Pan nazywa „śmietanką”, jest w istocie skrótem do pewnego typu formacji - ludzi, których biografie i socjalizacja przypadły na okres przejścia z systemu komunistycznego do porządku posttransformacyjnego i którzy wynieśli z tego przejścia specyficzny zestaw odruchów. Stąd bierze się obraz, który Pan opisał: silna wrażliwość na ocenę zewnętrzną, skłonność do hierarchizowania rozmówców oraz przenoszenie sporów na poziom personalny zamiast instytucjonalnego.
I w tym sensie kluczowe pytanie nie brzmi wyłącznie „skąd się bierze ten odruch”, lecz raczej: co w samym systemie sprawia, że on nadal pozostaje racjonalną strategią działania? Bo dopóki system premiuje relacje ponad reguły, a pozycję ponad procedurę, dopóty nawet najbardziej krytykowane postawy będą się odtwarzać - nie jako patologia, lecz jako adaptacja.
Wstyd peryferyjności
Ale oni nie byli tak wrażliwi na Włochów, czy Hiszpanów, jak na Niemców właśnie.
Być może jednym z cichych motorów tego mechanizmu jest coś, co można nazwać wstydem peryferyjności - niekoniecznie realnym, lecz uwewnętrznionym. Wstydem, w który się uwierzyło, zanim zdążyło się go sprawdzić. To on sprawia, że pojawia się odruch porównywania i przykładania miary „z zewnątrz”. Wszystko, co „zachodnie”, zaczyna funkcjonować jako punkt odniesienia nie dlatego, że zostało rozpoznane i ocenione, lecz dlatego, że zostało uznane za domyślnie wyższe. I wtedy nie mamy już do czynienia z wyborem. Mamy do czynienia z odruchem. Odruchem, który każe najpierw uznać wyższość, a dopiero potem - ewentualnie - ją zrozumieć. To subtelna, ale zasadnicza różnica.
W pierwszym przypadku zachodzi proces adaptacji - świadomego przyjmowania tego, co działa. W drugim - proces upodobniania się, który nie wymaga zrozumienia, lecz jedynie dostrojenia. I tu wracamy do tej samej figury, o której mówiliśmy wcześniej. Człowiek nie tyle wybiera wzorzec, ile go potrzebuje, aby uciszyć wewnętrzną niepewność. Dlatego tak łatwo przychodzi mu mówić językiem „zachodnim”, a jednocześnie tak trudno budować własne, stabilne kryteria oceny. Bo własne kryteria wymagają jednego - przekonania, że ma się do nich prawo. A właśnie to przekonanie bywa pierwszą ofiarą wspomnianego wstydu. I wtedy wszystko, co z zewnątrz, staje się nie tylko inspiracją. Staje się miarą. A to już nie jest dialog. To jest zależność ubrana w język pseudo-nowoczesności.
Czy Niemcy wychowały sobie polskie elity?
To na poziomie emocjonalno-mentalnym. Ale w Polsce dość silnie ugruntowane jest przekonanie, że Niemcy sobie "elity" w Polsce w jakimś sensie wychowały i nadal wychowują. Choćby pieniędzmi niemieckich fundacji.
Panie Cezary, tu bym jednak zastanowił i rozłożył ten temat, nie - że jest „zakazany”, tylko dlatego, że w tej formie łatwo wpaść w skrót myślowy, który brzmi efektownie, ale słabo opisuje rzeczywistość. Bo zdanie „Niemcy wychowują polskie elity” sugeruje relację niemal paternalistyczną – jakby istniał jeden ośrodek sprawczy i jedna zależna grupa. A rzeczywistość jest znacznie bardziej banalna… i przez to trudniejsza do uchwycenia. Jeśli spojrzymy na konkret, to mamy instytucje takie jak „Stiftung”. One rzeczywiście działają w Polsce od lat 90., finansują programy, szkolenia, konferencje, wymiany. Ale robią dokładnie to samo w dziesiątkach krajów – od Hiszpanii po Ukrainę. To nie jest mechanizm „wychowywania elit” w sensie kolonialnym. To jest mechanizm eksportu własnej kultury politycznej i budowania sieci kontaktów.
I teraz kluczowa rzecz: to działa tylko wtedy, gdy po drugiej stronie jest na to popyt. To, co Pan opisał w Schwerinie – ta nadgorliwość, to „płaszczenie się” – nie jest efektem niemieckiego oczekiwania. To jest efekt wewnętrznej potrzeby części polskich elit, żeby uzyskać zewnętrzną legitymizację. Innymi słowy: Niemcy nie muszą nikogo „wychowywać”, jeśli ktoś sam chce być uznany.
