Rafał Woś: Gdziekolwiek związki zawodowe słabną, tam zaczynają się kłopoty

- W kapitalizmie rola związków zawodowych podobna jest właśnie do funkcji pszczół w przyrodzie.
- Coraz słabiej opłacani pracownicy nie będą nigdy dobrymi konsumentami.
- Po roku 1989, u nas też najpierw zapanowało przekonanie, że związki zawodowe to dinozaury z poprzedniej epoki, których miejsce jest na śmietniku historii.
Związki zawodowe jak pszczoły
Moje dzieci oglądały ostatnio "Film o pszczołach" - jeden ze starszych (2007 rok) klasyków współczesnej animacji ze stajni kultowej wytwórni DreamWorks (tej od "Shreka", "Pingwinów z Madagaskaru" czy "Trolli"). Idzie w tym filmie o to, że w pewnym momencie pszczoły przestają przenosić pyłek z pręcików na słupki kwiatów. Szybko robi się z tego ogólny kataklizm, bo rośliny przestają owocować. Świat szarzeje i pod znakiem zapytania staje stabilność całego ekosystemu.
Każdy, kto choćby odrobinę zna się na gospodarce, ten wie, że w kapitalizmie rola związków zawodowych podobna jest właśnie do funkcji pszczół w przyrodzie. Historia pokazuje, że gdziekolwiek związki zawodowe słabną, tam zaczynają się kłopoty. Spada udział płac w gospodarce, rosną nierówności dochodowe i zaczyna się pojawiać luka popytowa. W pierwszej chwili biznes jest zadowolony, bo może produkować taniej. Cóż jednak z tego, skoro za chwile ten sam biznes zaczyna mieć coraz większe problemy z realizacją swojego zysku. Dzieje się tak właśnie z powodu problemów z efektywnym popytem. Coraz słabiej opłacani pracownicy nie będą nigdy dobrymi konsumentami. Z tej pułapki można przez pewien czas uciekać poprzez eksplozję długu prywatnego i różnego rodzaju czary-mary w postaci "kup dziś, zapłać jutro". Ale na dłuższą metę ten wózek nie pojedzie. W systemie brakuje bowiem tego zwornika, który pomaga pracownikom skutecznie i w sposób systemowy zawalczyć o swoje prawa. Tak oto bez związków zawodowych kapitalistyczny porządek zaczyna zjadać swój własny ogon.
"S" zwalczyć się nie dała
Nie inaczej rzeczy się miały w Polsce po roku 1989. U nas też najpierw zapanowało przekonanie, że związki zawodowe to dinozaury z poprzedniej epoki, których miejsce jest na śmietniku historii. To dlatego związkowa Solidarność była od początku tak wściekle atakowana i zwalczana. Na szczęście "S" zwalczyć się nie dała. Dziś każdy już chyba widzi, że instytucje broniące perspektywy pracowniczej są w kapitalizmie koniecznie potrzebne. Bez nich nikt się o prawa pracownicze nie upomni. Nie tylko na poziomie konkretnego zakładu pracy. Związki są potrzebne - by tak rzec - na poziomie politycznym. Nie chodzi o wchodzenie do rządu czy parlamentu. Rzecz w tym, by istniała siła zdolna powiedzieć rządzącym: "Ludzie nie chcą pracować do śmierci i mają do tego pełne prawo" albo "Zielona transformacja brzmi świetnie, ale w praktyce odbywa się kosztem likwidacji setek tysięcy miejsc pracy, w których miejsce nie powstaje żadna satysfakcjonująca alternatywa". To właśnie mówi Solidarność. I dlatego nie lubią jej pracodawcy, polityczni liberałowie i posłuszne im media. Dlatego "S" tak irytuje Donalda Tuska, bonzów biznesu i telewizję TVN. I dlatego ją zwalczają.
Ale wiecie co? Najlepsze w istnieniu silnego związku zawodowego - takiego jak Solidarność - jest to, że może mieć to w nosie. Dzieje się tak dlatego, że "S" ma siłę płynącą z dwóch źródeł. Jednym z nich jest chlubna przeszłość - właśnie te minione 45 lat. Drugim - bieżąca potrzeba istnienia związku "tu i teraz" na obecnym etapie rozwoju polskiego kapitalizmu.
Więc wszystkiego najlepszego dla Panny "S" z okazji urodzin. I mniejsza o wiek. To już jest przecież Dama "S". Bez niej Polska byłaby znacznie gorszym miejscem, niż jest dziś.
Komentarze
Przed nami 27. Spartakiada Sportowa Przemysłu Spożywczego NSZZ "Solidarność"
„Doszło do skandalu!” Solidarność Airbus Poland o wypowiedzeniu PUZP w przemyśle obronnym i lotnictwie

Pan autorytet patrzy na robotnika. Andrzej Wajda a Solidarność



