Szukaj
Konto

Planeta zwana Auschwitz według rotmistrza Pileckiego

Planeta zwana Auschwitz według rotmistrza Pileckiego
Źródło: Wikipedia | Autor: Nieznany | Licencja: Wikimedia Commons | Rotmistrz Pilecki
W sobotę, 20 czerwca 1942 r., z Konzentrationslager Auschwitz w Oświęcimiu wyjechał samochód Stayer 220 o numerze rejestracyjnym SS – 20868. W środku siedziało trzech esesmanów i jeden więzień skuty kajdankami. Po drodze samochód został na dłużej przytrzymany przed szlabanem. Jeden z jadących krzyknął w kierunku wartownika po niemiecku: – Na co czekasz, durniu?! Podnieś szlaban, albo każę ci iść pieszo!
Co musisz wiedzieć:
  • Rotmistrz Witold Pilecki dobrowolnie dał się aresztować, aby przedostać się do KL Auschwitz i przekazywać raporty o niemieckich zbrodniach.
  • Opisał on Auschwitz jako „inną planetę”, miejsce całkowitego załamania dotychczasowych norm.
  • Dzięki jego relacjom Polskie Państwo Podziemne zdobywało wiedzę o funkcjonowaniu obozu.

Nieco dalej auto przejechało przez most na Sole, minęło też adiutanta Rudolfa Hoessa, jadący konno Hans Aumeier, widząc samochód komendanta, zasalutował jadącym nim oficerom.

W istocie pasażerami byli więźniowie, którzy ukradli mundury SS oraz samochód, który porzucili około 100 km od obozu. Jeden z nich przewiózł raport o tym, co dzieje się w Auschwitz. Jego autorem był rotmistrz Witold Pilecki, który w obozie stracił swe nazwisko i był Tomaszem Serafińskim, a według niemieckich zarządców obozu – numerem: 4859.

 

Filmowa ucieczka

O tamtej ucieczce Pilecki wspomniał w kolejnym z raportów:

„Przesyłam znowu raport do Warszawy przez pdch. 112, który z trzema kolegami zmontował wspaniałą ucieczkę z obozu. Byłem kiedyś dawno na filmie «10 z Pawiaka». Śmiem sądzić, że ucieczka czterech więźniów z Oświęcimia, najlepszym w obozie autem komendanta lagru, po przebraniu się w mundury oficerów SS, na tle warunków tego piekła, może być dla filmu kiedyś tematem naprawdę doskonałym”.

Nic z tego, ani o Pileckim, ani o tamtej ucieczce nie powstał żaden film fabularny. Wspomina się o nich jedynie w filmowych dokumentach.

Dwa lata przed tamtą spektakularną ucieczką – 14 czerwca 1940 r. do Paryża wkroczyli Niemcy, a do KL Auschwitz przywieziono pierwszy transport więźniów z Tarnowa. Było to 728 mężczyzn, których oznaczono numerami od 31 do 758. Pierwszych trzydzieści numerów trafiło do kryminalistów przywiezionych do Oświęcimia z obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen, ci zostali mianowani przez Niemców funkcyjnymi.

KL Auschwitz-Birkenau oraz jego liczne podobozy funkcjonowały do stycznia 1945 r. W tym czasie w obozie zginęło ponad milion osób. Polskie Państwo Podziemne wiedziało, co się dzieje w obozie m.in. dzięki raportom z Auschwitz, których autorem był rotmistrz Witold Pilecki.