Zależność wykorzystana
I tu dochodzimy do sedna, które Pan intuicyjnie wyczuł. Problem nie leży w tym, że istnieją zagraniczne fundacje czy wpływy – bo one istnieją wszędzie. Problem leży w tym, że polski system przez długi czas premiował uznanie zewnętrzne jako walutę wewnętrzną. Czyli: ktoś zdobywa kontakty, granty, wsparcie za granicą i wraca z tym jako dowodem swojej „ważności” w kraju. To się ładnie nazywa w biznesie - lobbing. To nie jest zależność narzucona. To jest zależność wykorzystana. Dlatego ja bym to nazwał inaczej – nie „wychowywanie elit”, tylko asymetria w produkcji prestiżu.
Niemiecki system nie potrzebuje potwierdzenia z Polski, żeby uznać siebie za ważny. Polski system – historycznie – często tego potwierdzenia szukał i nadal szuka. I to tworzy bardzo specyficzną dynamikę: nie dominacji, tylko przyciągania. A jeśli już mówimy brutalnie szczerze – to najtwardsza odpowiedź brzmi tak: gdyby polskie instytucje były równie silne w generowaniu własnego prestiżu, żadna fundacja – niemiecka, amerykańska czy jakakolwiek inna – nie miałaby realnego wpływu poza rolą dodatku.
Dlatego pytanie nie powinno brzmieć: „czy Niemcy wychowują elity?” Tylko raczej: dlaczego część elit uznaje, że warto się w ten sposób pozycjonować – i co w systemie sprawia, że to się opłaca? Bo dopóki odpowiedź brzmi „bo to działa”, dopóty mechanizm będzie się odtwarzał – niezależnie od tego, czy mówimy o Berlinie, Brukseli czy Waszyngtonie.
"Ludzie translacyjni"
Spróbujmy więc to ułożyć w jedną, spójną linię. Temat jest rzeczywiście stary jak świat. Już w starożytności imperia rozumiały, że najtrwalszym sposobem wpływu nie jest przymus, tylko kształtowanie ludzi, którzy potrafią łączyć dwa porządki. Rzym nie tylko podbijał - on wciągał lokalne elity w swój system: uczył ich języka, prawa, sposobu myślenia. Po powrocie byli „stąd”, ale działali „tamtym kodem”. W nowoczesnej wersji ten mechanizm wygląda łagodniej, ale logika pozostaje podobna.
Weźmy przykład biznesowy - centra R&D np. w Indiach. Na początku lat 80. firmy próbowały prostego modelu: wysłać swoich menedżerów z centrali. To często nie działało, bo brakowało zrozumienia lokalnego kontekstu. Dopiero zmiana podejścia - kształcenie ludzi lokalnych w centrum, a potem ich powrót - dawała efekt. Pojawiał się człowiek, który rozumie standardy „headquarters”, zna mentalność lokalną i potrafi to zszyć bez tarcia.
I teraz proszę spojrzeć na końcówkę PRL. Wyjazdy na Zachód - naukowe, eksperckie, w tym przez programy takie jak Fulbright Program - były możliwe tylko dla wąskiej grupy. Nie był to dostęp otwarty. Przechodziło się przez filtr instytucjonalny i polityczny. W praktyce oznaczało to, że dopuszczano tych, którzy byli kompetentni, ale też przewidywalni z punktu widzenia systemu - często powiązani z PZPR, lub przynajmniej nie stojący z nią w konflikcie. Efekt? Powstała niewielka grupa ludzi, którzy mieli coś rzadkiego: kontakt z Zachodem i jednocześnie osadzenie w strukturach państwa.
"Najbardziej operacyjni"
Kiedy przyszedł moment przesilenia i negocjacje przy Okrągłym Stole, oraz późniejsza transformacja - to właśnie oni okazali się najbardziej „operacyjni”. Transformacja lat 90. właśnie to uwidoczniła. I tu pojawia się wrażenie, które Pan trafnie uchwycił. Z perspektywy społecznej wygląda to tak: „nasi” wracają z Zachodu, obejmują kluczowe role, wprowadzają rozwiązania zgodne z logiką zewnętrzną.
I rodzi się pytanie: czy oni są jeszcze „stąd”, czy już „stamtąd”? Ale jeśli spojrzeć na to chłodno, mechanicznie, to nie jest ani zdrada, ani prosty import. To jest powstanie warstwy pośredniej - ludzi translacyjnych. I ten mechanizm nie kończy się na 1989 roku. Po wejściu do Unii Europejskiej on się tylko sformalizował. Nadal premiowani są ci, którzy „rozumieją centrum” (lub udają że rozumieją) i jednocześnie jakoś funkcjonują lokalnie w polityce.
