Wieczne debaty w polskiej polityce

- Debaty w żadnej z dotychczasowych kampanii wyborczych nie odegrały tak dużej roli, jak tegoroczne
- Debaty pokazały, że przekaz dominujących mediów mocno różni się od odczuć wielu kandydatów i ich wyborców i pozwoliły Polakom poznać początkującego przecież w polityce Karola Nawrockiego.
- Zarówno w 2015 roku, jak i dziesięć lat później debaty przed pierwszą turą zdominował duch niezadowolenia z władzy Platformy.
Debaty w żadnej kampanii nie odegrały tak dużej roli, jak tegoroczne. Nie znaczy to, że nie wpływały na ich wyniki, a w przypadku debat przed wyborami parlamentarnymi na późniejszy rozkład sił. Wcześniej jednak kluczowe okazywały się poszczególne starcia lub nawet pojedyncze incydenty, w roku 2025 zaś chodzi raczej o całą sekwencję zdarzeń.
Podać nogę, wylać kawę
W 1995 roku Aleksander Kwaśniewski podpuszczony przez swoich speców od wizerunku postarał się zdenerwować Lecha Wałęsę. Sprowokowany między innymi spóźnieniem Kwaśniewskiego prezydent utwierdził stereotyp polityka aroganckiego (do historii przeszły frazy: "To pan w niedzielę wszedł tu jak do obory i ani be, ani me, ani kukuryku"; "Ja panu mogę nogę podać") i nieokrzesanego. Postkomunista wypadł lepiej i cel swój osiągnął, wygrywając wybory. Dziesięć lat później podczas telewizyjnej debaty Donald Tusk celowo oblał kawą Lecha Kaczyńskiego, co miało wyprowadzić rozmówcę z równowagi, wybory jednak ostatecznie przegrał. Przed następnymi wyborami, tym razem do Sejmu i Senatu, ludzie Tuska złamali ustalenia między sztabami i telewizją, wprowadzając na salę bardzo hałaśliwą i agresywną grupę zwolenników. Ta wyśmiewała każde zdanie Jarosława Kaczyńskiego, kibicując równocześnie Tuskowi, który tym samym, choć skrajnie nieuczciwie, w oczach widzów pojedynek wygrał. Tym razem poszła za tym również wygrana w wyborach. Faul w studiu TVP okazał się być "kropką nad i" w miesiącami tworzonej przez specjalistów od sterowania nastrojami opowieści. W późniejszych latach nie było już tego typu zagrań, ale i tak rozmowy kandydatów i partyjnych liderów na ostatniej prostej wpływały na decyzje Polaków. W 2015 roku zarówno przez wyborami prezydenckimi, jak i parlamentarnymi bardzo dobrze zaprezentował się Paweł Kukiz, co najpierw jemu samemu, a później jego ugrupowaniu dało poparcie większe od sondażowego. Niezły występ Adriana Zandberga wpłynął na rozbicie głosów wyborców lewicowych w wyborach do Sejmu, tym samym dodając cegiełkę do samodzielnych rządów PiS (co platformerski beton wypomina mu do dziś). Pięć lat później Rafał Trzaskowski przegrał między innymi dlatego, że jego zlekceważenie debaty z Andrzejem Dudą w Końskich uznane zostało za wyraz pogardy wobec Polski powiatowej.
W 1995 roku Aleksander Kwaśniewski podpuszczony przez swoich speców od wizerunku postarał się zdenerwować Lecha Wałęsę.
Przedstawienie narzędziem zmiany
Debaty oglądają się z reguły bardzo dobrze. Dziś bardzo trudno o dokładną liczbę widzów, ponieważ do tradycyjnego, policzalnego audytorium przed telewizorami dochodzą jeszcze wszyscy oglądający internetowe streamingi, powtórki, fragmenty i wycinki. Ale nawet dane najbardziej tradycyjne wciąż są imponujące. Pierwsza debata głównych stacji telewizyjnych starego układu zgromadzić miała ponad 6 milionów tradycyjnych widzów, a debata stacji konserwatywnych trochę poniżej 2 milionów. Debata przed drugą turą cieszyła się minimalnie mniejszym zainteresowaniem telewidzów, ale szacunki liczby wszystkich widzów (a więc również wybierających streaming, nadawany choćby przez Kanał Zero) zbliża się do 10 milinów. Co ciekawe, podobna liczba oglądała w telewizji debatę Bronisław Komorowski - Andrzej Duda w 2020 roku. Historyczny rekord padł jednak dużo wcześniej. W 1995 roku wspomniane już starcie Kwaśniewskiego z Wałęsą miało aż dwie telewizyjne odsłony, 12 i 15 listopada. Pierwszą debatę obejrzało rekordowe 17 milionów widzów, drugą niewiele mniej, 14 mln.
- Tusk: Uruchamiamy art. 4 Traktatu NATO
- Jeden z dronów uderzył w budynek mieszkalny. Trwa akcja służb
- Ogólnopolska Manifestacja Więzienników: "Mówimy dość!"
- "Permanentne łamanie zasad dialogu społecznego ". Strona społeczna w GK PGE apeluje o pilną interwencję Ministra Aktywów Państwowych
- Drony nad Polską i uruchomienie art 4. NATO. Co to oznacza dla Polski?
