Mariusz Drężek: Bez wątpienia kino przeżywa kryzys

- W końcu zagrałeś pozytywną rolę w filmie "Dalej jazda". Zazwyczaj kojarzyłeś mi się ze "zwyrolami".
- To nie jest tak, że zawsze grałem "zwyroli" [śmiech]. Moja postać w "Dalej jazda" jest bardzo bogata duchowo i jest obdarzona wieloma pozytywnymi cechami, jednak ma pazury. To nie jest tylko dobrotliwy chłopina. Prowadzi interes, zajmuje się rodziną, opiekuje się rodzicami. Przy tym wszystkim stoi w opozycji do swojego ojca. Jest już na tym etapie, że potrafi to zrobić.
Różnica między aktorem-amatorem, a zawodowcem
- Jak to jest postawić się na planie Marianowi Opani? Czy jest różnica pomiędzy grą z żyjącą legendą polskiego aktorstwa, Julią Wieniawą, a amatorami?
- W takich sytuacjach nie ma co wartościować osób. Każdy człowiek ma swoją filozofię pracy i energię i z tego korzystamy na planie filmowym. Wspaniale było zagrać z Marianem Opanią. To była dla mnie wielka przyjemność. Spotykasz się z żywą historią. Taki film jak "Człowiek z żelaza" siedzi w głowie cały życie, a Marian w nim grał. Za każdym razem w scenach, w których graliśmy razem, Marian próbował je pogłębiać. I to jest bardzo cenna umiejętność.
- Także w komedii obyczajowej?
- Tak. Parę scen było napisanych z mniejszym obciążeniem emocjonalnym. Takie miałem wrażenie, czytając scenariusz. Ale kiedy zacząłem grzebać w tekście, okazało się, że jest w nim więcej emocji niż na początku przypuszczałem. To wszystko można oddać jednym spojrzeniem.
- Bałbym się Twojego spojrzenia.
- [Śmiech].
Mariusz Drężek o filmie "Dalej jazda"
- Ładunek emocjonalny w komedii obyczajowej. Ciekawe zestawienie.
- To nie jest tylko komedia obyczajowa. "Dalej jazda" jest komediodramatem.
- Jednak?
- Tak. Jest zarówno warstwa komediowa, jak i głęboka warstwa dramatyczna oraz emocjonalna. Zderzamy się z ostatecznością w życiu człowieka. Są sceny w filmie, w których mój bohater dostaje obuchem w głowę. Docierają do niego informacje, które są krytyczne i właśnie ostateczne.
- Film, który wzrusza i rozśmiesza jednocześnie. Tak piszą ludzie, którzy go oglądali.
- I o to chodzi. A skąd się bierze wzruszenie? Bo tematy zagrane są głębiej i dotykają nas wszystkich. "Dalej jazda" jest filmem uniwersalnym. Każdy widz w tej produkcji znajdzie coś dla siebie. Rozmawiamy o produkcji, która opowiada o rodzinie. Każdy z nas ma albo miał rodzinę. Gdy widz obserwuje sytuacje w filmie, które również zdarzają się w jego życiu, to z powodzeniem będzie się z nimi utożsamiał emocjonalnie.
- Co zrobić z rodzicami, kiedy wchodzą w jesień życia?
- Każdy musi albo będzie musiał się z tym mierzyć.
- Chcę się upewnić - Ty grasz pierwszoplanową rolę w "Dalej jazda"? Bo można to różnie interpretować.
- Zdecydowanie jest to pierwszoplanowa rola. Film oparty jest na trzech postaciach - matce, ojcu i synu. Jest jeszcze nasza cała rodzina dookoła w mniejszym wymiarze ekranowym. Tak powiedział mi reżyser, który zaangażował mnie do tej roli [śmiech].
- I do niego przejdziemy. Czujesz się nadwornym aktorem Mariusza Kuczewskiego?
- Nie obrażę się za tę funkcję [śmiech].
"Aktor powinien być uniwersalny i wszechstronny"
- Nie grasz też po warunkach fizycznych. W "Nie cudzołóż, nie kradnij" grałeś księdza, teraz odpowiedzialnego ojca i syna. Jesteś coraz bardzej różnorodny.
- Wspomniałeś kiedyś, że mam ostre rysy twarzy, stąd może opinia wśród widzów, że na ekranie wyglądam groźnie i gram wyłącznie złe postacie. Jednak aktor powinien być przede wszystkim uniwersalny i wszechstronny. Aktor powinien odnaleźć się zarówno w dramacie, jak i komedii. Kino nie daje tylu możliwości pokazania swoich umiejętności co teatr. Kino w tym aspekcie jest niewdzięczne. W teatrze można się wyszaleć.