Kiedy państwo nie ma mechanizmów filtrujących
Dlatego można to podsumować tak: nie chodzi o to, że ktoś „wychowuje elity”, tylko o to, że silne systemy ekspansywne - każde, niezależnie od epoki - potrzebują ludzi, którzy łączą peryferie z centrum i transferują wizje polityczne i ideologię. A że z punktu widzenia społeczeństwa tacy ludzie bywają postrzegani jako „obcy we własnym kraju” - to już, i słusznie, rozdźwięk między ich tożsamością i funkcją, a kodem cywilizacyjnym Narodu, w którym mają mandat polityczny.
Reasumując, problemem nie jest sam napływ wpływów ani „eksport polityczny” – to stała cecha świata. Problem zaczyna się wtedy, gdy państwo nie ma własnych mechanizmów filtrujących i amortyzujących te wpływy. Bo jeśli ich nie ma, to nie dochodzi do dialogu ani selekcji – dochodzi do przenikania bez kontroli. Można to powiedzieć brutalnie wprost: jeżeli państwo nie ma własnych zapór instytucjonalnych, to cudze interesy nie muszą go nawet naciskać – wystarczy, że przez nie przechodzą.
Polacy aspirujący
Ależ Panie [...], niemieckie fundacje finansują w Polsce całe projekty polityczne, takie jak Campus Polska, a jakiś czas temu publikowaliśmy w Tygodniku Solidarność artykuł Moniki Małkowskiej o tym, że przy pomocy rożnego rodzaju stypendiów, nadają również kierunek polskiej kulturze i sztuce.
Żeby może zrozumieć casus zjawisk podobnych w sensie wpływu - bo finansowanie to wpływ - wróćmy na chwilę do transformacji ustrojowej, końca lat 80. Gdy o niej mówimy, to zbyt łatwo sprowadzamy ją do rachunku ekonomicznego, do wykresów inflacji, do tabel prywatyzacyjnych, do nazwisk i decyzji zapisanych w ustawach. A przecież to, co wydarzyło się po 1989 roku, było w równym stopniu operacją na wyobraźni zbiorowej, jak i na strukturze państwa. Było przesunięciem nie tylko instytucji, lecz także punktu odniesienia, według którego społeczeństwo zaczęło oceniać samo siebie.
Na początku nie było żadnej subtelnej manipulacji. Był fakt. Twardy, widoczny, niemal namacalny kontrast między światem niedoboru a światem nadmiaru, między systemem zamkniętym a systemem otwartym. Polska końca PRL-u nie potrzebowała propagandy, by wydawać się „opóźniona” – wystarczyło porównanie.
Problem zaczął się dopiero wtedy, gdy ten kontrast przestał być wyłącznie opisem rzeczywistości, a stał się ramą interpretacyjną obejmującą wszystko.
Bo oto różnica technologiczna została bardzo płynnie rozszerzona na różnicę kulturową, a następnie na różnicę cywilizacyjną. Brak dostępu do dóbr zaczął znaczyć coś więcej niż tylko brak dóbr. Stał się znakiem niedojrzałości. Szarość przestrzeni miejskiej zaczęła znaczyć więcej niż efekt ubóstwa materiałowego – zaczęła być odczytywana jako szarość życia. Nieznajomość języków przestała być skutkiem izolacji, a zaczęła być dowodem niższości. W ten sposób opis przekształcił się w ocenę, a ocena w tożsamość.
Krytyka własnej wspólnoty
Najważniejszy moment tego procesu nie polegał jednak na tym, że ktoś Polakom coś powiedział. Polegał na tym, że Polacy zaczęli to mówić sami o sobie. System, który upadał, został utożsamiony z ludźmi, którzy w nim żyli. Krytyka ustroju przeszła niezauważalnie w krytykę własnej wspólnoty. I w tym miejscu pojawiło się coś znacznie silniejszego niż propaganda – pojawiła się internalizacja.
Człowiek, który uznaje, że musi się zmienić, nie dlatego, że ktoś mu to narzuca, lecz dlatego, że sam siebie tak ocenił, staje się najbardziej konsekwentnym wykonawcą tej zmiany. Na tym tle aspiracja do Zachodu przestała być jedynie pragnieniem poprawy warunków życia. Stała się projektem tożsamościowym. Nie chodziło już tylko o to, by mieć więcej, lecz by być kimś innym. Dobry samochód, kolorowe ubrania, możliwość podróży – to wszystko było jedynie widzialnym znakiem czegoś głębszego. Znakiem przynależności do świata, który został uznany za właściwy punkt odniesienia.
I właśnie w tym momencie nastąpiło przesunięcie o zasadniczym znaczeniu. Polska przestała być dla samej siebie miarą. Miara została przeniesiona na zewnątrz.