Zarówno w 2015 roku, jak i dziesięć lat później debaty przed pierwszą turą zdominował duch niezadowolenia z władzy Platformy. W 2025 roku przed tą emocją nie uchroniło ekipy Tuska nawet to, że prezydent reprezentował przeciwny obóz polityczny. Narzucenie krytycznego wobec PO przekazu prezentowanego przez większość kandydatów stworzyło klimat do wygranej Karola Nawrockiego. Pisaliśmy o tym nieraz na naszych łamach, więc tego wątku nie będę już rozwijał. Jednak debaty okazały się tak ważne z wielu powodów: pokazały, że przekaz dominujących mediów mocno różni się od odczuć wielu kandydatów i ich wyborców, wreszcie zmieniły rynek medialny, unieważniając tworzoną przez obóz władzy blokadę informacyjną wokół TV Republika, wreszcie - pozwoliły Polakom poznać początkującego przecież w polityce Karola Nawrockiego. Nawrocki zaś znakomicie się w tej formie odnalazł, za pośrednictwem telewizorów i ekranów komputerów przekonując tłumy równie skutecznie, jak na będących od początku kampanii fenomenem spotkaniach wyborczych. Trudno więc dziwić się prezydentowi, że i po wygranych wyborach zdaje się szukać okazji do konfrontacji ze stroną rządową w formule jak najbardziej zbliżonej do tej, która przyniosła mu wcześniej tak udane plony.
Momentum Nawrockiego
W audycjach publicystycznych, w których politycy występują w formule x + 1 (liczba gości + prowadzący) nie spotkamy raczej polityków szczebla wyższego niż pochodzący z partyjnego klucza wiceministrowie. Nie ma w nich więc ministrów, nie ma też na ogół szefów liczących się ugrupowań. Nie sposób wyobrazić sobie, by do takiej audycji wybrała się głowa państwa, by polemizować z radnymi, posłami czy dyrektorami departamentów. Ta droga jest przed Karolem Nawrockim zamknięta, zwyczajowo jednak prezydent deleguje swoich wysłanników do niektórych audycji, na przykład podupadłego dziś "Woronicza 17" na antenie TVP Info. Okazuje się jednak, że można spróbować czegoś nowego i tym właśnie, choć w przebraniu starego, wpisanego w konstytucję modelu spotkań prezydenta z rządem, była Rada Gabinetowa 27 sierpnia. Dość trafnie sens znaczenie spotkania scharakteryzował na kilkadziesiąt minut przed jego rozpoczęciem Grzegorz Schetyna w rozmowie z radiem TOK FM. - To bardzo symboliczny moment prawdziwego politycznego starcia - mówił Schetyna. - Bo po wetach, po tym, w jaki sposób komunikują się przedstawiciele Kancelarii Prezydenta Nawrockiego, widać, że charakterystyka tej współpracy będzie zupełnie nowa. Nie mieliśmy takiej kohabitacji, współpracy między Kancelarią Prezydenta a większością rządową od wielu lat, a może w ogóle po 1989 roku - zaznaczył. I cóż, Rada Gabinetowa stała się areną konfrontacji godnej najlepszych wyborczych debat. Karol Nawrocki punktował wszystkie niespełnione obietnice zarówno rządu Koalicji 13 grudnia, jak i tworzących go partii. Temu swobodnemu podejściu do zobowiązań przeciwstawiał własne, przejawiające się choćby we wspomnianych wetach. Oficjalny hurraoptymizm premiera gasił dociskaniem w kwestii sytuacji budżetowej i rekordowego deficytu Polski. Złośliwości wygłaszane przez Tuska mogły podobać się jego wiernym fanom i ulegającym jego dawnemu urokowi dziennikarzom, na Karolu Nawrockim nie zrobiły jednak żadnego wrażenia. W efekcie obie strony zyskały korzyści typowe dla tych płynących z debat, utrzymały zainteresowanie i życzliwość, chwilami nawet podziw swoich sympatyków, zaprezentowały się też nieprzekonanym. I tu podejrzewam, że jednak Karol Nawrocki mógł zyskać więcej, tym bardziej że niemal natychmiast mógł swój sukces zdyskontować kolejnym wetem, zgodnym ze społecznymi nastrojami. Natomiast premier Tusk mówiący, że pomimo wcześniejszego weta wiatraki i tak będą stawiane, podkreślił stereotypy na swój temat, pozytywne (determinacja, sprawczość) u zwolenników i negatywne (arogancja, łamanie lub obchodzenie prawa) u przeciwników. Druga, zamknięta dla mediów i bardziej merytoryczna, część spotkania była już podobno spokojniejsza, choć kilku ministrów przeżyło dość ciężką przeprawę.
Rada Gabinetowa stała się areną konfrontacji godnej najlepszych wyborczych debat.
Natychmiast po Radzie Gabinetowej weszliśmy w tryb przygotowań do wizyty Karola Nawrockiego w USA. Gdy Nawrocki poprzednim razem spotkał się z Donaldem Trumpem, władza zareagowała odpaleniem sprawy kawalerki, trzymanej pierwotnie na ostateczne starcie przed drugą turą. W nowej sytuacji orężem koalicji jest umniejszanie pozycji prezydenta i znaczenia wizyty, która jednak ostatecznie okazuje się sporym sukcesem, nie tylko wizerunkowym. Jednak do historii, choć niechwalebnej, przejdą działania MSZ, żenująca "instrukcja" dla głowy państwa i wymiana uprzejmości między Radosławem Sikorskim a otoczeniem prezydenta, która przerodziła się w pojedynek na podróże. Ten zaś skończył się w jedyny możliwy sposób - ośmieszeniem Sikorskiego. Jednak i ta wymiana słów, pism i komentarzy miała w sobie coś z debaty. Być może czeka nas więc nowa w swojej formie "kohabitacja debaty", debaty jednak nie w znaczeniu rozmowy, a sporu i pojedynku o życzliwość obserwatorów. A jeśli tak, mam wrażenie, że z góry możemy wskazać zwycięzcę.
Tagi
"Rz": Lesko nie tylko bez porodówki. Nie będzie nawet tzw. pokoju narodzin




