Wojciech Stanisławski: Czytam, chadzam, doradzam, odradzam

Życie codzienne w M-3 i willi jednorodzinnej
Boazeria. PCV. Krzesła ze sklejki i fotele pokryte sztucznym pluszem. Sublokatorzy. Żyrandole, Miejsce na buty. Przydział. Meblościanka i nieśmiertelny (w anegdocie, ale i w praktyce) "łuk Karwowskiego". Hotele robotnicze. Ślepa kuchnia. Barek. Słomiane maty.
Półkotapczan. Służbówka. Składane stoły i krzesła. Wlur. Arcoroc. "Praktyczna Pani". Elektryfikacja. Podpiwniczenia. Pojęcia związane z przestrzenią mieszkalną, jej uzyskaniem i zagospodarowaniem obecne są w każdej bez mała relacji z PRL - i nic dziwnego, zważywszy na rolę "miejsca do życia": obszaru naszego codziennego funkcjonowania, w którym spędzamy niemowlęctwo, dzieciństwo i młodość, z którego wychodzimy w świat, w którym odpoczywamy, jemy, śpimy, czytamy, kochamy się, chorujemy, nieraz umieramy.
Przestrzeń mieszkalna badana jest przez etnografów i historyków od dawna. W PRL posiadała ona szczególne znaczenie ze względu na kilka czynników: ogrom powojennych zniszczeń i związany z nim deficyt mieszkaniowy, nierozwiązany aż do upadku komunizmu (a i potem), ale i model gospodarczy, w którym państwo pretendowało do roli jedynego, a przynajmniej podstawowego dysponenta i dystrybutora dóbr, jakimi były mieszkania (w miastach i miasteczkach; na wsi sytuacja wyglądała trochę inaczej). W przypadku nowego budownictwa - państwo decydowało zarówno o terminach, jak o jakości wykonania, rozstrzygało o kształcie projektów, wahając się między projektami stworzenia nowego, egalitarnego społeczeństwa a permanentnym deficytem środków, materiałów i siły roboczej. "Gospodarka niedoboru" w połączeniu z coraz skromniejszymi ambicjami modernizacyjnymi decydowała też o wyposażeniu mieszkań: o rzucanych na rynek meblach swarzędzkich i regałach z płyty spilśnionej, o - jak w wierszu Barańczaka - "kanapie/ która jest jak zawsze bordowa". Również - o rozpaczliwej, niemożliwej do zaspokojenia tęsknocie za urodą wnętrz, za "zachodnim" designem czy zachodnim modelem konsumpcji.
Do wnętrz z wielkiej płyty trafiali zaś szczęśliwcy - czasem z awansu, ze świętymi obrazami malowanymi na szkle (lub monidłem), czasem inteligenci, wieszający w kartonowym passe-partout reprodukcję wyrwaną z "The New Yorkera", czasem "aspirujący", wannabees, sadzający na kanapach lale na wypchanych poduszkach. Opowieść o nich jest opowieścią o półwieczu bieda-modernizacji, łączącą wszystkie polskie rodziny: różne były postawy wobec partii, Kościoła, Zachodu, przeszłości, ale każdy gdzieś mieszkał.
Trzeba było lat, żeby od powszechnego i zarazem bardzo intymnego doświadczenia "mieszkania w czasach PRL" zdystansowano się na tyle, by móc je nazwać. O "wielkiej płycie" z architektonicznego i socjologicznego punktu widzenia pisała wielokrotnie Beata Chomątowska; w ubiegłym roku szeroko nagradzano czułą i przejmującą powieść o życiu w bloku, "Złodziei żarówek" Tomasza Różyckiego. "Futerał" Agaty Szydłowskiej jest jednak dziełem wyjątkowo ambitnym: jego autorka usiłuje opisać nie tyle same mieszkania, co działania zmierzające do ich "urządzenia": nadania osobistego charakteru na wpół wypalonym gruzom, ocalałym kamienicom, barakom, "norom w betonie", deweloperce Gierka i nowobogackim willom.