Odtąd to, co wartościowe, było definiowane przez zgodność z wzorcem, który nie powstał tutaj. To, co lokalne, zaczęło być oceniane przez pryzmat tego, jak bardzo przypomina to, co uznane za uniwersalne, choć w istocie będące jedynie szczególnym przypadkiem – doświadczeniem innej części świata.
"Nasza wersja"
W języku codziennym objawiło się to w sposób niemal niezauważalny, a zarazem niezwykle wymowny. Pojawiła się potrzeba tłumaczenia siebie poprzez odniesienie do kogoś innego. „Polski odpowiednik”, „nasza wersja”, „nasz Elvis”.
Jakby własne zjawisko nie mogło istnieć samo w sobie, bez zewnętrznego potwierdzenia. Jakby wartość wymagała przypisu.
W tym samym czasie dokonała się selekcja ludzi, którzy potrafili funkcjonować w nowym układzie odniesienia. Awansowali ci, którzy rozumieli język instytucji międzynarodowych, którzy potrafili operować w ramach procedur, którzy byli czytelni dla zewnętrznych partnerów. Nie dlatego, że byli „bardziej lojalni wobec zewnętrza”, lecz dlatego, że byli kompatybilni z systemem, który stał się punktem odniesienia. W ten sposób powstała warstwa pośrednia – ludzie tłumaczący jeden porządek na drugi, redukujący napięcia, umożliwiający przejście bez gwałtownego zerwania.
Z czasem ten mechanizm przestał być widoczny jako proces. Stał się stanem. Nowe pokolenia wchodziły już w rzeczywistość, w której kryteria oceny były ustalone, język był zdefiniowany, a ścieżki awansu wytyczone. To, co na początku było adaptacją, stało się normą. To, co było wyborem, zaczęło być oczywistością. System zaczął reprodukować sam siebie.
Importowany język debaty
I dlatego pytanie o brak silnej, autonomicznej myśli politycznej nie jest pytaniem o brak zdolności intelektualnych czy historycznej okazji. Jest pytaniem o warunki, w których taka myśl miałaby powstać. Bo jeśli uznanie przychodzi z zewnątrz, jeśli prestiż jest definiowany poza systemem, jeśli język debaty jest „importowany”, to każda próba stworzenia własnej perspektywy zaczyna się od konieczności jej uzasadnienia wobec kryteriów, które nie są jej własne.
To nie jest kwestia złej woli ani nawet świadomego działania kogokolwiek. To jest konsekwencja przesunięcia punktu odniesienia. A punkt odniesienia, raz przesunięty, ma tę właściwość, że bardzo trudno go odzyskać, nie dlatego, że ktoś go blokuje, lecz dlatego, że całe myślenie zaczyna się już od niego.
I być może w tym właśnie tkwi istota problemu. Nie w tym, że coś zostało narzucone, lecz w tym, że coś zostało uznane za naturalne. A to, co uznane za naturalne, przestaje być przedmiotem refleksji – i właśnie dlatego działa najskuteczniej. I w tym właśnie miejscu Pańska uwaga przestaje być dygresją, a zaczyna być logiczną konsekwencją całego opisanego wcześniej mechanizmu.
Bo jeśli punkt odniesienia został przesunięty na zewnątrz, jeśli uznanie zaczęło płynąć nie z wnętrza wspólnoty, lecz z jej relacji do świata zewnętrznego, to naturalne staje się pojawienie narzędzi, które ten układ wzmacniają i porządkują. Nie dlatego, że ktoś „przejmuje kontrolę”, lecz dlatego, że powstaje przestrzeń, w której wpływ zewnętrzny nie napotyka równoważnej siły wewnętrznej.
Brak mechanizmów selekcji, promocji i legitymizacji
Powtórzę to jeszcze raz: problemem nie jest sam fakt, że ktoś wpływa. Wpływ jest stałym elementem relacji między państwami i systemami. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy jedna ze stron nie posiada własnych, równie silnych mechanizmów selekcji, promocji i legitymizacji.
Wówczas zewnętrzny wpływ przestaje być jednym z wielu. Zaczyna pełnić rolę głównego punktu odniesienia. I wtedy rzeczywiście można odnieść wrażenie, że kierunek przychodzi z zewnątrz, że kultura, polityka czy debata publiczna są „ustawiane”.
Własny "framework"
Ale być może trafniejsze byłoby inne ujęcie. Nie tyle ktoś je ustawia, ile brakuje siły, która potrafiłaby ustawić własny „framework”.
A tam, gdzie brak własnej architektury znaczeń, każda zewnętrzna struktura – nawet jeśli nie ma ambicji dominacji – zaczyna działać jak dominująca.