 

Kacetnik na ochotnika

Był poranek 19 września 1940 r. Warszawską ulicą szedł szybkim krokiem mężczyzna, wyglądający na czterdziestolatka. O godz. 6 rano okupanci urządzili łapankę, kto miał szczęście, uciekł przed Niemcami. Niektórzy z nich ze zdziwieniem patrzyli na tego mężczyznę, który zamiast oddalać się od łapanki jak oni, szedł prosto w łapy szwabów. W pewnym momencie został zatrzymany głośnym „Halt!” i wymierzoną w niego bronią. Pilecki tak wspominał tamten poranek:

„Na rogu alei Wojska i Felińskiego stanąłem w «piątki» ustawiane przez esesmanów z łapanych mężczyzn. Potem załadowano nas na Placu Wilsona do aut ciężarowych i zawieziono do koszar szwoleżerów. Po spisaniu danych personalnych w zorganizowanym tam prowizorycznie biurze i odebraniu ostrych przedmiotów (pod groźbą zastrzelenia, jeśli się potem u kogoś bodaj żyletka znajdzie) wprowadzono nas na ujeżdżalnię, gdzie pozostawaliśmy przez 19 i 20 września”.

Tego samego dnia zatrzymano również Władysława Bartoszewskiego, który w rozmowie z Michałem Komarem tak opowiadał o tym, co działo się po łapance:

„W hali było ponad tysiąc Polaków pilnowanych przez dwóch podoficerów niemieckiej Służby Bezpieczeństwa (SD). Jeden z nich ustawił na stoliku ręczny karabin maszynowy i co jakiś czas puszczał serię nad naszymi głowami. Po jakimś czasie pozwolili nam usiąść, dali nawet kubły z wodą. Minęło kilkanaście godzin. Ustawiono nas w kolejkach do stolików, przy których siedzieli oficerowie i umundurowane maszynistki. Rozpoczęło się dokładne sprawdzanie dokumentów”.

Pilecki był spokojny o swoją „legendę”, a dzięki niej, która polegała na przybraniu nowego nazwiska – o losy najbliższych, żony i dzieci. Dokumenty na nazwisko Tomasz Serafiński stwierdzały, że jest urodzonym w 1902 r. w Bochni oficerem rezerwy, a w Warszawie mieszka przy Kasimir-Strasse 47 i jest zatrudniony w firmie kosmetycznej „Raczyński i Spółka”. Pilecki znalazł kenkartę na to nazwisko w lokalu, w którym mieszkał. Wymienił w dokumencie jedynie fotografię. Mając nową tożsamość i lakoniczne informacje o tym, co dzieje się w działającym od czerwca obozie w Oświęcimiu, miał zaproponować swym przełożonym w Tajnej Armii Polskiej, że znajdzie sposób, by dostać się do lagru (inna wersja mówi, że otrzymał taki rozkaz). Tam miał zobaczyć na własne oczy, co się dzieje w obozie, oraz spróbować zorganizować konspirację.

W ciągu tych kilkudziesięciu godzin terroru urządzonego po łapance, który wkrótce miał się okazać tylko namiastką niemieckiego sadyzmu, Pilecki był zniesmaczony „biernością masy Polaków”:

„Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychozą tłumu, która wtedy wyrażała się w tym, że cały ten tłum upodobnił się do stada baranów”.

Rotmistrza nęciła myśl, by „wzburzyć umysły, poderwać do czynu tę masę”, jednak opanował się, miał inny cel…

21 września złapanych w łapance załadowano do ciężarówek, które ruszyły w kierunku Dworca Zachodniego. Tam Niemcy załadowali ich do wagonów wysypanych wapnem i pociąg ruszył. Zatrzymał się o godz. 22. Wkrótce wokół rozległy się krzyki, szczęk otwieranych wagonów oraz ujadanie psów.

 

Inna planeta

„To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na Ziemi, i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. Nie jest to silenie się na jakieś dziwne słowa, określenia. Przeciwnie – uważam, że na żadne słówko ładnie brzmiące, a nieistotne, wysilać się nie potrzebuję. Tak było. W głowy nasze uderzały nie tylko kolby esesmanów – uderzało coś więcej. Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia, do których myśmy się na Ziemi przyzwyczaili (do jakiegoś porządku rzeczy – prawa). To wszystko wzięło w łeb. Usiłowano uderzyć możliwie radykalnie. Załamać nas psychicznie jak najszybciej”

– raportował Pilecki, który tamtej nocy z soboty na niedzielę, z 21 na 22 września 1940 r., miał wrażenia jakby znalazł się na innej planecie, daleko poza Ziemią.