- Ale Mariusz w kinie daje Ci się wyszaleć.
- I bardzo się z tego cieszę. Nie obrażę się, jak jeszcze mnie zaangażuje do swojego filmu [śmiech].
Mariusz Drężek o swojej popularności
- Zdarzyło Ci się, że ktoś zaczepił Cię na ulicy, utożsamiając Cię z postacią, którą zagrałeś w filmie czy w serialu?
- Jeśli chodzi o filmy fabularnie, to nie. Jeśli chodzi o seriale, to tak [śmiech].
- Opowiedz o tym, proszę.
- Będzie to po części związane z filmem "Dalej jazda". W tej produkcji moją żonę gra Anita Sokołowska. Z Anitą znamy się bardzo długo. Przez jakiś czas graliśmy parę w serialu "Na dobre i na złe". I teraz po 20 latach znowu się spotykamy jako para. Z tą różnicą, że w filmie "Dalej jazda" historia naszej miłości kończy się dobrze i szczęśliwie, a w serialu nie.
- A jak się skończyła w serialu? Nie oglądałem "Na dobre i na złe".
- Byłem wtedy szatynem, a Ty, podejrzewam, byłeś w podstawówce. Grałem dziennikarza, który był w związku z Leną, czyli właśnie z Anitą Sokołowską. Mieliśmy zadymę z doktorem Witkiem Latoszkiem, który odbijał mi moją narzeczoną.
- Kto grał tego doktora?
- [Śmiech] Bartek Opania, czyli syn Mariana Opani, to jest bardzo zabawne. Po tym długim wstępie wracam do Twojego pytania. Miałem sytuację, że idę przez Olsztyn, a tam babcia grozi mi palcem i krzyczy, żebym zostawił w spokoju doktora Latoszka, bo ja go w serialu mocno prześladowałem. To była rola dziennikarza, korespondenta wojennego z Iraku - to był ten czas, kiedy trwała wojna na Bliskim Wschodzie. Widzisz? Seriale mają dużą siłę rażenia. Kiedy grałem w "M jak miłość" przez jakiś czas, to ten serial oglądało 11-12 milionów ludzi, wyobraź sobie, jaka była wtedy przebitka.
- Kogo grałeś w "M jak miłość"?
- Tadeusza ze Szczecina znęcającego się nad żoną Teresą, która od niego uciekła.
- "Dalej jazda" jest filmem skrojonym pod konkretną grupę docelową? W tym przypadku to są osoby dojrzałe?
- Kiedy Mariusz pisał scenariusz do filmu i rozmawiał ze mną na ten temat, to nie zastanawialiśmy się nad konkretną grupą docelową. W tym filmie nie było myślenia nastawionego przede wszystkim na biznes. Chcieliśmy zrobić taki film, żeby ludziom się podobał. Zresztą scenariusz powstał już kilka lat temu, a Mariusz czekał na odpowiedni moment, żeby go zrealizować, ale nikt nie chciał się zainteresować jego historią, ponieważ wszędzie panował kult młodości i Instagrama. Teraz zaczyna się to zmieniać.
- Jednak masz profile w mediach społecznościowych, które prowadzi… Twoja żona.
- Zgadza się, bo jestem elektronicznie upośledzony [śmiech]. Nie lubię tego. Żenują mnie współprace z markami i kody rabatowe na dane hasło. Szkoda mi życia, żeby sprzedawać szampon na Instagramie. Chociaż sytuacja wygląda tak, że w naszym zawodzie obowiązkowe jest prowadzenie swoich profili w mediach społecznościowych. Uczciwie się przyznaję, że robię to z przymusu. Jednak sprawia mi przyjemność, gdy dostaję od ludzi pozytywne informacje zwrotne co do mojej pracy. Wtedy nawet odpisuję, że bardzo dziękuję za dobre słowa.
Film jako forma terapii dla widzów
- "Dalej jazda" może być dobrą formą terapii dla widzów?