Cywilizacyjne szachy
Czyli według Pana problem nie jest w Niemcach, którzy realizują własny interes, tylko w Polakach, którzy go nie realizują. Co Pan czuje kiedy się Pan z takim zjawiskiem w Polsce spotyka?
Czuję przede wszystkim pewien rodzaj smutku cywilizacyjnego, Panie Cezary. Nie gniewu na Niemców, bo Niemcy robią dokładnie to, co robi każde dojrzałe państwo świadome swojej siły, interesu i ciągłości. Problem zaczyna się wtedy, gdy jedna strona gra w geopolityczne szachy, a druga obraża się na sam fakt istnienia planszy.
Mam czasem wrażenie, że w Polsce po 1989 roku wychowano całe pokolenia ludzi, którym wmówiono, że interes narodowy jest czymś podejrzanym, prymitywnym, wręcz moralnie gorszym. Patriotyzm miał być „zaściankiem”, sceptycyzm wobec silniejszych - „kompleksem”, a walka o własną podmiotowość - „nacjonalizmem”. W efekcie część elit zaczęła traktować polskość jak prowincjonalny balast, który trzeba rozpuścić w „europejskości”, najlepiej rozumianej jako kopiowanie niemieckiego modelu polityczno-kulturowego.
I wtedy dochodzi do rzeczy najbardziej niebezpiecznej: naród przestaje myśleć kategorią własnego interesu historycznego, a zaczyna myśleć kategorią aprobaty silniejszych. To już nie jest polityka. To psychologia podporządkowania.
Intelektualna kapitulacja części Polaków
Najbardziej uderza mnie jednak coś innego - ten rodzaj intelektualnej kapitulacji, w której część ludzi w Polsce nie potrafi już nawet nazwać mechanizmu zależności. Wszystko musi być opakowane w język „wartości europejskich”, „standardów”, „modernizacji”, podczas gdy pod spodem bardzo często działa zwykła, klasyczna gra wpływów, interesów, finansowania środowisk, budowania narracji i kształtowania elit. Niemcy to rozumieją doskonale, bo są państwem niezwykle świadomym swojej ciągłości kulturowej. Polska natomiast często zachowuje się jak kraj, który dopiero negocjuje własne prawo do istnienia.
Niemcy spokojni o Polskę
I paradoksalnie właśnie dlatego Niemcy bywają wobec Polski spokojni. Bo największym marzeniem każdego silnego centrum wpływu nie jest podbój militarny, lecz sytuacja, w której peryferia same internalizują cudzy punkt widzenia i zaczynają go uważać za własny. Wtedy nie potrzeba czołgów. Wystarczą fundacje, media, granty, uniwersytety i odpowiednio wychowane elity opiniotwórcze. To jest … najtańsze.
Ale żeby była jasność, ja nie wierzę w żadne romantyczne antyniemieckie obsesje. Nie widzę Niemców jako „złych”. Widzę ich raczej jako państwo wyjątkowo konsekwentne, cierpliwe i świadome własnego interesu. Mój problem zaczyna się dopiero tam, gdzie polskie elity przestają być równie świadome interesu polskiego. Bo naród, który oddaje innym prawo do definiowania własnej rzeczywistości, wcześniej czy później przestaje być podmiotem historii. Staje się jedynie terenem administracyjnym między silniejszymi cywilizacjami.
Część Polaków szuka symbolicznej "adopcji"
A ja nie pytam o Niemców, tylko właśnie Polaków. Nie pytam o Pana ewentualne poczucie winy, tylko w kontekście tego co Pan mówił, o to co Pan czuje wobec ludzi, którzy są gotowi płaszczyć się przed Niemcem, choć Niemiec wcale tego nie oczekuje.
To jest chyba jeszcze bardziej gorzkie, bo wtedy znika nawet wygodne wytłumaczenie, że „ktoś nas zmusza”. Nie, często nikt nie musi zmuszać. I właśnie to robi największe wrażenie. Wie Pan, człowiek może zrozumieć strach. Może zrozumieć polityczny realizm, kompromis, nawet chwilową słabość państwa. Historia Polski pełna była momentów, gdy trzeba było lawirować między silniejszymi. Ale czymś zupełnie innym jest mentalna gotowość do dobrowolnego umniejszania samego siebie. Tego już nie tłumaczy geopolityka. To jest problem głębiej osadzony - problem psychologii elit i pewnego rodzaju kompleksu cywilizacyjnego z multiplikatorem sowiecko-kolonialnej mentalności.