Obrazów takich sytuacji są tysiące, szczególnie, jeśli obok zapisków pamiętnikarskich i uróżowionych relacji prasowych uwzględniać teksty mistrzów reportażu, począwszy od Hanny Krall i Małgorzaty Szejnert, filmy dokumentalne i seriale komediowe (w książce znalazły się odwołania zarówno do "Czterdziestolatka", jak "Alternatyw 4"), fotoreportaże Zofii Rydet czy monografie socjologów. Agata Szydłowska wykonała gigantyczną pracę, gromadząc i selekcjonując ten materiał, wyszukując zjawiska typowe dla każdej z "PRL-owskich dekad", ożywiając setki sytuacji i praktyk tamtego czasu. Poradziła sobie z tym zadaniem świetnie: jako historyk designu od lat porusza się na styku historii najnowszej, polityki i estetyki: jej praca o historii projektowania czcionek w Polsce ("Paneuropa, Kometa, Hel", 2015) traktowała nie tylko o antykwie i krojach bezszeryfowych, lecz o sporach o polską tożsamość, podobnie jak zachwycająca monografia "Od solidarycy do TypoPolo" (2018). W "Futerale" z pewną cierpkością dystansuje się zarówno od satyrycznych żartów z PRL-owskiego brakoróbstwa, jak z rzekomego "elitaryzmu" inteligencji: w podkreślaniu przez nią znaczenia awansu społecznego i materialnego czy wołaniu o równoprawność różnych estetyk widać wyraźnie "zwrot ludowy" polskiej humanistyki ostatnich lat, szpile pod adresem obrońców "wolnego rynku i świętej prywatnej własności" też są rodzajem deklaracji politycznej. Z tym wszystkim jest to książka znakomita.
Agata Szydłowska, "Futerał. O urządzaniu mieszkań w PRL", Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2023.
Bezradność posła z Lechistanu
Dzienniki (jeśli uczciwie redagowane, a właściwie - nieredagowane, nieskreślane) dają nam jedyny w swoim rodzaju wgląd w doświadczenia naszych bliźnich z przeszłości: niemaskowane, jak w powieści, niezmiękczone, jak bywa w korespondencji, są może najbliższe wiernemu zapisowi emocji odległego czasu. A w tych kronikarskich zapiskach szczególnie zapadają w pamięć wpisy zwięzłe, jednozdaniowe, ukazujące jednak skalę emocji targających autorem. Przez lata wzorem takiego "stoickiego krzyku" był dla mnie zapis Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, który w "Dzienniku pisanym nocą" z roku 1981 13 grudnia zapisał: "Ani słowa. Prócz daty, ani słowa". Jednak niewiele mniej kondensacji jest we wpisie z innego historycznego dnia, 1 września 1939 roku, który brzmi: "Należy włożyć na siebie pancerz". Potem dopiero - po kilku pozostawionych pustych linijkach - zaczyna się wyliczenie czynności dyplomatycznych, które przyszło podjąć ambasadorowi Rzeczypospolitej: telefony do placówki francuskiej i angielskiej, nasłuch zagłuszanej Warszawy, wizyta u miejscowego ministra spraw zagranicznych i kontredans na schodach, by nie spotkać się z, również składającym wizytę, ambasadorem III Rzeszy.
Autorem "Dziennika ankarskiego" jest Michał Sokolnicki: w czasach PPS i Legionów jeden z najbliższych współpracowników Marszałka Józefa Piłsudskiego, w II RP - historyk, wykładowca i wysoki urzędnik MSZ. Już po śmierci swojego przyjaciela i protektora, w roku 1936, trafił na jedną z najważniejszych (nie tylko wówczas!) polskich placówek dyplomatycznych: do stolicy Turcji, umożliwiającej "wyjście" na sowiecki Kaukaz i Azję Środkową, ale i na Persję (od roku 1935 nazywaną Iranem), kraje arabskie i Morze Śródziemne.
W latach drugiej wojny światowej formalnie neutralna Turcja jest jednocześnie Szwajcarią i Casablanką: krzyżują się w niej szlaki przerzutowe i siatki szpiegowskie całej Eurazji. Michał Sokolnicki (jeden z niewielu "piłsudczykowskich" ambasadorów pozostawionych na stanowisku przez ekipę Władysława Sikorskiego) miał w swoim ręku dziesiątki nici i spraw, począwszy od operacji przerzucenia na Zachód złota Banku Polskiego. Nie trzeba być jednak znawcą ani fascynatem historii najnowszej, żeby śledzić strona za stroną ten dziennik - świadectwo kompetencji i wtajemniczeń, stoicyzmu, ale i coraz gorszych przeczuć.
Michał Sokolnicki, "Dziennik ankarski. Wybór z lat 1939-1945", opr. Justyna Avci, Agnieszka Dębska, Ośrodek KARTA, Warszawa 2023.
CZYTAJ TAKŻE: Czy politycy przejmą zieloną kontrrewolucję?
Tekst pochodzi z 10 (1831) numeru "Tygodnika Solidarność".

Tagi
Grafzero: Polskie bestsellery 2025 (pierwsze półrocze)

Grafzero: 7 dobrych książek z fatalną fanbazą
Nie żyje znana pisarka. Zmagała się z ciężką chorobą
Grafzero: Co czytała Europa w 2024 roku?



