Szukaj
Konto

Marcin Bąk: W Krakowie wyszło, w Warszawie nie wyszło....

kraków, urna, głosowanie
Źródło: chat GPT, pexels | Autor: AI, Mateusz Feliksik | Licencja: chat GPT, pexels | Kraków zdj. ilustr.
Mieszkańcy Krakowa musieli być już naprawdę mocno zdesperowani, skoro zdołali nie tylko skutecznie odwołać dotychczasowego prezydenta miasta z KO ale i zmniejszyć w ostatnich wyborach, praktycznie do zera, szanse na wybór innej przedstawicielki rządzącej koalicji. Ta sama sztuka nie udała się warszawiakom, tym niechętnym rządom Rafała Trzaskowskiego.

Po Krakowskich wyborach jedni się cieszą a inni smucą. Jeszcze inni snują mniej czy bardziej realistyczne prognozy wyborcze na nadchodzący rok. To oczywiście wróżenie z fusów, wybory na prezydenta miasta to nie wybory parlamentarne, w których głosuje się na poszczególne partie. Wielkie miasta a Kraków w szczególności, mają swoją specyfikę,  dodatkowo wybory w połowie kadencji, w atmosferze dość silnego wzburzenia niekompetencją poprzedniego prezydenta – to nigdy nie jest probierz sympatii politycznych ludzi. Interesujące jest jednak co innego. Sam fakt skutecznego odwołania niepopularnego prezydenta poprzez wykorzystanie narzędzi, jakie prawo daje obywatelom. Coś takiego właściwie nie zdarzało się w ostatnich dekadach, tym bardziej w żadnym z wielkich miast. Kraków był uważany za jeden z bastionów „linii Wisły” czyli twierdz wyborczych Platformy Obywatelskiej lub szerzej – obozu lewicowo liberalnego. Pozostałe twierdze to oczywiście Warszawa i Trójmiasto. Tam siły „europejskie i postępowe” mogły od dawna nie martwic się o wynik wyborów. Teraz jednak coś w tej linii obronnej pękło.

 

Żadna konserwatywna kontrrewolucja

Do sprawy warto podchodzić zachowując należyte proporcje. Challanger walczący o fotel prezydenta, mający już prawie pewne zwycięstwo w ręku, pan Łukasz Gibała, nie jest żadnym przedstawicielem sił konserwatywnych i cała zawierucha związana z odwołaniem prezydenta  Aleksandra Miszalskiego nie może być traktowana jak jakaś konserwatywna kontrrewolucja. Pan Gibała jest byłym politykiem Platformy Obywatelskiej a następnie Ruchu Palikota, znaczna część jego wyborców to ludzie o sympatiach lewicowo liberalnych. Niemniej zostali doprowadzeni do takiej już desperacji, że postanowili skorzystać ze swoich praw i odsunąć nieskutecznego włodarza miasta od władzy. Coś naprawdę ważnego musiało się stać i jakieś ważne zmiany nastąpiły w świadomości Krakusów, że taka operacja była w ogóle możliwa. Dla Koalicji 13 Grudnia nie jest to zapowiedź nieuchronnej klęski w wyborach parlamentarnych za rok, jak chcieli by sprawę widzieć niektórzy entuzjaści, niemniej można mówić o potężnym prztyczku w nos. Wizerunkowo wypadło to słabo, tym bardziej, że rzucono na szale cały ciężar gatunkowy partii, zaangażowano autorytety i usłużne media w nagonkę przeciwko samej idei referendum i ostatecznie poniesiono klęskę. Pan Premier Donald Tusk nie ma na pewno powodów do zadowolenia. Czy mają powody do zadowolenia przedstawiciele opozycji – to już inna sprawa.

W Warszawie grupa inicjatywna, skupiona wokół Macieja Wilka postanowiła iść za ciosem i na fali swoistego entuzjazmu po odwołaniu prezydenta Aleksandra Miszalskiego przeprowadzić podobną akcję, wymierzoną w Rafała Trzaskowskiego. Sam w sobie pomysł nie był może zły, bo tak się to powinno robić, jak w boksie ale już w realizacja było gorzej. Od samego początku sygnalizowane były poważne mankamenty na podstawowym poziomie. Piotr Guział, były burmistrz Ursynowa, któremu udało się kilkanaście lat temu doprowadzić do referendum w Warszawie, bardzo sceptycznie oceniał organizację samej zbiórki podpisów, czyli spełnienie niezbędnego warunku samej akcji. Już w sierpniu twierdził w wywiadzie dla Wprost, że

 „Nie da się zrobić 60-dniowej akcji spontanicznie, wyłącznie na bazie entuzjazmu i pracy wolontariuszy. To jest logistycznie niemożliwe. Spontanicznie można zbierać podpisy na klatce schodowej w sprawie wycinki drzewa przed balkonem. Taki zryw sąsiedzki może przynieść zamierzony efekt. Natomiast tutaj trzeba zebrać aż 200 tys. podpisów, żeby po weryfikacji i odrzuceniu podpisów z błędami, mieć wymagane prawem 132 tys. prawidłowych głosów.”

https://www.wprost.pl/kraj/12423825/referendum-przeciw-trzaskowskiemu-zagrozone-guzial-harcerze-nie-wygrywaja-bitew.html

Porażka w Warszawie

Ostatecznie cała inicjatywa zakończyła się porażką, gdy nie zdołano zebrać wystarczającej liczby podpisów. To jest wyraźna różnica w porównaniu z Krakowem, świadcząca o tym, że poziom determinacji ale i samoorganizacji Krakusów musiał być naprawdę niemały. Czy jednak Rafał Trzaskowski zostałby odwołany, gdyby referendum się odbyło? Bardzo w to wątpię. Pamiętam, jak kilkanaście lat temu brałem udział w pracy w jednym ze sztabów wyborczych prawicowego kandydata w wyborach do Europarlamentu na terenie Warszawy. Pamiętam, ile trzeba było odbyć podróży, spotkań z wyborcami, starać się o dotarcie do mediów. W tym samym czasie kontrkandydatka reprezentująca stronę lewicowo liberalną w ogóle się nie starała, nie chciało jej się tracić czasu na jakieś spotkania wyborcze, była pewna poparcia swojego warszawskiego elektoratu. Wynik wyborów potwierdził, że miała rację. Podobnie swego czasu wybory samorządowe, w których Patryk Jaki miał bardzo dobrą, bardzo pracowitą kampanię, przyniosły mu w starciu z Rafałem Trzaskowskim bolesną porażkę. Warszawa pozostaje miastem szczególnym, zamieszkałym w znacznej mierze przez ludzi o lewicowo liberalnych poglądach, dających się łatwo sterować przez salon. Czy istnieje jakiś próg bólu, po przekroczeniu którego operacja podobna do krakowskiej będzie w Warszawie możliwa – zapewne tak ale gdzie on się znajduje, tego nie wiem.

Komentarzy: 0
Data publikacji: 03.10.2026 19:27
Źródło: tysol.pl