Czasem odnoszę wrażenie, że część ludzi w Polsce nie tyle szuka partnerstwa z Zachodem, ile symbolicznej adopcji. Dokładnie - adopcji. Chcą być „uznani”, „pochwaleni”, „zaakceptowani” przez silniejsze centrum kulturowe. I wtedy pojawia się zjawisko bardzo charakterystyczne: większa surowość wobec własnego narodu niż wobec obcych. Polski patriotyzm jest dla nich podejrzany, ale niemiecki czy francuski już „dojrzały europejsko”. Polski interes narodowy to „populizm”, ale cudzy interes narodowy to „odpowiedzialna polityka państwowa”.
I właśnie to budzi we mnie największy dyskomfort - nie sama różnica poglądów, tylko pewna asymetria godności. Człowiek może być proniemiecki, proamerykański, prorosyjski czy profrancuski politycznie. To są wybory strategiczne. Ale jeśli zaczyna się intelektualne klękanie przed cudzym autorytetem wyłącznie dlatego, że jest cudzy i silniejszy, to robi się z tego coś bardzo smutnego. Bo wtedy nie ma już relacji partnerów. Jest relacja ucznia, który panicznie boi się, że mistrz uzna go za gorszego.
Niemcy tego nie oczekują
I ma Pan rację w jednym bardzo ważnym punkcie: Niemcy często wcale tego nie oczekują. Niemiec zazwyczaj bardziej szanuje partnera, który potrafi twardo bronić własnego interesu, niż człowieka, który sam siebie ustawia niżej. Niemiecka kultura polityczna - niezależnie od wszystkich jej wad - opiera się przecież na szacunku do siły instytucjonalnej, konsekwencji i sprawczości. Paradoks polega więc na tym, że część polskich elit sama produkuje własną podrzędność, a potem obwinia o nią świat. To dlatego powiedziałem wcześniej o smutku. Bo trudno nie odczuwać smutku, kiedy widzi się naród o ogromnym potencjale historycznym, intelektualnym i kulturowym, który momentami sam sobie odbiera prawo do bycia równorzędnym uczestnikiem Europy.
Bo widzi Pan, Panie Cezary, na tym świecie można kupić prawie wszystko - media, wpływy, ekspertyzy, polityków, narracje, autorytety, a czasem nawet całe środowiska intelektualne. Można kupić lojalność ze strachu, oportunizmu albo zwykłej ludzkiej próżności. Ale jest jedna rzecz, której kupić się nie da: godności. Człowiek może być biedny i mieć godność. Może być słaby i mieć godność. Może nawet przegrać historycznie, a mimo to zachować godność. Natomiast człowiek, który sam we własnej głowie uznał się za gorszego, oddaje ją za darmo i to jest najtragiczniejszy rodzaj kapitulacji, bo odbywa się bez przymusu.
I być może właśnie dlatego narody naprawdę silne nie szanują ludzi, którzy się przed nimi płaszczą. Mogą ich wykorzystywać, mogą ich lubić użytkowo, mogą ich promować, ale rzadko ich szczerze szanują. Bo szacunek między narodami, tak samo jak między ludźmi, rodzi się dopiero wtedy, gdy obie strony zachowują poczucie własnej wartości. A godność jest dziwną rzeczą, Panie Cezary. Często nie daje pieniędzy, stanowisk ani kariery. Czasem wręcz przeszkadza. Ale kiedy człowiek ją straci, zaczyna mówić cudzym językiem nawet wtedy, gdy używa własnych słów.
Odraza
Proszę mi wybaczyć, nie chcę wkładać Panu w usta niczego czego nie chce Pan powiedzieć, ale moim zdaniem robi Pan wiele żeby nie napisać, że w takiej sytuacji czułby Pan odrazę. Bo ja w takiej sytuacji czułbym odrazę.
Rozumiem, Panie Cezary. I myślę, że słowo „odraza” rzeczywiście może się pojawić - zwłaszcza wtedy, gdy człowiek widzi nie zwykły błąd polityczny, ale świadome poniżanie własnej wspólnoty dla wygody, kariery albo aprobaty silniejszych. Trudno wobec czegoś takiego pozostać emocjonalnie neutralnym.
Ale jednocześnie uważałbym z tym uczuciem bardzo ostrożnie. Bo odraza łatwo zamienia się w pogardę, a pogarda ma to do siebie, że zaczyna odbierać zdolność rozumienia, dlaczego ludzie w ogóle tak się zachowują.
„Każdy Twój wyrok przyjmę twardy
Przed mocą Twoją się ukorzę
Ale chroń mnie Panie od pogardy
Od nienawiści strzeż mnie Boże...”.