„Znalazłem się w warunkach, które uderzyły we wszystkie moje pojęcia dotychczasowe. W ciągu paru dni czułem się oszołomiony i jakby przerzucony na inną planetę”.

Dookoła esesmani, a wśród więźniów inni więźniowie w dziwnych pasiastych ubraniach z pałami w rękach, którymi okładali ludzi złapanych w warszawskiej łapance i przywiezionych do Auschwitz. Kapowie bili po głowach, kopali tych, którzy upadli, a następnie po nich skakali. 

„Ach! Więc zamknęli nas w zakładzie dla obłąkanych!...”

– przemknęło przez myśl rotmistrza.

„Co za podłość!”

– myślał i konstatował, że wówczas rozumował jeszcze kategoriami Ziemi. Rotmistrz jednak szybko zmienił zdanie, to nie byli wariaci w pasiakach, a

„jakieś potworne narzędzie do wymordowania Polaków, rozpoczynające swe dzieło od inteligencji”.

Pilecki się nie mylił. W tamtym transporcie, w którym i on został przywieziony na inną planetę zwaną KL Auschwitz, przywieziono 1139 mężczyzn ujętych w łapankach oraz 566 więźniów Pawiaka. Stało się to w ramach niemieckiej Akcji AB, tzw. Nadzwyczajnej Akcji Pacyfikacyjnej skierowanej przeciwko polskiej inteligencji.

 

Oczy tego małego chłopca…

Raport Pileckiego miał być „suchy”, a zawarte w nim zdania zawierać tylko „fakty bezwzględne”, jednak rotmistrz już w pierwszych akapitach przyznawał, że nie jest to do końca możliwe, skoro człowiek za drutami zadawał sobie pytanie „Dlaczego?”, jeśli poza drutami

„jest świat nadal i ludzie żyją, jak żyli dotychczas”.

Były jednak takie momenty, w których zdarzało się, iż więzień zapominał, gdzie jest. 

„Gdy czasami stało się na apelu wieczornym – wieczór mógłby być piękny, gdyby nie stały duch mordu, unoszący się nad nami”

– pisał Pilecki.

Jego raporty są wyjątkowym źródłem, daje w nich szczególne opisy Auschwitz, gdyż niemal reporterskie, na przykład wtedy, gdy opisuje różne sposoby mordowania więźniów.

„Bestialstwo oprawców niemieckich, które zwyrodnialcze podkreślało instynkty wyrzutków, zbrodniarzy […] stanowiących naszą władzę w Oświęcimiu – przejawiało się w najrozmaitszych odmianach”

– konstatował Pilecki i wymieniał odmiany bestialstwa w wykonaniu kapo oraz esesmanów. Rozbijanie genitaliów drewnianym młotkiem; zakopywanie więźnia i obstawianie, ile człowiek przerwa bez tlenu; mordowanie zastrzykiem fenolu; kładzenie leżącemu więźniowi styliska od łopaty na gardle i wskakiwanie na trzonek itd., itp.

Pilecki nie bał się dawać sądów takich, jak te dotyczące chociażby Ślązaków, którzy – jak pisał –

„kończyli Polaków, za swoich ich nie uważając, sami się mieli za szczep jakiś niemiecki”.

Kiedyś rotmistrz zwrócił uwagę jednemu funkcyjnemu więźniowi, że bije Polaka, i zapytał, dlaczego to robi, na co usłyszał:

„Ale ja Polakiem nie jest, jam Ślązak jest. Rodzie moi Polakiem mnie zrobić chcieli, ale Ślązak to Niemiec. Polak to w Warszawie mieszkać musi, a nie na Śląsku”

– i kapo

„bił tamtego kijem w dalszym ciągu”.

Rotmistrz jednak przyznawał, że i wśród Ślązaków byli porządni ludzie,

„gdy już się taki zdarzył, mogłeś mu życie swoje spokojnie zawierzyć, wierny to był twój przyjaciel”.