- Tak. Na pewno. To nie jest żadna tajemnica, że śmiech i łzy oczyszczają i są dobre dla higieny naszej głowy. To jest piękne uczucie, kiedy ludzie wychodzą z sali kinowej pełni wzruszenia i zastanawiają się nad swoim życiem, przemijaniem, relacjami z bliskimi. Mamy wiele informacji zwrotnych, że film mocno oddziałuje na widzów. To jest jedna z największych wartości kina. Co to za frajda iść do kina, obejrzeć film, zjeść popcorn, wyjść z sali i pięć minut później o nim zapomnieć? To znaczy, że film był miałki. A jeżeli nasz film działa, to jest wspaniałe i pozostaje się tylko cieszyć.
- Byłbyś w stanie zareklamować produkt dla seniorów po Twojej roli w "Dalej jazda"?
- Grałem w reklamach.
- Co reklamowałeś?
- Telefony komórkowe. Dwadzieścia lat temu. Dawne czasy. Pamiętam, że był to kulig na Mazurach. To była świetna przygoda. Kiedyś chodziłem na castingi do reklam i czasami wpadały jakieś oferty.
- Chodzisz jeszcze na castingi czy masz taką pozycję, że twórcy sami do Ciebie dzwonią?
- Na wstępie nie przesadzajmy z tą pozycją. Jestem aktorem normalnie funkcjonującym, jak 300 innych moich kolegów w tej branży. Ja na castingu nie byłem od trzech lat. Jeżeli ktoś mnie szuka, to znajdzie mnie przez mojego agenta. A co do reklam - jeżeli nie muszę, to nie gram. Pamiętam, jak po przedstawieniu teatralnym zadzwonił do mnie reżyser z propozycją reklamy i podziękowałem mu za tę propozycję. Koledzy z teatru byli zaskoczeni moją decyzją, pukali się w głowę. Przypominam sobie, że nie chciałem reklamować tego produktu. Odrzuciłem gotowca, który leżał na stole. To było parę lat temu. Byłem młody i ambitny [śmiech].
- Zauważyłem, że bardzo mało mówisz o sobie. Skupiasz się przede wszystkim na swojej pracy.
- Nie lubię mówić o sobie.
- Czyli Mariusz Drężek to przede wszystkim aktor, a nie influencer.
- Zdecydowanie tak. Nawet nie wiem, kto to jest influencer.
- Z języka angielskiego "influence", czyli wpływ. Krótko - osoba, która ma wpływ na ludzi. W takim razie wróćmy do filmu. Czuję, że film będzie miał swoje drugie życie w serwisach streamingowych.
- Też w to wierzę. Z bardzo dużą radością o nim mówię i cieszę się, że w nim zagrałem. Wiem, że to jest produkcja, którą ludzie będą chcieli obejrzeć więcej niż raz i która za 10-15 lat się nie zestarzeje. Ten temat wciąż będzie aktualny. Mamy to bowiem do czynienia z rodziną, czyli z podstawową komórką społeczną.
Kryzys kina jako formy rozrywki
- Cieszę się, że twórcy podjęli decyzję, że film trafił do kin, a nie od razu do streamingów. W obecnych czasach jest to ryzykowna decyzja.
- Bez wątpienia kino przeżywa kryzys. Streaming w trakcie pandemii położył kina na łopatki, ale obecnie się odbudowują. Wierzę, że ceremoniał wyjścia do kina przetrwa. W przypadku naszego filmu ludzie zobaczyli zwiastun, który bardzo się im spodobał, utożsamili się z tematem i poszli do kina.
- Jesteś w stanie zrobić aktora z amatora?
- Dużo zależy od castingu, podczas niego można się wiele dowiedzieć. W kinie amator może się pięknie sprawdzić i są na to przykłady. To jest zupełnie inna technika pracy niż praca w teatrze. W zderzeniu z klasycznym tekstem amator tego nie udźwignie. Kino opiera się na naturalności człowieka. To, co jest w teatrze dane ponadto, w kinie nie ma racji bytu. Wykształcony aktor po szkole teatralnej może przed kamerą zagrać tak, że aż zęby bolą. Jest sztuczny, nadęty, nadteatralny. Kino potrzebuje naturalności, zagląda ci w oczy. Aktor nie ma nic grać. Kamera zbliża się do jego twarzy i robi taki bajer, że patrzysz na postać na ekranie i mówisz: "Jak ta kreacja głęboko myśli". To opowiada kamera, film to jest przede wszystkim obraz, potem aktor i dialog.
Ten serial zabierze widzów w niesamowitą podróż. Odcinki już dostępne

[Heweliusz] Kino katastroficzne jako opowieść o państwie

Abp Przybylski o filmie „Niedziele”: bycie chrześcijaninem to konkretne wybory i postawy

Nowa familijna produkcja już niedługo w kinach