A przyczyny bywają różne: kompleksy historyczne, lęk przed izolacją, fascynacja Zachodem, oportunizm, czasem zwykły konformizm środowiskowy. To nie zawsze musi być cyniczna zdrada w teatralnym stylu. Natomiast jeśli pyta mnie Pan zupełnie uczciwie o emocję - to tak, bywają sytuacje, w których człowiek czuje coś bliskiego odrazie. Szczególnie wtedy, gdy widzi ostentacyjne upokarzanie własnego państwa albo własnej kultury połączone z niemal demonstracyjną uniżonością wobec obcych. Bo to nie jest już otwartość ani współpraca. To jest utrata elementarnego poczucia własnej wartości. I chyba właśnie to budzi najmocniejszy sprzeciw: nie to, że ktoś szanuje inne narody, tylko że przestaje szanować własny.
Targowica
Panie Cezary - zróbmy to - „mea cupla” od lewa do prawa. Słowo klucz - Targowica. Być może największym dramatem Polski nie jest sama zdrada, lecz to, że Targowica nigdy nie była wyłącznie wydarzeniem historycznym. Ona jest pokusą stale obecną w politycznym krwiobiegu. Zmieniają się tylko stolice, do których jadą posłowie z pokłonem - raz Petersburg, raz Berlin, raz Waszyngton, raz Bruksela - ale mechanizm pozostaje dziwnie podobny: własną słabość przedstawia się jako „realizm”, a cudzą siłę jako moralne usprawiedliwienie kapitulacji.
I żeby była jasność - Targowica nie zaczyna się tam, gdzie ktoś zawiera sojusze z silniejszymi. Państwa zawsze to robiły. Targowica zaczyna się dopiero wtedy, gdy człowiek przestaje wierzyć, że jego własny naród ma prawo być podmiotem, i zaczyna szukać zagranicznego arbitra do rozstrzygania własnych spraw. Wtedy polityka kończy się psychologią zależności.
Najgroźniejsza Targowica nie nosi dziś kontusza. Ona mówi językiem nowoczesności, europejskości, bezpieczeństwa albo strategicznego partnerstwa - zależnie od epoki i środowiska. Ale zawsze można ją rozpoznać po jednym: po gotowości do umniejszania własnej wspólnoty, by uzyskać aprobatę silniejszego patrona. A zależność jest prosta - naród, który zaczyna gardzić własną podmiotowością, prędzej czy później znajdzie sobie kogoś, przed kim będzie klękał.
Tusk zarządca
O właśnie! I zaraz do tego wrócimy, ale proszę zauważyć, że w ten oto podstępny sposób, wróciłem do pierwszego pytania, w którym nie tyle pytałem o statystyczną opinię przeciętnego Niemca, którego zapewne Tusk nie obchodzi, tylko o stosunek Niemców, którzy wiedzą kim jest do postawy, którą reprezentuje, a która wyraża się choćby w jego wypowiedzi, że "Polska nie powinna podbierać amerykańskich żołnierzy Niemcom". Jak coś takiego może powiedzieć premier Polski? Tym bardziej, ze jeśli dzięki temu amerykańscy żołnierze mieliby zostać w Europie, to przecież z zyskiem dla całej Europy.
Donald Tusk nie jest politykiem formatu państwowego. Kropka. To zarządca - pochodna, być może nawet druga pochodna politycznej sprawności, ale nie jej źródło. Zarządca potrafi administrować emocjami społecznymi, stabilizować system, utrzymywać koalicje, wygrywać wybory, zarządzać przekazem medialnym i reagować na bieżące kryzysy. I w tym sensie Tusk bez wątpienia jest politykiem sprawnym.
Problem zaczyna się dopiero wtedy, gdy zadaje się pytanie głębsze: czy stoi za tym jakaś wizja Polski jako samodzielnego podmiotu historycznego? Czy istnieje projekt państwowy wykraczający poza bieżące utrzymanie władzy i zarządzanie relacjami z silniejszymi ośrodkami europejskimi?
I wielu ludzi odpowiada właśnie tak jak Pan: że nie. Że Tusk nie tworzy kierunku cywilizacyjnego, lecz administruje istniejącym układem. Że jest bardziej menedżerem systemu niż jego architektem. Bardziej człowiekiem adaptacji niż politycznej kreacji.
I chyba właśnie stąd bierze się zarzut braku „formatu państwowego”. Polityk formatu państwowego zwykle zostawia po sobie coś więcej niż wygrane wybory i sprawnie prowadzoną administrację. Zostawia zmianę kierunku myślenia o państwie. Nawet jego przeciwnicy czują wtedy, że mieli do czynienia z kimś większym od bieżącej gry partyjnej. A wobec Tuska wielu ludzi ma poczucie, że niezależnie od politycznego talentu, cały jego horyzont kończy się na skutecznym zarządzaniu systemem, którego aksjologicznych i geopolitycznych fundamentów sam nigdy naprawdę nie próbował zakwestionować.