W raporcie przeczytamy, że Niemcy któregoś dnia powiesili skrzynkę pocztową, do której więźniowie mieli wrzucać donosy, choćby o podsłuchanych rozmowach. Za ważny donos więzień, który się pod nim podpisał, miał być nagrodzony. Od razu dali o sobie znać kapusie, zarówno tacy, którzy liczyli na nagrodę, jak i anonimowi, którzy najpewniej w ten sposób chcieli załatwiać swe osobiste porachunki.

Pilecki przyznawał, że śmierć w obozie, z każdym kolejnym dniem, tygodniem i miesiącem obojętniała. Wstrząsający jest fragment, w którym Pilecki pisze o więźniarskim placu targowym, na którym więźniowie kupowali od siebie margarynę czy tytoń,

„nie widząc, że stoją tuż koło wielkiej kupy trupów nagich”,

tylko

„czasem ktoś nastąpił butem na nogę martwą, już sztywną, spojrzał: «Patrzcie! Stasio – no cóż. Dzisiaj jego kolej, moja może w przyszłym tygodniu»”.

Pilecki, mając takie obrazy pod powiekami, wracał na noc do baraku, kładł się na pryczy, a

„oczy tego małego chłopca, patrzące szukającym wzrokiem na nas… Długo mnie w nocy nie dawały spokoju”.

Pilecki niejednokrotnie może szokować czytelnika, na przykład fragmentem, w którym opisuje, jak do Auschwitz trafiło trzech jego znajomych z Warszawy. Gdy porozmawiał z nimi, okazało się, że w stolicy

„nikt poważnie nie myśli o Oświęcimiu jako o placówce o pewnej sile aktywnej, że raczej mówi się o tym, że to już są wszystkie kościotrupy, których ratować nie warto, bo się nie opłaci".

 

Palitzsch, taki „przystojny chłopak”

Jednym z największych morderców w KL Auschwitz był esesman Gerhard Palitzsch,

„którego sami esesmani bali się jak ognia”, „przystojny chłopak, który w lagrze nikogo nie bił”,

za to masowo zabijał więźniów pod Ścianą Śmierci przy bloku 11. Pilecki opisał egzekucje z udziałem Palitzscha:

„Skazani, w rzędzie, stawali nago przy «ścianie płaczu», on im kolejno przykładał małokalibrowy karabinek pod czaszkę z tyłu głowy i kończył im życie. Czasami do tego celu używał zwyczajnego bolca do zabijania bydła. Sprężynowy bolec wrzynał się w mózg, pod czaszkę i kończył życie”.

Czasami nudzący się esesman kazał biegać po dziedzińcu nagim więźniarkom, a on stał w środku i co chwilę, do którejś strzelał. Innym razem – jak raportował Pilecki, a o czym opowiedzieli mu koledzy – rozstrzelał całą rodzinę. Najpierw ojca, potem małą dziewczynkę.

„Później wyrwał matce malutkie dziecko, które nieszczęśliwa kobieta tuliła mocno do piersi. Chwycił za nogi – rozbił główkę o ścianę. Wreszcie zabił matkę wpółprzytomną z bólu”.

Zrobił to człowiek sam będący ojcem córki i syna.

Choć Pilecki miał pisać „suchy” raport, to wiedząc o potwornościach w obozie i je widząc, pisał frazy podobne do tych:

„Zabrnęliśmy – kochani moi – zabrnęliśmy straszliwie. Straszna rzecz – bo nie ma na to słów… Chciałem powiedzieć – zezwierzęcenie… lecz nie! Jesteśmy od zwierząt o całe piekło gorsi. Mam pełne prawo tak właśnie napisać, szczególnie po tym, co widziałem…”.

Kilka lat później, gdy trafił do ubeckiej katowni, stwierdził jednak, że

„Oświęcim to była igraszka”.

[Sekcja "Co musisz wiedzieć" pochodzi od redakcji]

Komentarzy: 0
Data publikacji: 21.06.2026 18:50
Źródło: Tygodnik Solidarność 24/2026, oprac. Ludwik Pęzioł