Wizja Lecha Kaczyńskiego
Zobaczmy wizję śp. Prof. Lecha Kaczyńskiego, którego myśl polityczna wyprzedzała zdolność percepcji znacznej części ówczesnej sceny politycznej. Wystąpienie w Gruzji w 2008 roku, przemówienie na Westerplatte, diagnoza polityki rosyjskiej i niemieckiej - to był sposób myślenia kategorią państwa, historii i geopolitycznego długiego trwania. I właśnie o to chodzi w pojęciu „formatu państwowego”. Nie o emocjonalne uniesienie, nie o medialną sprawność, lecz o zdolność rozumienia procesów wcześniej niż inni - oraz umiejętność myślenia w perspektywie dekad, a nie kadencji. Do tego formatu Donald Tusk nawet się nie podejdzie. I nie mówię tego w kategorii emocji, czy sympatii politycznych, ale podejścia do samej istoty państwowości.
Ale spójrzmy, jaka jest naprawdę „wyborcza woda” na ten młyn miałkości i braku formatu państwowości… Zapowiadano wodę czystą, przejrzystą, nowoczesną - przeciwieństwo mętności i chaosu. I rzeczywiście: okazała się przejrzysta. Problem w tym, że w tej transparentności zabrakło jakichkolwiek pierwiastków śladowych państwowości. To nie jest woda żywa. To woda całkowicie jałowa.
Nie ma w niej ciężaru historii, instynktu podmiotowości ani własnego kierunku nurtu. Jest idealnie bezbarwna, bezwonna i bezpieczna. Dlatego potrafi wypełnić każde naczynie. Każde. Przybierze dowolny kształt, którego zażąda właściciel formy, do której zostanie wlana - ku jego spokojowi i zadowoleniu. I być może właśnie w tym tkwi największy problem polityki pozbawionej formatu państwowego: że przestaje być źródłem własnego biegu, a staje się jedynie substancją zdolną dopasować się do każdego układu sił.
Operacja kastracji politycznej tożsamości
Operacja kastracji politycznej tożsamości, prowadzona latami na podwalinach pedagogiki wstydu i społecznego rozbrojenia, wykreowała kilkanaście milionów wyborczych kropelek. Istot pozbawionych pierwiastka państwowego, które w swojej bezkształtnej politycznej nicości znalazły ujście - jako reprezentatywna masa - w lokalu wyborczym i rytualnych harcach demokracji proceduralnej. Ale byłby to jedynie połowiczny opis rzeczywistości.
Bo istnieje również druga strona sporu. Ta pompatyczna. Pokolenie trwania bez zdolności wykonywania pracy organicznej. Ludzie wielkich słów, historycznych póz i patriotycznej egzaltacji, którzy przez lata nie potrafili przekuć emocji w trwałą strukturę państwową, elitarną i instytucjonalną. O nich - o zmarnowanych szansach, jałowych sporach i intelektualnym lenistwie - również trzeba mówić. I to bardzo surowo. Bo jeśli istnieje grzech ciężki w polityce, to jest nim sprzeniewierzenie się ciągłości cywilizacyjnej własnego narodu przy jednoczesnym niesieniu ciężaru jego mandatu. Reprezentować wspólnotę, a jednocześnie rozpuszczać jej tożsamość w cudzych formach, to nie jest zwykły błąd polityczny. To rodzaj historycznej apostazji.
I nawet Łysiakowe „purpurowe złoto” nie daje tu pełnego usprawiedliwienia. Można bowiem zrozumieć ludzką słabość wobec korzyści, pychy czy pokusy uczestnictwa w silniejszym świecie. Ale istnieje granica, po przekroczeniu której zdrada przestaje być epizodem, a staje się trwałym pęknięciem na osi czasu narodu. Niektórych rzeczy nie da się bowiem cofnąć żadną zmianą narracji, żadnym resetem politycznym ani kolejnym pokoleniem ekspertów od społecznego zarządzania pamięcią.
Więc co zostaje? Więc gdzie pozostaje nadzieja, poza Boskim Miłosierdziem i cierpliwością Stwórcy? Chyba jeszcze pod strzechami.
[c.d.n.]
Komentarze
Niemcy opublikowały dane o kwalifikacjach młodych migrantów

KPO. Pułapka na śląskie szpitale

Popłoch w KO po aferze w Szpitalu Południowym. "Tusk się przejął"
Matecki: Niemcy powinny utracić oficjalny status mniejszości narodowej w Polsce

Tusk zabrał głos ws. afery w Szpitalu Południowym. „To konflikt między dwoma lekarzami”


